Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

20 września 2023

Elin Anna Labba "Panowie nas tu przesiedlili. O przymusowych przesiedleniach w Szwecji"

Niech Was nie zmyli format tej książki. Niech Was nie zmylą malownicze krajobrazy, które zobaczycie na zdjęciach, saamskie joiki na tle ośnieżonych gór. To nie jest jeden z albumów, który przegląda się przy kawie - to lektura pełna goryczy. Książka Elin Anny Labby Panowie nas tu przesiedlili opowiada o przymusowych przesiedleniach Saamów, o ograniczeniu migracji ludzi i reniferów, do którego doszło w pierwszej połowie XX wieku. O odbieraniu prawa do ziemi i dyskryminacji. A także o stopniowym wynaradawianiu. Jak pisze Elin Anna Labba: 

To, jak szwedzkie władze interpretują pojęcie "nomada", zawiera w sobie pewną sprzeczność przyprawiającą o zawrót głowy. Ponieważ nomadzi to z definicji ludzie, którzy się przenoszą, władza wychodzi z założenia, że sama może ich dowolnie przenosić.
Wydaje mi się, że to temat w Polsce mało znany, choć procesy, o których pisze autorka, niestety wcale nie są w historii niczym obcym. Labba sama przywołuje zresztą takie ciemne rozdziały z historii rdzennej ludności w innych państwach: ubezwłasnowalnianie dzieci Aborygenów w Australii, internowanie Inuitów w Kalaallit Nunaat, jak po grenlandzku nazywa się Grenlandia, Czerokezi i inne plemiona w Stanach Zjednoczonych. Okazuje się, że losy Saamów to temat nieprzepracowany, przemilczany także w Szwecji. Na to też zwraca uwagę autorka:

W Szwecji dzieje Saamów to wciąż dzieje Saamów, nie zalicza się ch do rodzimej historii.

Jednocześnie w tekście nieraz czuć, że doświadczenie przesiedlenia stało się tabu dla tych, którzy go doświadczyli i dla ich potomków. Joik, tradycyjna forma pieśni Saamów, milkła. Joikować można kogoś lub coś, ulubione miejsca, góry. Co można joikować, gdy utraciło się ukochaną ziemię? Jak mówić o stracie? Kto ma przywrócić pamięć?

W Sápmi, gdzie dorastałam, mnóstwo ludzi opatrywało swoje rany milczeniem.

Panowie nas tu przesiedlili to debiutancka książka autorki, liryczny reportaż literacki. W 2020 otrzymała najbardziej prestiżowe szwedzkie literackie wyróżnienie - Nagrodę Augusta w kategorii Literatura faktu. W opisie jednego ze szwedzkich instagramowych postów ze zdjęciem tej książki znajduję myśl: "jak na książkę nagrodzoną jako literatura faktu jest tu zaskakująco mało faktów". Z telefonem w ręku zastanawiam się, czym są fakty. Czy fakty przestają nimi być, kiedy do głosu dochodzą też emocje? I czy wspomniane wyżej milczenie nie sprawia, że gdy fakty zostają przywołane, widać je wyraźniej?

Elin Anna Labba z początku wcale nie planowała pisania książki, próbę odtworzenia rodzinnej historii i zbieranie informacji o przesiedlonych traktowała jako pewnego rodzaju hobby, okazję do refleksji nad własną tożsamością. Ze starszego pokolenia, o którym opowiada ta książka, nie ma dziś niemal nikogo. Labba skomponowała więc kolaż, składający się ze wspomnień przekazywanych młodszym i wspomnień tych młodszych, zdjęć, listów, fragmentów joików, ale i dokumentów urzędowych, aktów prawnych, wycinków z gazet:

Jest to więc tekst oparty na chórze głosów. Anegdot, joiku, urywków wspomnień. Wątków i ścinków, które połączyłam ze sobą i splotłam. Czasem kolory są wyraźne, czasem jednak tkanina jest pełna dziur i ciszy. Przekaz ustny z czasem matowieje. Przyszło mi więc pogodzić się z tym, że forma tekstu mimowolnie upodabnia się do całej historii Saamów, jest jak tkana tasiemka do obwiązywania butów, którą pocięto siekierą. Nitki nawet się nie siepią, po prostu się urywają i trudno podjąć wzór na nowo.

Wydaje mi się, że nie umiałabym opowiedzieć o książce inaczej, jak właśnie tworząc układankę z wybranych cytatów. Najbardziej poruszyły mnie opowieści o kobietach, bo to one - jak obserwuje autorka - najsilniej odczuły skutki przesiedleń. Rzadko są wymieniane w dokumentach, najdotkliwiej odczuwają samotność, gdy nowe metody hodowli sprawiają, że coraz częściej pozostają w miejscach zamieszkania. Wstrząsające są historie matek, które musiały zostawić dzieci u krewnych, by uchronić je przed wyczerpującą podróżą. Nie wiedzą, że prawo nie pozwoli im po nie wrócić.

W książce natkniecie się nie raz na cytaty po saamsku. Pamiętam, jak czytałam książkę po raz pierwszy po szwedzku i frustrowało mnie, że ich nie rozumiem. Gdy czytam ją drugi raz, w polskim przekładzie, potykam się o fragment o tym, że konwencji, która zapoczątkowała przymusowe przesiedlenia, spisanej po norwesku i szwedzku, później przetłumaczonej na fiński - która później sprawiła, że niektórzy nigdy nie zdążyli się pożegnać z ziemią i z bliskimi - nigdy nie przetłumaczono na język Saamów. To w ten sposób autorka oddaje im teraz głos.

W języku najbliższym mojemu sercu słowa "pamiętać" i "opowiedzieć" brzmią niemal identycznie. Muitit to pamiętać, a muitalit - opowiedzieć. Pamiętamy o tych, o których opowiadamy.

Jeśli znacie język szwedzki, możecie posłuchać tutaj, jak autorka czyta fragment książki i opowiada o jej powstaniu. Poetyckość jej tekstu i ta łagodność w jej głosie przypominają mi o tym, co na okładkę napisała Ilona Wiśniewska: Labba opowiada szeptem o tym, o czym należałoby krzyczeć.


Szwecjoblog jest patronem medialnym książki.


Elin Anna Labba Panowie nas tu przesiedlili. O przymusowych przesiedleniach w Szwecji 
(Herrarna satte oss hit: Om tvångsförflyttningarna i Sverige)
przekład: Agata Teperek
Wydawnictwo Marginesy
2023

A wszystkich tych, którzy chcą przeczytać o Saamach więcej, odsyłam do:
  • artykułu "Prawo do ziemi", który Agata Teperek, tłumaczka książki Elin Anny Labby, opublikowała w miesięczniku Znak
  • rozdziału "Lapończyk ma pozostać Lapończykiem" w książce Made in Sweden Elisabeth Åsbrink (w moim przekładzie)
  • książki Kradzież Ann-Helén Laestadius, którą już niedługo będzie można przeczytać także po polsku (w moim przekładzie)

02 lipca 2022

Na czym polega "Szwedzka sztuka kochania"?

Do lektury książek non-fiction Katarzyny Tubylewicz zawsze zabieram się z ołówkiem w ręku i zakładkami indeksującymi czekającymi w gotowości. Cenię jej ciekawość świata i otwartość w rozmowach z bohaterami książek. I mam wrażenie, że zadawane przez nią pytania wbrew pozorom nie przynoszą konkretnych odpowiedzi, ale zostawiają czytelnika z kolejnymi znakami zapytania, skłaniają do refleksji czy sięgnięcia po inne publikacje na poruszane tematy.


Po bardzo dobrze przyjętym zbiorze rozmów na temat samotności, Samotny jak Szwed?, Tubylewicz bierze pod lupę tematy z przeciwnego bieguna: miłość i erotykę. Uśmiecham się zresztą pod nosem, myśląc o datach premier obu książek: kojarząca się z chłodem (?) samotność ukazała się w lutym, o miłości na Północy możemy czytać od maja.

[…] być może to prawda, że miłość romantyczna w codziennym życiu jest dziś tak trudna do zobaczenia jak jednorożec w ogrodzie, ale mam wrażenie, że w okolicach sztokholmskiego skärgården (czyli w dosłownym tłumaczeniu ogrodu szkierowego) widziałam ostatnio kilka pięknych jednorożców.

Tytuł Szwedzka sztuka kochania przywodzi mi od razu na myśl film Szwedzka teoria miłości Erika Gandiniego, który był zresztą jednym z bohaterów Samotnego jak Szwed?. Zarówno Gandini, jak i Tubylewicz cytują Henrika Berggrena i Larsa Trägårdha Är svensken människa? (dosł. Czy Szwed jest człowiekiem?):

W Szwecji istnieje wyobrażenie o czystej miłości, o uczuciu, które nie jest zbudowane na wzajemnej zależności, ale którego podstawą jest autonomia jednostek.

