28 marca 2016

Najlepsza książka na świecie

"Najlepsza książka na świecie" to bardzo prowokacyjny i odważny tytuł. Tytuł-obietnica. Rzecz w tym, że to nie Peter Stjernström składa obietnice czytelnikom, tylko opisuje szaleńczy pomysł dwóch autorów na to, by właśnie taką najlepszą na świecie książkę stworzyć .

Jaka powinna być to książka? Przecież każdy czytelnik lubi coś innego, ma swoje własne preferencje. Otóż, najlepsza książka na świecie musi łączyć w sobie zatem cechy bestsellerów różnych gatunków: kryminału i książki popularno-naukowej, książki kucharskiej i poradnika dla odchudzających się. 

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że na ten sam pomysł wpada równocześnie dwóch artystów. Ale jak wiadomo - najlepsza książka może być tylko jedna. Rozpoczyna się więc szaleńczy wyścig, w którym autorzy nie cofną się przed niczym. Będą musieli zmierzyć się nie tylko ze sobą nawzajem, ale też z własnymi słabościami, okiełznać nałogi czy brak weny.

Sądząc po recenzjach w internecie, książka wzbudza w polskich czytelnikach dość ambiwalentne uczucia. Jedni zachwycają się bezgraniczne zwariowanym pomysłem, inni nie mogą jej znieść. Za moją ocenę powinien wystarczyć fakt, że całą powieść pochłonęłam podczas podróży pociągiem na trasie Poznań - Warszawa - Poznań. I nie raz oblewał mnie rumieniec, kiedy nie mogłam pohamować rozbawienia i czułam na sobie spojrzenia współpasażerów. Do stylu Stjernströma trzeba się co prawda przyzwyczaić, do jego specyficznego poczucia humoru też. Wystarczy jednak tylko podejść do lektury z odpowiednim dystansem - przede wszystkim do tytułu. Polecam zdecydowanie na te wciąż pochmurne wiosenne dni!


Peter Stjernström Najlepsza książka na świecie (Världens bästa bok)
tłum. Emilia Fabisiak
Wydawnictwo Świat Książki
2016


22 marca 2016

Jak zatrzymać ślub

Siedemdziesięciodwuminutowy film nakręcony w „na żywo” w pędzącym pociągu na trasie Malmö – Sztokholm w niewiele ponad pięć godzin – dokładnie tyle, ile trwała podróż. Do tego dwoje aktorów w roli pary nieznajomych. To wszystko sprawia wrażenie, jakby pełnometrażowy debiut Drazena Kuljanina był pewnego rodzaju szkolnym projektem lub eksperymentem, którego być może nie należy traktować do końca poważnie. „Jak zatrzymać ślub” to jednak dość zaskakujący, ale bardzo przemyślany obraz, tworzący świadomy dialog z filmami o podobnej konwencji. 

Amanda (Lina Sundén) i Philip (Christian Ehrnstén) spotykają się sami w przedziale. Początkowo nie wiedzą o sobie nic, ale bardzo szybko zaczynają sobie opowiadać dość intymne fakty ze swojego życia. Prowokują ich do tego na przykład przedmioty, które zabrali ze sobą w podróż, te banalne oraz te nietuzinkowe: od książek czy leków po gitarę i tandetne świecące okulary. Z czasem w otwieraniu się na siebie nawzajem pomoże im świadomość, że właściwie obydwoje wybierają się na ten sam ślub. Ale jadą tam w zasadzie po to, by ten ślub zatrzymać, w odpowiednio romantyczny lub dramatyczny sposób. Zarówno Amanda, jak i Philip nie mogą pogodzić się z rozstaniami, których wciąż nie przepracowali. 

Kuljanin zdecydował się na nietypowy plan filmowy – praktycznie cały film (poza migawkowym prologiem i końcowymi scenami) rozgrywa się w jednym przedziale. Widz nie odbiera jednak tej przestrzeni jako klaustrofobicznej dzięki bardzo różnorodnym ujęciom. Film podzielony jest na osiem krótkich rozdziałów, różniących się od siebie dynamiką i estetyką. Co chwilę o czasie upływającym do finału podróży i rozwiązania akcji przypominają dobiegające z głośników pociągu komunikaty o mijanych stacjach, niczym głos narratora z offu. 

Wyraźnie zwracają uwagę różnice między postaciami. Philip to spokojny romantyk i marzyciel o wrażliwym sercu. Amanda jest buntownicza i niepokorna, zachowuje się bardziej impulsywnie. Być może to właśnie te różnice sprawiają, że gra aktorska Liny Sundén wyraźnie wysuwa się na pierwszy plan, a Christian Ehrnstén pozostaje w cieniu. 

Film Kuljanina nie odpowiada na tytułowe pytanie, prowokuje za to do refleksji i stawiania kolejnych pytań. Przede wszystkim wydaje się sugerować, że zdaniem reżysera młodzi ludzie dzisiejszych czasów tak naprawdę być może do końca nie wiedzą, czego chcą od życia i relacji, skoro z wzorcami dla nich są z jednej strony komedie romantyczne, a z drugiej filmiki z YouTube’a czy Vine’a. Można odnieść też wrażenie, że relacje między ludźmi napędza to, co skłania nas do rozmów ze współpasażerami w pociągu – nuda. 

„Jak zatrzymać ślub” otrzymał nagrodę za najlepszy film na 30. Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Konkursie 1-2. To właśnie w Polsce wzbudził więcej zainteresowania niż w samej Szwecji – film trafił do szerszej kinowej dystrybucji w czerwcu 2015 roku. Planowany jest też turecki remake.




Tytuł: Jak zatrzymać ślub (Hur man stoppar ett bröllop), Szwecja 2014
Reżyseria i scenariusz: Drazen Kuljanin
W rolach głównych: Lina Sundén i Christian Ehrnstén

16 marca 2016

Po sąsiedzku: Finlandia - Turku, Helsinki, Tampere, Naantali [zdjęcia]

Dzisiejszym wpisem chciałabym zamknąć wspomnienia z lutowego krótkiego weekendowego wypadu do Finlandii tropem Muminków. Pisanie o muminkowej wycieczce zaczęłam fotorelacją z lunaparku w Naantali, potem na spacer po Helsinkach zabrała Was gościnnie Ania. Pora na resztę wrażeń!




Wycieczka po Finlandii zaczynała i kończyła się w Turku (szw. Åbo) ze względu na to, że najwygodniej i najtaniej było nam dotrzeć na tamtejsze niewielkie lotnisko, gdzie przybywających wita... Muminek. Turku z samą Tove czy Muminkami nie ma wiele wspólnego, poza tym, że w skład zespołu miejskiego wchodzi Naantali z muminkowym lunaparkiem. Miasto właściwie stało się tylko naszą bazą wypadową, widzieliśmy je chyba jedyni nocą, w drodze na autobus lub do hostelu. A szkoda, bo Turku, dawna stolica Finlandii, jest najstarszym miastem w kraju i bardzo chciałabym pozwiedzać je na spokojnie. Podczas wieczornego snucia się po mieście najbardziej spodobały mi się pięknie oświetlone statki przycumowane przy brzegu rzeki (na jednym ze statków mieści się hostel, bardzo ciekawy pomysł na wykorzystanie nieużywanej jednostki!) oraz równie urocza drewniana zabudowa.









Helsinki (szw. Helsingfors) wywarły na mnie niesamowicie dobre wrażenie. Spodziewałam się kolejnej stolicy, która zmęczy mnie tempem i rytmem życia, do którego ja nie jestem przyzwyczajona. A zastałam zaskakujący, przyjemny spokój. Może to przez ten niezbyt atrakcyjny dla turystów sezon. Może to przez zimę, kiedy nie siedzi się w ogródkach piwnych, nie spędza czasu w parkach czy nie przesiaduje na schodach w mieście. Może to też przez to, że Helsinki liczą sobie "tylko" ponad 600 tysięcy mieszkańców. Spodobały mi się jasne, obłe fasady kamienic i ciekawe zdobienia. Pokochałam też staromodne tramwaje.




  























Cieszyłam się, że w porze obiadowej trafiliśmy do hali targowej, gdzie mogliśmy popróbować lokalnych smaków - obowiązkowo skosztowaliśmy pierogów karelskich (moje ulubione to te z ryżem, ziemniaczane jakoś nie podbiły mojego serca), tarty Runeberga (bardziej sezonowej babeczki, które Runeberg, fiński poeta piszący po szwedzku, rzekomo jadał codziennie do śniadania), dałam się też skusić na kanapkę z łososiem na fińskim ciemnym pieczywie. Na mięso renifera czy niedźwiedzia tylko rzuciłam okiem.







Podczas zwiedzania Helsinek oczywiście najbardziej cieszyło mnie odwiedzanie miejsc, związanych z Tove Jansson. Polowałam też na Muminki na wystawach, a pojawiały się często w zaskakujących miejscach i w równie zaskakującym towarzystwie.










W pamięć zapadł mi Skalny Kościół:







Do Tampere (szw. Tammerfors) wybraliśmy się, by zwiedzić Dolinę Muminków - muzeum poświęcone twórczości Tove Jansson. Muzeum trochę mnie rozczarowało, bo spodziewałam się czegoś większego niż tylko wystawa na parterze budynku, ale zobaczenie oryginalnych ilustracji Tove Jansson i przyjrzenie się muminkowemu domkowi, zbudowanemu przez Tove i jej partnerkę Tuulikki Pietilä, było bezcenne. Szkoda tylko, że na wystawie obowiązywał całkowity zakaz fotografowania.




Samo miasto mnie nie zachwyciło, nawet w drodze do centrum można było odczuć, że Tampere to miasto typowo przemysłowe (choć może akurat te zdjęcia tego klimatu nie ukazują).








No i na końcu Naantali - niewielkie portowe miasteczko, najbardziej znane ze Świata Muminków - Muumimaailma, które dla mnie miało wszystko, co małe portowe miasteczka Północy mieć powinny: drewniane domki, niewielki stary kościół i... ludzi śmiało chodzących po lodzie.









Które z tych miejsc Wy chcielibyście odwiedzić?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...