Jak w takim razie wygląda miłość w kraju, gdzie tak ważna jest autonomia jednostek i gdzie stawia się na otwartość i tolerancję? Który może kojarzyć się z nieskrępowanym podejściem do nagości i "szwedzkim grzechem", a jednocześnie z chłodem i dystansem? O tym właśnie (i jeszcze wielu różnych rzeczach, bo przecież miłość i seks to bardzo pojemne tematy!) Tubylewicz dyskutuje ze swoimi bohaterami: ludźmi pióra i nauki, pochodzącymi z obu stron Bałtyku, postaciach o znanych nazwiskach, jak i tych bardziej anonimowych. Spotyka się z parami, rodzinami albo rozmawia w cztery oczy. Przeczytamy tu wywiady z autorami książek Agnetą Pleijel i Maciejem Zarembą, Manuelą Gretkowską i Piotrem Pietuchą, Leną Andersson, Hermanem Lindqvistem i Lilianą Komorowską-Lindqvist oraz Erikiem Adelsohnem; z psycholożką i seksuolożką Tanją Suhininen, literaturoznawczynią Małgorzatą Anną Packalén Parkman, a także z Marcusem, Jonasem i Nilsem, Lindą, Erikiem i Hampusem, Alicją i Kamilą, Katrin, Bingo i Alexem. Nie ma tu chyba tematów tabu: wywiady dotyczą tantry i celibatu, miłości po miłości, monogamii i poliamorii, związków tęczowych i queerowych, różnego rodzaju rodzinnych konstelacji czy związków, w których pojawiają się różnice kulturowe i różnice wieku. A jeśli jeszcze Wam mało, możecie jeszcze na własną rękę zajrzeć do przywoływanych w Szwedzkiej sztuce kochania książek, obejrzeć serial Bonusfamiljen, albo podpatrzeć, jak swoje życie prywatne w mediach społecznościowych pokazuje Camilla Läckberg.

Chętnie wyławiałam fragmenty dotyczące języka - o tym, jak zwracają się do siebie zakochani i że szwedzkie lilla gumman, dosłownie: mała staruszko, nie brzmi może tak uroczo po polsku. Że jag tycker om dig (lubię cię) może być wyznaniem miłości, a do mówienia "nie" Szwedzi mają inny repertuar słów niż tylko nej. O poczuciu dyskomfortu (att vara obekväm). I pojemności czasownika umgås - spędzać ze sobą czas, bywać ze sobą.

Wprawdzie w poprzednich książkach autorka też zwracała uwagę na różnice dzielące Szwecję i Polskę, mam jednak wrażenie, że  przez dobór rozmówców, wspomnienia autorki czy odniesienia literackie Szwedzkiej sztuce kochania są one najbardziej wyraźne momentami wręcz dotkliwe - dla autorki i jej bohaterów. Choć jak mówi w wywiadzie Maciej Zaremba:

Moim zdaniem  różnica nie polega naprawdę na tym, co się robi, ale  jak i co się o tym mówi.

A może właśnie nie mówi? I jak w ogóle opowiadać o tych rozmaitych rodzinnych i związkowych konstelacjach, kiedy zależy nam na tym, by je normalizować, a nie podkreślać ich inność, egzotyczność i może jakąś kontrowersyjność? Jestem bardzo ciekawa, co z rozmów w Szwedzkiej sztuce kochania najbardziej będzie poruszać czytelników w Polsce. To właśnie jedne z tych znaków zapytania, które zostały mi po lekturze. Czytajcie i zbierajcie swoje.


PS Zajrzyjcie na szwecjoblogowy fanpage na Facebooku, możecie zdobyć swój egzemplarz książki!

27 stycznia 2022

Herman Lindqvist "Przez Bałtyk"

Możemy się wiele nauczyć, przyglądając się własnej historii i przeglądając się w niej jak w lustrze. Przy tworzeniu własnego portretu dobrze jest jednak zmienić perspektywę. I to wcale nie musi być bardzo długi dystans, wystarczy spojrzeć przez Bałtyk. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się z polskiej premiery szwedzkiej książki Hermana Lindqvista i z polskiego brzmienia jej tytułu (w oryginale dosłownie: Szwecja - Polska. 1000 lat wojen i miłości).


To publikacja ciekawa z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że w Polsce tak chętnie pisze, czyta i uczy się o Szwecji, podczas gdy fascynacje mieszkańców kraju po drugiej stronie Bałtyku są jednak inne (na tę asymetrię w blurbie na okładce zwraca uwagę Katarzyna Tubylewicz). Przez Bałtyk czytałam nie tylko jako opowieść o tysiącu lat polskiej, szwedzkiej i polsko-szwedzkiej historii. Była to dla mnie w dużej mierze opowieść, z której wyczytać można, jak kształtuje się nasz obraz własny: jak Szwedzi widzą siebie i jak postrzegają Polskę, ale też co Polacy myślą o sobie samych. Interesujące jest też to, jak generalnie przyglądanie się historii i patrzenie w przyszłość budzą inne skojarzenia i inne emocje w Szwecji i w Polsce. Rozmawiałam o tym między innymi z Niklasem Orreniusem (autorem Strzałów w Kopenhadze) i Wiktorią Michałkiewicz (autorką Kraju nie dla wszystkich), tę samą myśl znalazłam też u Hermana Lindqvista:

Sposób postrzegania historii przez Polaków i Szwedów zasadniczo się różni. Na kartach tej książki można było przeczytać, jak Szwecja i Polska przez tysiąc lat historii czasami się ze sobą zderzały, czasami szły obok siebie, a czasami żyły w zupełnie innych światach. (...) Szwedzi wspominają historię rzadko albo wcale. (...) Natomiast w Polsce historia jest niezwykle żywa i wszechobecna. Niemal co miesiąc świętuje się lub obchodzi rocznicę jakiegoś wydarzenia historycznego. (...) Pamięć kilku naszych szwedzkich tak zwanych królów-bohaterów jest świętowana głównie przez cukierników i dziwaków interesujących się historią. Nasze liny do przeszłości zostały odcięte dawno temu.

Ciekawą postacią jest też sam autor: to szwedzki pisarz i dziennikarz, który przez ponad dwadzieścia lat był zagranicznym korespondentem prasowym. Dzięki temu miał okazję odwiedzić ponad sto państw i mieszkać w jedenastu różnych stolicach. Ma w dorobku sześćdziesiąt siedem tytułów, które sprzedały się w łącznym nakładzie ponad czterech milionów egzemplarzy. Był także prywatnym nauczycielem historii dla następczyni szwedzkiego tronu, księżniczki Wiktorii. Od 2014 roku mieszka z żoną Polką w Warszawie. Książka Przez Bałtyk powstała we współpracy z Lilianą Komorowską-Lindqvist: czytała polskie źródła oraz jak to ujęła w jednym z wywiadów: Herman zrobił ciasto, a ona dorzucała rodzynki. 

Podczas lektury nie raz pewnie odkryjemy, czego nie wiemy o sobie nawzajem, ale może i o sobie samych. A co być może najważniejsze, w tej opowieści czytelnie wybrzmiewa myśl, że choć na historię składają się pojedyncze wydarzenia, to tworzą ją przede wszystkim ludzie. A do tego - w przeciwieństwie do tych, których pewnie większość z nas zapamiętała ze szkolnych lekcji historii - bardzo ludzcy! I tak dowiemy się na przykład, że Sygryda Storråda była trochę jak jakaś królewska Pippi Långstrump, król Zygmunt Waza publicznie okazywał żonie oznaki czułości i bawił się z dziećmi na podłodze, co w tamtych czasach raczej było niespotykane.

Herman Lindqvist pisze o Polsce i Szwecji z wielką pasją i sercem do tych dwóch krajów, zajmująco opisuje momenty, gdy ich dzieje się splatały, oraz te, gdy oddalały się od siebie na huśtawce losów.  Ale w książce znajdziecie nie tylko opisy epokowych wydarzeń. Nie zabraknie też ciekawostek, także tych językowych, którymi można będzie błysnąć w towarzystwie. No bo czy wiedzieliście, że w okresie II RP w Polsce mieszkało więcej szwedzkich obywateli niż Polaków w Szwecji? Albo że w szwedzkim hymnie nie śpiewa się o Szwecji, a za to w polskim występuje nawiązanie do wojny ze Szwedami (jeśli czytaliście I cóż, że o Szwecji to to akurat pewnie wiecie)? A wpadliście na to, że "szwendanie się" rzekomo może pochodzić od słowa "Szwecja"? Pamiętaliście, że "szwedka" to potocznie kurtka albo kula inwalidzka? No i czy zastanawialiście się kiedyś nad tym że "szwedzkim stołem" można nazwać nawet bufet potraw z woka i sushi albo jak fascynujące dla obcokrajowca może być to, że "w języku polskim uprzejmość można wyrazić zdrobnieniami nawet wobec dorosłych": u fryzjera każą "oprzeć główkę" a w pociągu o "bilecik".

Moim zdaniem to lektura obowiązkowa: i to zdecydowanie nie tylko dla zainteresowanych historią czy studentów skandynawistyki, ale i dla wszystkich, którzy chcieliby spróbować spojrzeć na polską historię oczami Szweda.


Herman Lindqvist (we współpracy z Lilianą Komorowską Lindqvist) Przez Bałtyk. 1000 lat polsko-szwedzkich wojen i miłości (Sverige-Polen. 1000 år av krig och kärlek) 

przeł. Emilia Fabisiak, Wydawnictwo Poznańskie 2022


PS Na Facebooku Szwecjobloga ogłosiłam konkurs, w którym do wygrania są zestawy Przez Bałtyk Hermana Lindqvista i I cóż, że o Szwecji mojego autorstwa. Na zgłoszenia czekam do 02.02.2022 do 23.59. Szczegóły w poście:

12 stycznia 2022

Nina Wähä "Testament"

Testament Niny Wähä to jak do tej pory najbardziej wyczekiwany przeze mnie tytuł w nowej Serii Skandynawskiej Wydawnictwa Poznańskiego. Przeczytałam ją kilka lat temu po szwedzku i bardzo długo nie mogły wyjść mi z głowy zarówno pogmatwane i zaskakujące historie licznych bohaterów, jak i silne poczucie obecności, wręcz bliskości narratora - wszechwiedzącego opowiadacza, który niejako prowadzi czytelnika za rękę, zapowiada, co się wydarzy, ale kolejne elementy rodzinnej kroniki zdradza trochę "na raty". To niebanalna, ambitna, napisana z rozmachem powieść, w której naprawdę można przepaść. Cieszę się, że wreszcie ukazała się u nas!

To nic innego jak historia morderstwa. A może jednak, niech będzie, to o wiele więcej niż tylko to. Nie chcę jednak nikogo zwodzić ani ukrywać czegoś, co w tej opowieści okaże się kluczowe. Ktoś umrze. Ktoś będzie winny. Musimy spróbować się dowiedzieć kto. Oraz kogo. I dlaczego. Niestety, musicie poznać ich wszystkich, ponieważ ta opowieść wszystkich dotyczy, w ten czy inny sposób. […] Być może kilka razy przystaniesz w trakcie podróży, pomyślisz coś w stylu "a to niby po co tu jest". Zaufaj mi. Powierz mi swoje życie, a ja poprowadzę cię przez mroczne czasy i przez jasne. 

W rodzinie Toimich doliczyć się można czternaściorga dzieci, jeśli weźmie się pod uwagę także nieżyjącą dwójkę. Rodzeństwo wychowane przez bezwzględnego ojca i bezradną matkę dzieli się na na tych, którzy z dala od domu próbują uporać się z traumami, oraz tych, którzy w tym domu zostali. Spotykają się znów, gdy zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Powrót do domu z bagażem rodzinnych doświadczeń będzie początkiem snucia opowieści o pogmatwanych dziejach rodziny i skomplikowanym rozkładzie sił pomiędzy jej członkami.

Oto opowieść o rodzinie Toimich i o kilku wydarzeniach, które gruntownie zmieniły jej życie. [...] Toimi to śmieszne nazwisko. Jeśli umknęła ci jego definicja, oznacza ono "funkcjonowanie". Dla wielu rodzin byłoby to śmieszne nazwisko. Szczególnie dla tej. Czy może nawet tej.

Trudno mówić tu o jednym głównym bohaterze, chyba że jako jednego bohatera uznamy całą rodzinę. Do centrum opowieści trafiają natomiast kolejno wszyscy z rodzeństwa, trochę jakby wychodzili na scenę w światło reflektorów (skojarzenie ze sceną budzi też spis "osób dramatu" na początku książki). Każdy w tej rodzinie jest "jakiś". W jakimś sensie są sobie bliscy, jednoczy ich wspólny wróg, rodzeństwo jest dla siebie jak "wspólny spadochron, który się rozkłada, gdy ktoś spadał zbyt szybko". Ale rodzinne spotkania po latach są też klaustrofobiczne - relacje rodzeństwa porównywane są do tak zwanego króla szczurów, zwierząt splątanych ogonami i rosnących razem. Takich sugestywnych obrazów w książce znajdziecie więcej. 

Efekt kuli śnieżnej. Po fakcie życie jawi się tak wyraźnie. Kiedy się w nim jest w samym środku, wydaje się, że rzeczy, zdarzenia, słowa, czyny, że po prostu się dzieją, jedno po drugim albo równolegle, trudno zrozumieć, jak są połączone. 

Skrupulatne opisy wydarzeń z dzieciństwa bohaterów okazują się decydujące dla zrozumienia ich dorosłego życia. Niekiedy o pewnych wydarzeniach wspomina się wielokrotnie, bo pokazywane są z perspektywy różnych postaci. Powieść napisana jest z lekkością, ale nie zawsze jest to lektura przyjemna, czytanie wymaga skupienia, między innymi ze względu na wielość bohaterów czy wielokrotnie podkreślany "efekt śnieżnej kuli" – podczas lektury cały czas zastanawiałam się, które z epizodów odegrają rolę w głównej historii i jak odbiją się na bohaterach. Mrok tej opowieści, jej wielowymiarowość, niejednoznaczność i charakterystyczna, wyrazista rola narratora sprawiają, że książka może wydawać się osobliwa, ale ta "inność" jest tu bardzo satysfakcjonująca. Zostaje w pamięci razem z pytaniami o pamięć i o to, jak wychowanie i relacje w rodzinie wpływają na jednostkę.

Czym jest spuścizna? Z czego składa się to, co zostawia się po sobie? Fizycznie, we własności, i to drugie, krew, którą się rozdało i która płynie w innych żyłach, pokolenie za pokoleniem, na zawsze, obecna w milczeniu, ale co z tego? Trzeci składnik, spuścizna, dzięki której ludzie stawiają pomniki i budują biblioteki na czyjąś cześć, nazywają imionami ulice. [...] Co pozostaje? Jako kto zostaje się zapamiętanym?

Nina Wähä jest szwedzką pisarką, aktorką i wokalistką. Urodziła się i dorastała pod Sztokholmem, ale letnie wakacje spędzała u babci i kuzynostwa w fińskiej Dolinie Tornio (tam rozgrywa się akcję książki). Zna języki fiński i meänkieli, język mniejszościowy, którym mówi się na północy Szwecji przy granicy z Finlandią. Powieść Testament została nominowana do Nagrody Augusta, najważniejszej szwedzkiej nagrody literackiej i wyróżniona Nagrodą Szwedzkiego Radia za Powieść.

Nina Wähä Testament (Testamente)
przeł. Justyna Czechowska
Wydawnictwo Poznańskie
2022

PS 18 stycznia o godzinie 18 odbędzie się spotkanie z autorką, Niną Wähä, które poprowadzi tłumaczka powieści, Justyna Czechowska. Do zobaczenia na Facebooku!

26 kwietnia 2021

Książki po szwedzku - o Szwecji z Waszej perspektywy

Od czytelników Szwecjobloga nieraz zdarzało mi się usłyszeć pytanie, gdzie miałam okazję kupić książki, o których opowiadam na blogu, czy to powieści, czy materiały do nauki. Spora część mojej domowej szwedzkojęzycznej biblioteczki to pozycje, które przywiozłam ze Szwecji (mnóstwo wydań kieszonkowych to egzemplarze z drugiej ręki ze sklepów charytatywnych czy pchlich targów) albo które ściągałam ze Szwecji (przede wszystkim na potrzeby pracy). Teraz, gdy wyjazdów brakuje, brakuje też takich okazji, żeby sprawić sobie takie pamiątki. No ale od czego są księgarnie internetowe. A szczególnie jed(y)na taka księgarnia – Książki po szwedzku. Z jej założycielką, Katarzyną Hasiewicz-Obarzanek, rozmawiałam właśnie o książkach po szwedzku, o czytaniu w języku obcym w ogóle oraz o innych okołoksiążkowych sprawach. 




Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam na Instagramie zapowiedź powstania księgarni z książkami w języku szwedzkim, niemal podskoczyłam z radości, bo czegoś takiego mi brakowało. Opowiesz o tym, skąd wziął się ten pomysł, na który nikt wcześniej nie wpadł? 

Z wykształcenia jestem lekarzem, zawodowo zajmuję się nieruchomościami, a księgarnię internetową o sugestywnej nazwie Książki po szwedzku prowadzę od tego roku. Otworzyłam ją z raczej egoistycznych pobudek - po latach przerwy wracałam do nauki języka szwedzkiego i chciałam mieć stały dostęp do literatury szwedzkojęzycznej. Szukałam i szukałam, i jedyne, co znajdowałam to pojedyncze oferty używanych książek na Allegro czy Facebooku. Coś trzeba było z tym zrobić. Tak powstał pomysł i jego realizacja w postaci Książek po szwedzku. Prosta nazwa, która od razu sugeruje typ asortymentu. 


Dlaczego twoim zdaniem czytanie w języku obcym jest tak ważne i potrzebne?

Odpowiem bazując na moim doświadczeniu. Czytam swobodnie po angielsku i włosku, i świadomie dbam o to, żeby raz na jakiś czas przeczytać książkę obcojęzyczną. Pomaga mi to zachować kontakt z językiem, a jednocześnie jest bardziej wymagające niż zapoznawanie się z artykułami w Internecie. W ten sposób ćwiczę umiejętność łączenia faktów i pojmowania sensu całej lektury. Poza tym, zwłaszcza jeżeli chodzi o czytanie w języku włoskim, mam dostęp do dzieł autorów, które najprawdopodobniej nigdy nie zostaną przetłumaczone albo które są wyjątkowo ciężko dostępne w Polsce. Zakładając sklep, wiedziałam, że jest więcej osób, takich jak ja, które znają wartość czytania w obcym języku i które szukają książek po szwedzku dostępnych w Polsce. 



Jakie w takim razie książki po szwedzku możemy znaleźć w tej chwili w asortymencie? 

Początkowo uparłam się, że będę sprzedawać jedynie beletrystykę i literaturę dla dzieci, ewentualnie kryminały. Zaczęłam klasycznie, od serii Muminkowej. Później wprowadziłam Alla vi barn i Bullerbyn Astrid Lindgren, Ellens äppleträd Cateriny Kruusval. Oferuję książki Fredrirka Backmana (En man som heter Ove, Britt-Marie var här, Min mormor hälsar och sager förlåt), kryminały Henninga Mankella czy Camilli Läckberg… Jednak praktycznie od samego początku otrzymywałam zapytania o podręczniki do nauki, które, jak się okazało, również są wyjątkowo trudno dostępne w naszym kraju. Mimo mojego wewnętrznego oporu zdecydowałam się poszerzyć ofertę również o te pozycje i był to strzał w dziesiątkę. Pierwsza partia Form i fokus sprzedała się w trzy godziny. Podobnie było z podręcznikami Rivstart. Aktualnie sama korzystam z tego drugiego i uważam, że to naprawdę świetne narzędzie, dlatego czuję ogromną satysfakcję, że mogę pomagać w dotarciu do tych pomocy osobom, które uczą się szwedzkiego. 


Rivstart to też i mój ulubiony podręcznik! Na studiach uczyłam się przede wszystkim z tej serii i to właśnie z niej najbardziej lubię korzystać, kiedy prowadzę swoje kursy. W asortymencie wypatrzyłam też świetną ciekawostkę, którą też poznałam dzięki mojej pracy – książki wydane w wersjach uproszczonych, tzw. lättläst. Często korzysta się z nich na kursach dla cudzoziemców w Szwecji, mam wrażenie, że nie są dość dobrze znane tym, którzy uczą się szwedzkiego w Polsce. A szkoda! Opowiesz więcej o tym, czego można spodziewać się po takiej wersji uproszczonej? 

Wersje lättläst książek doskonale wpisują się w ideę szwedzkiego egalitaryzmu - równy dostęp do wiedzy i informacji, również dla osób, które z różnych przyczyn czytają gorzej. Chodzi tutaj o osoby mające pewien stopień niepełnosprawności, demencji, o imigrantów oraz o osoby uczące się szwedzkiego. Tekst ma być napisany prosto i zrozumiale. Zdania są krótkie, ale treściwe. Zawierają zazwyczaj jeden czasownik. Unika się używania skomplikowanych słów, strony biernej i pojęć abstrakcyjnych. Ta kategoria pojawiła się ze względu na zapytania ze strony klientów. Chcę ją stale poszerzać, bo dzięki tym wydaniom więcej osób może zapoznać się z tekstami, które w standardowej wersji byłyby zbyt skomplikowane językowo. 


Jakie masz rady i podpowiedzi dla tych, którzy chcieliby sięgnąć po jakąś książkę po szwedzku, ale nie wiedzą, czy nie będzie dla nich za trudna albo za prosta?

Zarówno na stronie internetowej, jak w social media zamieszczone są orientacyjne poziomy trudności danych pozycji. Zazwyczaj jednak ciężko jednoznacznie stwierdzić czy ktoś posiada odpowiednie zasoby językowe do przeczytania książki z przyjemnością (bez nadmiernego zerkania do słownika). Dlatego w zdjęciach każdej pozycji książkowej zawsze zamieszczam jedno, na którym widać tekst. Wtedy każdy może sprawdzić czy dana strona czy dwie stanowią dla niego wyzwanie czy raczej rozumie większość tekstu. Z drugiej strony, każdy może inaczej pochodzić do tej kwestii. Jedna osoba woli stawiać sobie wyzwania i podnosić poprzeczkę, a druga woli, żeby poziom językowy książki był bardziej dostosowany do jej umiejętności, żeby zwyczajnie się nie zniechęcić. Przed wyborem warto zapytać siebie, do której grupy należę 😊 

Na wirtualnych półkach twojej księgarni niektórych być może na pierwszy rzut oka zdziwią książki napisane przez autorów pochodzących z Finlandii: klasyki w postaci mocno kojarzącej się z tym krajem serii o Muminkach Tove Jansson czy nowości w postaci powieści Kjella Westö i Ann-Luise Bertell. Jak ważne było dla Ciebie to, by księgarnia była Książkami po szwedzku a nie Książkami ze Szwecji? Czy zastanawiałaś się już może nad wprowadzeniem do oferty szwedzkich przekładów polskiej literatury? 

Język jest dziedzictwem kulturowym. Chcę oferować książki napisane po prostu po szwedzku, bez znaczenia czy powstały w jednym miejscu naszego globu czy w drugim. Stosując klucz: książki ze Szwecji, nie sprzedawałabym choćby Muminków, a przecież to były pierwsze książki, które sama chciałam przeczytać po szwedzku. Z resztą taki był początkowo plan B - jeśli księgarnia nie wypali, to przynajmniej będę miała całą serię Muminków dla siebie 😊 W każdym razie, Finlandia może się pochwalić sporą grupką bardzo dobrych szwedofińskich pisarzy. Ciekawą postacią jest sam Johan Runeberg, poeta, którego utwór Vårt land jest obecnie hymnem narodowym Finlandii. Obecnie skupiam się na pozycjach typowo szwedzkich, czyli napisanych oryginalnie po szwedzku. Książki czytane w języku oryginału przekazują treści zgodnie z zamysłem autora. Od początku chodziło mi o udostępnienie innym właśnie tego doświadczenia. 


Czym się kierujesz, wybierając książki, które trafią do oferty twojej księgarni? Czy to tytuły, które sama czytałaś albo takie, które najbardziej chciałabyś przeczytać?

Cały czas się uczę. Polegam na guście moich klientów i ich sugestiach, bardzo pomaga mi to w wyborze asortymentu. Staram się śledzić nowości i jednocześnie oferować klasyki literatury, również dziecięcej. W języku szwedzkim powstało naprawdę wiele świetnych tekstów, często znanych na całym świecie, zekranizowanych, niesamowicie spopularyzowanych, np. kryminały Henninga Mankella z postacią komisarza Wallandera czy En man som heter Ove Backmana. To też jest pewien klucz - oferowanie tytułów znanych z popkultury. 

Jak "od kuchni" wygląda prowadzenie księgarni o tak specyficznym profilu? 

Myślę, że nie różni się to zbytnio od prowadzenia "zwykłej" księgarni. Chodzi o znalezienie odpowiednich pozycji, zamówienie ich i szczęśliwe sprowadzenie do naszego kraju.  O ile sam proces zamawiania zazwyczaj jest przyjemny i sprawny, to część logistyczna jest pewnego rodzaju wyzwaniem. Zwłaszcza w czasach, w których się znaleźliśmy obecnie. Zazwyczaj nie można precyzyjnie określić czasu dostawy. Na przykład ostatnio, czekałam na paczkę ponad miesiąc, w tym czasie zdążyły do mnie dotrzeć trzy inne przesyłki, zamówione znacznie później. Oprócz stałej oferty, sprowadzam też książki na zamówienie. Jest to bardziej czasochłonne, ponieważ po pierwsze, kontakt z mniejszymi firmami i indywidualnymi osobami nie jest tak sprawny. Po drugie, czasami trzeba poczekać na dodruk danej książki lub na sprowadzenie jej z daleka. Mogłabym jeszcze dużo mówić o kwestiach związanych ze skokami kursów walut, zmianami w prawie, kwestiami technicznymi… ale są to elementy wpisane w ten rodzaj działalności i po prostu trzeba to zaakceptować. 


Skoro księgarnia to zakupy, a skoro zakupy to wydatki. Porozmawiajmy więc jeszcze o cenach i finansach. 

My, Polacy jesteśmy przyzwyczajeni do taniej książki. Czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy przyjmują wręcz postawę roszczeniową: jeśli już zdecydowałem się przeczytać tę pozycję, to powinna być bardzo tania lub najlepiej za darmo. Praca autora, proces wydawniczy, dystrybucja i marketing składają się na końcową cenę książki, która musi pokryć wymienione koszty. Do tego dochodzą też przepisy krajowe. Na przykład we Włoszech przeciętna cena książki zaczyna się na poziomie kilkunastu euro, czyli w przeliczeniu na złotówki od ok. 50 złotych, a to jest zazwyczaj dolny pułap. Jest to związane z tzw. stałą ceną książki, kiedy to rząd reguluje najniższą możliwą stawkę. Takiej sytuacji nie mamy w Polsce i nie ma jej też w Szwecji. 

Jako naczelny wolnościowiec i propagator idei wolnego rynku jestem zdecydowanie przeciwna centralnemu sterowaniu cenami i uważam, że książka doskonale poradzi sobie bez "ochrony" rządu. Import książek z zagranicy jest już wystarczająco skomplikowanym przedsięwzięciem. Oprócz zwykłych kosztów prowadzenia działalności dochodzą koszty przewalutowań, różnic kursowych, międzynarodowych przesyłek kurierskich (nawet kilkaset złotych za każdą przesyłkę) itp. itd. Wszystko to wpływa na cenę końcową produktu, który finalnie jest dostępny od ręki w polskim sklepie internetowym. 

Wierzę jednak, że gra jest warta świeczki i że z czasem coraz więcej osób dostrzeże korzyści płynące z czytania w obcym języku, i sięgnie również po książki po szwedzku.

19 kwietnia 2021

Seria Skandynawska - o Szwecji z Waszej perspektywy

Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich chyba nie trzeba przedstawiać miłośnikom Skandynawii. Przybliżała czytelnikom powieści, poezję, dramaty, opowiadania, sagi, baśnie ludowe z krajów nordyckich od lat 50. do 90., odkrywa współczesną prozę i przypomina klasykę z Północy od 2018 roku. 

Zaprosiłam do rozmowy Adrianę Biernacką, redaktor prowadzącą Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich, nazywanej często po prostu Serią Skandynawską, i menadżerkę projektów w Wydawnictwie Poznańskim. Rozmawiamy o Szwecji (i nie tylko!) oczywiście z perspektywy książek, bo kto jak kto, ale redaktor prowadzący w najmniejszych szczegółach wie, co musi się wydarzyć, by do rąk polskiego czytelnika mogły trafić skandynawskie książki. Nieźle się zagadałyśmy, bo Ada o tych książkach mogłaby mówić godzinami, a w jej słowach - jak się sami przekonacie, czuć ogromną dumę z serii i radość z tego, że Wydawnictwo zdecydowało się ją wznowić. 



Wyjaśnijmy sobie na początek: kim właściwie jest redaktor prowadzący i co (lub kogo? 😊) prowadzi? 

Redaktor prowadzący to taki opiekun książki i autora. Dbam o książkę od pojawienia się pomysłu na jej wydanie, aż do trafienia na księgarskie półki (a tak naprawdę jeszcze znacznie dłużej). To ja piszę opis na okładkę, wybieram tłumacza, redaktora, korektorów, współpracuję z grafikiem projektującym okładkę, staram się o grant na tłumaczenie. Jestem też panią od terminów. Muszę tak skoordynować wszystkie etapy powstawania książki, żeby na czas oddać ją do druku. Nad każdą książką pracuje wiele osób. Zdarzają się choroby, urlopy, psujące się komputery, a ja muszę nad tym wszystkim zapanować – przypilnować, zmotywować. 

Każdego dnia podejmuję mnóstwo drobnych decyzji, które składają się na to, jak ostatecznie będzie wyglądać książka. Osobowość redaktora prowadzącego też ma tu znaczenie! Każdy będzie miał trochę inną wizję książki i priorytety. Ja jestem straszną szczególarą – wszystkie elementy muszą być zgrane ze sobą kolorystycznie, a opis brzmieć idealnie. Poważniejsze decyzje, takie jak projekt okładki, zawsze konsultujemy w większym gronie, ale gdy głosy układają się po równo, ostatnie słowo ma redaktor prowadzący. 

Książka jest oczywiście dziełem autora, ale ja też traktuję je jak moje "dzieci".  Chcę, żeby jak najlepiej poradziły sobie na brutalnym rynku książki. Niestety świetna treść nie wystarczy. Żeby czytelnik ją poznał, musi go najpierw coś skusić, np. okładka, opis, czyjaś rekomendacja. Czasem redaktor prowadzący musi zawalczyć o książkę, np. namówić tłumacza, żeby zajął się nią priorytetowo albo przekonać zarząd do zwiększenia budżetu promocyjnego. 

źródło: FB Seria Skandynawska

Na stronie Szwedzkiego Związku Wydawców (SvF) znalazłam informację, że w ostatnich latach w Szwecji wydaje się rocznie średnio około 2000 nowych tytułów z literatury pięknej dla dorosłych napisanych po szwedzku. To ogromna liczba! 

Jak w takim razie zdobywasz informację, jakimi tytułami warto się zainteresować, skąd czerpiesz informacje o książkach? Na jakich informacjach najchętniej polegasz: poleceniach agentów literackich, listach bestsellerów, wiadomościach o nagrodach literackich, opiniach recenzentów z zagranicznej prasy czy recenzentów wewnętrznych wydawnictwa? A może czytasz najpierw książki sama? 

Niestety nie czytam w żadnym z języków skandynawskich, więc muszę polegać na cudzych opiniach. Codziennie dostaję kilkadziesiąt maili od agentów literackich reprezentujących skandynawskich autorów. Nie tak łatwo się w tym odnaleźć. 

We wszystkich krajach skandynawskich świetnie działają instytucje promujące książki za granicą. Norweska NORLA czy szwedzka Kulturrådet systematycznie przygotowują rekomendacje najlepszych książek, które ukazały się niedawno, organizują też spotkania dla wydawców, na które zapraszają krytyków literackich. To eksperci świetnie znający rynek książki, mają bardzo interesujące typy. To moje ulubione miejsca do szukania książek. Śledzę też najważniejsze skandynawskie nagrody literackie. Już na etapie nominacji sprawdzam, które książki mogłyby zainteresować polskich czytelników. Zaglądam również na skandynawskie bookstagramy (chociaż nic nie rozumiem!), spoglądam na listy bestsellerów, a przed pandemią jeździłam na największe skandynawskie targi książki – do Göteborga. 

Czasem książkę przynosi tłumacz. Tłumacze, z którymi współpracuję, kochają "swoje" kraje całym sercem. Śledzą nowości literackie i ze swoimi zachwytami przychodzą do mnie. Zawsze sięgam wtedy po opinie innych recenzentów, bo to co jednego zachwyca, innych może pozostawić obojętnym. A obojętność to najgorsze, co może się książce przytrafić. Lepiej mieć zagorzałych miłośników i równie gorliwych przeciwników, niż ulatywać z pamięci po kilku dniach. 

Co Twoim zdaniem łączy książki w Serii Skandynawskiej? Czy znajdujesz jakiś wspólny mianownik, czy serii przyświeca raczej idea różnorodności? Jak ocenić, czy książka "wpisuje się" w tę serię? 

Staramy się, żeby książki były różnorodne, ale trzymamy się też pewnych ram. Wydajemy tylko literaturę piękną, nie wchodzą w grę kryminały czy poezja. Sięgamy po najbardziej cenionych i najbardziej obiecujących autorów, takich, o których sporo się mówi. Staramy się zachowywać równowagę między krajami, ale to nie zawsze się udaje. Jeśli zachwyci nas kolejna szwedzka powieść, to nie zrezygnujemy z niej tylko dlatego, że na dany rok mamy już w planach inną książkę z tego kraju. 

Nie chcę wydawać książek hermetycznych, zrozumiałych głównie dla krytyków literackich. Czytanie ma być przyjemnością, a nie męczarnią. Wybieramy bardzo różne książki, dla różnych czytelników, nie tylko tych śledzących nowości literatury pięknej i wyczekujących kolejnego tomu sagi Roya Jacobsena. Osoba na co dzień czytająca kryminały może sięgnąć po Życie Sus Jonasa T. Bengtssona, a ktoś, kto pamięta klasyczną serię skandynawską wydawaną w minionym wieku, z sentymentem wróci do pisarstwa Karen Blixen, Stiga Dagermana czy Knuta Hamsuna. W każdej z naszych książek jest coś więcej niż tylko fabuła, jakieś drugie dno. Ale jeśli ktoś będzie chciał przeczytać Życie Sus tylko jako powieść o złej dziewczynie, zupełnie mi to nie przeszkadza. 

Mam jeszcze jedno smutne, techniczne kryterium – długość książki. Stustronicowa książeczka do przeczytania w dwie godziny nie ukaże się w serii. Skandynawscy pisarze lubują się w takich maleństwach, ale Polacy niechętnie po nie sięgają. Nie dziwię się, nasze zarobki są przecież znacznie niższe niż Skandynawów.


No dobrze, znalazłaś interesujący cię tytuł, który pasuje do Serii – jaki jest kolejny krok? Czy konkurencja między wydawcami jest duża, jeśli chodzi o zakup tytułów szwedzkich i nordyckich w ogóle? 

Konkurencja na szczęście nie jest duża i raczej nie zdarzają się tu tak zaciekłe licytacje jak w przypadku brytyjskich i amerykańskich hitów. Wydawców sięgających po nordycką literaturę nie jest aż tak wielu, trochę różnią się też nasze profile. Jeśli toczy się licytacja, to pomiędzy dwoma-trzema wydawcami, którzy bardzo chcą wydać daną książkę. Po jej zakończeniu oferta trafia do akceptacji autora. Jeśli ją przyjmie, możemy zacząć tłumaczenie. 

Czy książki w Serii Skandynawskiej są tłumaczone z języków oryginalnych czy zdarzają się przekłady za pośrednictwem innego języka, na przykład na prośbę autora? 

 2021 roku już nie wypada tłumaczyć z języków pośrednich. Mamy fantastycznych tłumaczy z norweskiego, duńskiego, szwedzkiego, islandzkiego czy fińskiego. Być może przy literaturze farerskiej pojawiłby się problem i konieczność przekładu za pośrednictwem innego języka. Przekład zawsze jest interpretacją tłumacza. Nałożenie interpretacji drugiego tłumacza oddala nas od tego, co chciał przekazać autor. 

Czy zawsze udaje się znaleźć tłumacza dla danej książki? Jak w ogóle wygląda takie swatanie książek i tłumaczy? 

Nie lubię zmieniać autorom tłumaczy. Jeśli już wypracowali przełożenie stylu autora na polszczyznę i zrobili to trafnie, uważam, że będzie lepiej, jeśli skorzystają z tego przy kolejnych książkach. Nowa powieść Tommiego Kinnunena po prostu musiała trafić w ręce Sebastiana Musielaka, a Życie Sus Jonasa T. Bengtssona do Iwony Zimnickiej. Mam ten komfort, że przygotowuję książki z dużym wyprzedzeniem i mogę dłużej poczekać na tłumacza, na którym mi zależy. 

Często tłumacze sami się do mnie zgłaszają, że chcieliby przełożyć daną książkę. W tym środowisku plotki bardzo szybko się rozchodzą 😉 Nie mam żadnych sztywnych zasad "przyznawania" książek tłumaczom. Znam inne książki przełożone przez nich i jakoś podskórnie wyczuwam, co do kogo pasuje. Niczego nie żałuję, na szczęście. 

źródło: FB Seria Skandynawska

Czas, kiedy tłumacz(ka) pracuje nad tekstem, wcale nie jest czasem wolnym dla redakcji, prawda? Czy to wtedy podejmowane są decyzje dotyczące polskiego brzmienia tytułu i opisu na okładce? 

To zależy, ile mamy czasu. Najbardziej komfortowa sytuacja jest wtedy, gdy książka została już przełożona i mogę ją sama przeczytać przed zleceniem projektu okładki i tworzeniem opisu. Jeśli nie mogę czekać, opieram się na fragmentach tłumaczenia i streszczeniu. 

Staramy się wiernie przekładać oryginalne tytuły, nie ma tu więc miejsca na burzliwe dyskusje, co najwyżej drobne korekty. Niebo w kolorze siarki pierwotnie miało być Niebem o barwie siarki, ale ta "barwa" jakoś źle brzmi w tej zbitce głosek. Dosłownie byłoby to Den svavelgula himlenSiarkowożółte niebo, ale nie bądźmy małostkowi! Jestem pewna, że Niebo w kolorze siarki będzie nam się czytało lepiej niż Siarkowożółte niebo

Też mam takie wrażenie! Dobrze brzmiący tytuł i ciekawa okładka potrafią skusić czytelnika. Doskonale znamy powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce, ale mam wrażenie, że w przypadku Serii Skandynawskiej okładki projektu Uli Pągowskiej ocenia się niejako niezależnie od oceny samej książki. Ja lubię je za wyrazistą, atrakcyjną kolorystykę i za to, że każdej książce przypisany jest jakby jakiś powtarzalny motyw, który okazuje się doskonale oddawać jej treść. Cały czas uwielbiam patrzeć na hipnotyzujące listki (?) na okładce Początków Carla Frodego Tillera (to też zresztą chyba moja ulubiona książka z tej serii), bardzo rzucają się w oczy noże z Życia Sus Jonasa T. Bengtssona. Przyjęcie takiej konwencji oznacza każdorazową rezygnację z adaptacji oryginalnej okładki. To ułatwia czy utrudnia pracę nad przygotowaniem książki do wydania?

Zdecydowanie ułatwia! Niektóre oryginalne okładki naszych książek są naprawdę świetne. Cieszę się, że nie muszę się nawet zastanawiać nad tym, czy nie chcemy przy nich pozostać. Lubię to, że nasza seria jest taka spójna graficznie (i dzięki temu pięknie prezentuje się na półce). 

Wspaniale pracuje mi się z Ulą Pągowską. Ma niesamowite pomysły! To ogromny komfort, wybierać spośród kilku świetnych projektów ten najlepszy. Czasem żałuję, że jedna książka nie może mieć wielu okładek 😉 

źródło: FB Seria Skandynawska

A wiesz, co o tych okładkach sądzą autorzy książek? 

Okładka trafia do akceptu autora, ale pośredniczą w tym agenci, więc zwykle dostaję tylko odpowiedź, że okładka została zaakceptowana. To zawsze jest dla mnie stresujące, bo autorzy nie znają przecież polskiego kontekstu, nie wiedzą, jakie mamy założenia graficzne serii. Boję się, że w końcu któryś z nich zapyta, co ma wspólnego z jego książką ten stateczek 😀 Wiem, że Laurze Lindstedt bardzo podoba się okładka Oneironu. Miałam okazję rozmawiać na żywo z Helgą Flatland dwa lata temu, gdy była gościnią Big Book Festivalu. Bardzo pozytywnie wypowiadała się o naszej okładce Współczesnej rodziny, ale też o… Początkach Carla Frodego Tillera, które niedawno czytała! 

O proszę! Skoro mowa o zakulisowych komentarzach, to porozmawiajmy jeszcze o zakulisowej pracy. Sporą jej część pokazujesz na instagramowym profilu Serii Skandynawskiej. Powiedziałabym, że to często jej mało romantyczne oblicze, bo nie polega przecież tylko na czytaniu książek (tym bardziej nie z kubkiem gorącej czekolady pod ręką i kotem na kolanach), ale to sporo kwestii technicznych do ogarnięcia – fascynujących dla laika! 

Dzięki relacjom dowiedziałam się, co to jest apla (jednobarwna przestrzeń, stanowiąca tło dla tytułu książki i nazwiska autora, stanowiąca też kontrast wobec głównego motywu okładki), kapitałka (tasiemka na końcach grzbietu) i proof (wydruk próbny, który pozwala jak najlepiej odwzorować kolory druku docelowego), zwracam też większą uwagę na wielkość czcionki, szerokość marginesów i interlinię w książkach, które czytam. Każda z tych kwestii to dla ciebie kolejny wybór i kolejna decyzja do podjęcia. Bardzo dziękuję ci za te smaczki, bo jestem wielką fanką takich ciekawostek! 

Zapamiętałam między innymi historię o tym, jak pokazywałaś, jak poradzić sobie z pracą nad uwagami od korekty i tłumacza Blizny Auður Avy Ólafsdóttir, nie znając języka islandzkiego 😊 O jakich aspektach zakulisowej pracy redaktora czytelnicy nie wiedzą, a mają wpływ to, jaka jest książka, która ostatecznie trafi w ich ręce? 

No tak, zdarzało mi się szukać w tekście nazw własnych i odliczać wersy, żeby szybko sprawdzić coś w oryginalnym tekście, z którego nie rozumiałam ani słowa…

Być może zastanawialiście się kiedyś, dlaczego książka nie ma równych np. 300 stron, tylko 304, chociaż ostatnie kartki są puste. To ze względu na arkusze drukarskie. Na jednym arkuszu mieści się 16 stron książki, takie arkusze składa się w książkę, a na końcu rozcina. Nie można wyciąć z niego jednej czy dwóch stron, po prostu liczba stron musi dzielić się przez 16 (w ostateczności przez 8, wtedy ostatni arkusz przecina się na pół). Po kilku latach pracy już nawet nie trzeba używać kalkulatora, bo liczby podzielne przez 16 recytuje się z pamięci. 

Na szczęście czytelnicy nie wiedzą, ile tłumacz czy redaktor spóźnił się z oddaniem tekstu, jak wyglądały najsłabsze projekty okładek i jakie błędy w ostatniej chwili wychwycił korektor. Nie wiedzą też, że tłumacz coś w tekście poprawił, bo autorowi się zapomniało, że bohater mieszkał na innym piętrze 😉 

Najciekawszych anegdot nie wypada jednak opowiadać publicznie. 

Rozumiem, w takim razie zapytam o coś jeszcze. Czy praca redaktora prowadzącego kończy się, kiedy książka trafia na półki księgarń? W jaki sposób opiekujesz się jeszcze książkami, kiedy się już w ten sposób "urodzą"? Czy może jednak trafiają wtedy pod opiekę kogoś innego w wydawnictwie? 

Marketingiem serii skandynawskiej zajmuje się u nas Katarzyna Kończal. To ona znajduje patronów dla książki, wysyła ją dziennikarzom, blogerom i innym recenzentom, umawia wywiady oraz współprace i dba o to, żeby o książce usłyszeli czytelnicy. Razem przygotowujemy strategię promocyjną i wpadamy na najlepsze pomysły,  ja prowadzę profile serii skandynawskiej na Instagramie i Facebooku, ale tak naprawdę menedżer projektów po oddaniu książki do druku myśli już głównie o kolejnych książkach, które przygotowuje. No właśnie, my nawet inaczej postrzegamy "najważniejsze daty". Menedżer projektu zawsze pamięta, kiedy musi oddać książkę do druku, a menedżer marketingu – kiedy będzie premiera. 

Nie mogłabym nie wspomnieć też o "starej" Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Książki ze statkiem wikingów kojarzyłam z półek z rodzinnego domu, potem towarzyszyły mi na studiach. A zakupy książek z serii nieraz okazywały się pretekstem do pogaduszek z antykwariuszami! Pytałam cię już o wspólny mianownik dla nowo wydawanych książek, a co w takim razie łączy te dwie "generacje" Serii? W jaki sposób nowa nawiązuje do starej? 

Przede wszystkim autorami! Chcemy dawać naszym czytelnikom nie tylko współczesne powieści najlepszych skandynawskich autorów, ale również wznawiać te książki, które ukazały się w serii przed laty, a dzisiaj są już klasyką literatury. Sięgamy po te tytuły i odświeżamy je, tłumaczymy na nowo. To na przykład Pożegnanie z Afryką Karen Blixen, które ukazało się w serii w latach 70. Stig Dagerman to również autor z serii, ale tym razem wybraliśmy inną książkę. W 1978 roku były to Weselne kłopoty, a w 2020 Poparzone dziecko, świetnie znane na świecie, a w Polsce do tej pory nieprzetłumaczone. Podobnie było z Knutem Hamsunem – w serii ukazało się przed laty kilka książek jego autorstwa, ale Szarad akurat od dawna nie wznawiano. 

Graficzne nawiązanie do serii widać na okładkach, ale mamy też jeden szczegół w środku. Biogram autora na stronie przedtytułowej złożyliśmy w wąskiej kolumnie, żeby wyglądał jak dawniej. 

Mam jeszcze jeden smaczek łączący dawną serię i dzisiejszą. W 1988 roku w serii wyszedł zbiór opowiadań Tarjei Vesaasa Koń z Hogget. Kilka z nich przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak. 33 lata później, już w nowej serii skandynawskiej wychodzą Szarady Knuta Hamsuna, w przekładzie tej samej Marii Gołębiewskiej-Bijak. Serce rośnie! Wspaniale pracować z tłumaczami z tak imponującym dorobkiem. 

źródło: Szwedzka Półka
 Literatura szwedzka w okładkach #Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich cz. IV

Do tej pory w nowej Serii Skandynawskiej ukazała się tylko jedna szwedzka książka – klasyk, wspomniane Poparzone dziecko Stiga Dagermana w tłumaczeniu Justyny Czechowskiej i z przedmową Pera Olova Enquista. Czekamy na Niebo w kolorze siarki Kjella Westö (szwedzkojęzycznego Fina) w tłumaczeniu Katarzyny Tubylewicz. Wiem też już, że trwają przygotowania do wydania dwóch kolejnych świetnych szwedzkich tytułów – jednemu z nich bardzo mocno kibicowałam od samego początku 😊 Czy mogłabyś zdradzić coś więcej na ich temat? I szepnąć choć słówko o dalszych planach w temacie szwedzkiej reprezentacji w Serii? Czego jeszcze możemy się spodziewać z nowości albo może wznowień? 

Na 2022 rok planujemy książki dwóch wspaniałych autorek. 

Testament Niny Wähä przełożyła dla nas Justyna Czechowska. Mamy tu bardzo dużą rodzinę mieszkającą w Finlandii. Dzieci żyje dwanaścioro, ojciec rządzi wszystkimi twardą ręką. I coś tu się musi zdarzyć, nie mogą już dłużej funkcjonować w ten sposób. Nic więcej nie zdradzam, ale to taka książka, która zaskoczy nie raz. Jeśli tak jak ja kochacie norweską sagę rodziny Neshov Anny B. Ragde, to Testament na pewno skradnie Wasze serca. 

To tej powieści kibicowałaś, prawda? 

Tak! Przeczytałam ją dwa lata temu i od tamtej pory dalej nie może mi wyjść z głowy. Na ogół nie przepadam za stwierdzeniem, że to "powieść napisana z rozmachem", ale do tej naprawdę to pasuje. Dawno nie czytałam książki, w której historie bohaterów byłyby tak pogmatwane i tak nieprzewidywalne i która dawałaby tak silne poczucie bliskości narratora. Jestem bardzo ciekawa, jak przyjmą ją polscy czytelnicy. 

Kolejna szwedzka książka rozpocznie trylogię o Janie Kippo. To Jag for ner till bror Karin Smirnoff. Agata Teperek właśnie kończy ją tłumaczyć. Główną bohaterką jest Jana. Ma 35 lat i wraca właśnie w rodzinne strony, do brata, alkoholika. Tam poznaje mężczyznę, z którym zaczyna ją coś łączyć, choć Johan też ma swoje tajemnice… 

Czy może być coś bardziej szwedzkiego w literaturze niż chłód i dysfunkcyjne rodziny? 😉 

Innych planów nie zdradzam. Lubimy zaskakiwać i dawać się zaskoczyć. Literatura szwedzka jest tak bogata, że ciągle coś ciekawego wpada nam w oko.

08 marca 2021

Samotny jak Szwed?

Ensam är stark. Samotność to siła, jak mawia się w Szwecji. Wierzę w nieuleczalną samotność duszy, jak napisał Hjalmar Söderberg. Czyżby w rozważaniach o samotności rzeczywiście trafne było tytułowe porównanie "samotny jak Szwed"? Czy ludzie Północy rzeczywiście lubią bywać sami?



Od razu spodobał mi się znak zapytania, który zobaczyłam na okładce książki Katarzyny Tubylewicz. Znaki zapytania mnożą się później jeszcze w książce. I to nie tylko dlatego, że na Samotnego jak Szwed? składają się wywiady. Autorka kieruje nie tylko pytania do rozmówców, ale i do czytelników. A może do samej siebie?

Może jest tak, że szwedzka samotność to po prostu marzenie o wolności? Pragnienie wyzwolenia od zobowiązań? Tęsknota za wyrwaniem się z kołowrotka zdarzeń i społecznych oczekiwań? Za oddychaniem pełną piersią? Za czuciem każdą komórką ciała?

Podoba mi się to, że Samotny jak Szwed? to nie tyle zbieranie głosów, które mają przynieść odpowiedź na zadawane pytania czy udowodnić jakąś tezę, ale że to słuchanie i budowanie opowieści o różnych aspektach samotności, przyglądanie się jej różnym obliczom z różnych perspektyw, zastanawianie się nad jej ambiwalentnym charakterem i znaczeniem - także tym, które można uchwycić w języku: Tubylewicz pisze na przykład o różnym ładunku emocjonalnym angielskich słów solitude i loneliness. Po szwedzku też jest różnica między att vara själv i att vara ensam, spędzaniem czasu w samotności a byciu samotnym (tu można zadać sobie pytanie, którego znaczenia dotyczy podtytuł książki O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami).

Katarzyna Tubylewicz doskonale dobrała w tym celu swoich rozmówców. Spotkamy tu między innymi profesora religioznawstwa Davida Thurfjella,  autora niewydanej jeszcze w Polsce książki Leśni ludzie: jak natura stała się religią Szwedów (Granskogsfolk: hur naturen blev svenskarnas religion, moim zdaniem jeden z ubiegłorocznych hitów literatury faktu, o którym chętnie Wam jeszcze opowiem), reżysera Erika Gandiniego, którego kojarzycie pewnie z budzącej wiele emocji Szwedzkiej teorii miłości (moje wrażenia po obejrzeniu filmu opisałam TUTAJ), Vincenta V. Severskiego, pisarza i byłego oficera wywiadu, profesora medycyny paliatywnej Petera Stranga, Linusa Jonkmana - autora książki Osobność. Potęga czasu dla siebie, poetę noblistę Tomasa Tranströmera i jego żonę Monikę czy pisarkę Therese Bohman, autorkę powieści O zmierzchu, Tej drugiej i wydanej niedawno Utonęła.

Są więc tu rozmowy o związku samotności z religijnością i o samotności na łonie natury, jest rozwinięcie szwedzkiej teorii miłości i pytanie o to, czy jest też teorią samotności. Jest o samotności w chorowaniu i umieraniu oraz samotności w pandemicznej izolacji. Jest mowa o twórczej samotności pisarzy i artystów, padają pytania o specyficzną samotność w zawodzie szpiega. Pojawiają się rozważana o relacji między samotnością, tą chęcią osobności, a introwertyzmem, o samotności w medytacji, o samotności w związkach, a także o samotności wynikającej z niemożności wyrażania swoich myśli i tej wynikającej z tożsamości związanej z kilkoma kulturami, poczucia bycia pomiędzy, które Szwedzi nazywają mellanförskap. Co jakiś czas wypływa kwestia samotności jako tabu.

To więc książka bardzo uniwersalna. Wywiady w Samotnym jak Szwed? nie służą poznaniu miejsc na Północy, w których dobrze i pięknie jest napawać się byciem samemu, nawet jeśli pokazuje się tu Olandię, Gotlandię, Österlen czy Bohuslän. Nie mają być opowieścią o szwedzkiej mentalności i ideałach. Odbieram ją bardziej jak książkę, dzięki której autorka przyglądała się swojemu otoczeniu i sobie, i dzięki której to samo może zrobić czytelnik.

A Szwecja jako wspólny mianownik i punkt wyjścia po prostu bardzo dobrze się do tego nadaje, bo jak odpowiada Vincent V. Severski:

Szwecja ma predyspozycje do tego, by samotność w tym kraju dobrze funkcjonowała. Pomijając względy historyczne, demograficzne i mentalnościowe, to samotność jest też efektem dobrobytu. Tego, że w Szwecji po prostu można być samotnym. Bardzo często jest tak, że ludzie w innych krajach chcieliby móc być sami, ale nie mogą się na to zdecydować ze względów ekonomicznych czy społecznych. W Szwecji możesz wybrać samotność, jeśli chcesz, masz mieszkanie, pensję. Wielu ludzi tak wybiera i czasem w tym potem toną, ale samotność w Szwecji nie jest stanem patologii.
A do tego, co często wynika z kolejnych wywiadów, szwedzki kult samotności i indywidualizmu paradoksalnie mocno związany jest z mentalnością kolektywną. Jak mówi David Thurfjell:

Myślę, że istnieje ogromna różnica pomiędzy samotnością niechcianą a wybraną. Szwedów na pewno charakteryzuje duża doza autonomii indywidualnej. Nie lubimy wzajemnych zobowiązań, długu wynikającego z tego, że ktoś nam w czymś dopomógł. [...] Chcemy być indywidualistami, ale czujemy silną lojalność względem stada. [...] W Szwecji sposobem na bycie blisko jest zachowywanie odległości. To nasza metoda na budowanie międzyludzkich więzi. Dystans.

Książka zaskoczyła mnie tym, ile jest w niej samej autorki. Katarzyna Tubylewicz jest w niej nie tylko dziennikarką, ton jest dużo bardziej prywatny, pisze tu sporo o samej sobie, o praktyce jogi, o wspomnieniach z dzieciństwa, o swoich lekturach - nie tylko tych związanych ze Szwecją, o podróżowaniu podczas pracy nad książką i wreszcie o swojej relacji z synem, Danielem, autorem klimatycznych zdjęć do książki. Ten w pewnym sensie bardziej intymny charakter utwierdza mnie w przekonaniu o tym, że Samotny jak Szwed? ma nie tyle przekazywać myśli, co skłaniać do własnych refleksji.

I jeszcze coś - zdarzało mi się nieraz słyszeć o moich zdjęciach z podróży po Szwecji, że rzadko widać na nich ludzi 😊 Dziś już wiem, że na kolejny taki komentarz mogę po prostu podsunąć książkę Samotny jak Szwed?


Katarzyna Tubylewicz Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami
Wielka Litera
2021

25 lutego 2021

Zazdrość, albo płoń, Oslo, płoń

Powieść Johanny Frid czytałam w oryginale w 2018 roku i długo nie mogłam przestać o niej myśleć. Kilka lat później dalej jestem zdania, że to jedna z ciekawszych i najbardziej zaskakujących książek, jakie w ogóle czytałam w ostatnim czasie. To opowieść o bólu duszy i ciała, o miłości i zazdrości, o endometriozie i radzeniu sobie z emocjami w dobie Instagrama. Czyta się ją trochę jak dziennik o (nieszczęśliwej) miłości, trochę jak dziennik choroby i obsesji, trochę jak zbiór notatek z lektur bohaterki/autorki.


Książka opowiada o dwudziestokilkulatkach, Johannie i Emilu. Obydwoje zajmują się poezją, poznają się na studiach. Johanna jest Szwedką, Emil Duńczykiem. Zostają parą, Emil postanawia dla Johanny przeprowadzić się do Sztokholmu. Pewnego dnia Johanna przypadkiem odkrywa, że Emil w dalszym ciągu utrzymuje kontakt ze swoją byłą, Norweżką Norą. Ogarnia ją potworna, obsesyjna wręcz zazdrość, myśli o Norze nieustannie jej towarzyszą. Znajduje Norę w mediach społecznościowych, zaczyna śledzić jej profil na Instagramie, nieustannie się z nią porównuje, przy czym w porównaniach sama zawsze wypada na niekorzyść. Nora jest śliczna, seksowna, ma piękne ciało, wspaniałe włosy, jest kochana przez wszystkich dookoła, świetnie układają się jej relacje z matką, znaną dziennikarką radiową (ją też Johanna śledzi w Internecie). Jej obsesja i nienawiść do Nory zamieniają się wkrótce w nienawiść do samego Oslo i całej Norwegii. Oprócz problemu z emocjonalnym bólem Johanna doświadcza też bólu fizycznego - po dłuższych medycznych perturbacjach zdiagnozowano u niej endometriozę.

Ból permanentnie uszkadzał moje ciało. I za każdym razem, gdy szłam do lekarza, musiałam to udowadniać i podkreślać, że jest rzeczywisty. Jednocześnie nie dało się go udowodnić. Na przekór mojej dokumentacji medycznej, opisom operacji. [...] Nie sądziłam, że ból wywołany przez Norę był jakiś wyjątkowy czy unikalny. Albo raczej wiedziałam, że tak nie jest. Przybierał różną postać i miał różne natężenie, lecz inni też go odczuwali. [...] Nie wiedziałam, jak go uśmierzyć, ale wiedziałam, że jest prawdziwy. Próbowałam się nim zaopiekować, założyć mu opatrunek, powstrzymać go i kontrolować. 

Autofikcyjna powieść Frid zaintrygowała mnie ze względu na to, że dotyczy uczuć i zjawisk bardzo bliskich, codziennych, a jednocześnie objętych tabu. Nie spotkałam się jeszcze z tak autentycznym, jednocześnie niepokojącym i poruszającym opisem zazdrości. Bohaterka ma świadomość, że to uczucie „brzydkie”, wstydliwe, czasem wręcz dziecinne i trudno jej oczekiwać, że ktoś z jej znajomych ją zrozumie. Śledzenie i „podglądanie” ludzi w Internecie to temat równie wstydliwy, choć tak naprawdę wielu z nas (czy może nawet wszyscy?) to robi. Czy problem rzeczywiście polega na podglądaczach czy jednak na tym, ile treści udostępniamy na własne życzenie do publicznego podglądania? I ile z tego wizerunku jest prawdą? Co ciekawe, media społecznościowe dla bohaterki ostatecznie stają się też źródłem informacji o chorobie. Bo właśnie, powieść Frid dotyczy też "kobiecych problemów", kwestii kobiecej cielesności, o których na co dzień się nie rozmawia – dobrze więc, że można o nich czytać.

Wystarczyło coś ochrzcić mianem "kobiece" albo "dla kobiet" i już robił się problem. Kobiecy problem. Odczuwałam z tego powodu wstyd. Jak miałam wyjaśnić mężczyznom (chłopakom, kumplom, kuzynom, komukolwiek), że choruję na endometriozę? 

Bohaterowie w książce "mówią swoimi językami", tzn. w oryginale w dialogach kwestie wypowiadane przez rodziców Emila i samego Emila napisane są po duńsku (czasem w emocjach przekręca imię Johanna na duńskie Johanne), Nora wysyła Johannie wiadomości po norwesku, w języku norweskim napisane są też podpisy zdjęć na Instagramie – to również wpływało na odbiór powieści, na poczucie autentyczności bohaterów i tworzenie sobie wyobrażenia o nich, nie tylko przez to, CO mówią, ale i JAK mówią, wzmacniało poczucie ich osobności. Ta warstwa wydawała mi się bardzo trudna do oddania w polskim przekładzie, ale choć wypowiedzi bohaterów czytamy tu po polsku, dowiadujemy się też, kto i kiedy posługuje się jakim językiem, Johanna nie traci na przykład swojego "i" z Lidingö, a Emil nazywa ją swoją kæreste.

Kiedy na zajęciach pierwszego dnia Emil i ten drugi Duńczyk zabierali głos, po prostu się wyłączałam. To było gorsze niż radio ustawione między dwiema częstotliwościami, bardziej jakby ktoś próbował wypłukać ryż w durszlaku o zbyt dużych dziurkach albo wróżyć z fusów.

Uśmiechałam się podczas lektury do stereotypów na temat sąsiednich krajów, jakie mają Skandynawowie. Norwegia to ropa, lasy, jazda na nartach i spędzanie czasu na wolnym powietrzu. Dania to piwo i designerskie meble. Szwecja jest w tym wszystkim gdzieś pomiędzy. Johanna traktuje te klisze pół żartem, pół serio, ale różnice wpływają trochę na to, jak postrzega siebie, Emila i Norę.

Johanna Frid za tę powieść otrzymała nagrodę kulturową dziennika „Dagens Nyhter” (Dagens Nyheters Kulturpris). W uzasadnieniu podkreślono „stylistyczną finezję i prosty humor”, z którymi zanurza się w najmroczniejsze uczucia i fizyczność: „Johanna Frid robi dokładnie to, czego szukają wszyscy pisarze: swoim tekstom nadaje swój własny głos, jej powieść jest niezłomna, inteligentna i humorystyczna”.

Przeczytajcie tę książkę - myślę, że może zmienić myślenie i świadomość.


PS Tęsknię tylko za oryginalną okładką i oryginalnym, pobrzmiewającym ibsenowsko, tytułem.


Johanna Frid Zazdrość albo płoń, Oslo, płoń (Nora eller Brinn Oslo brinn)
przeł. Patrycja Włóczyk
Wydawnictwo Stara Szkoła
2020
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...