06 czerwca 2018

Moja europejska rodzina - Karin Bojs

Czy słyszeliście, że wszyscy pochodzimy od kobiety nazywanej Ewą, pochodzącej z Afryki? Że to raczej psy i koty udomowiły człowieka, nie na odwrót? I że to raczej nie pierwotni myśliwi stopniowo nauczyli się rolnictwa, ale dawni mieszkańcy Europy zawdzięczają ten ważny element rozwoju m.in. dawnym mieszkańcom dzisiejszej Syrii? I czy wiecie, że dziś osoby prywatne mogą przesłać materiał do testów DNA, dzięki którym mogą dowiedzieć się o swoich przodkach sprzed wielu tysięcy lat?

O tych sprawach możecie przeczytać w książce Karin Bojs Moja europejska rodzina. Pierwsze 54 000 lat. Genealogia może kojarzyć się z nudnym przesiadywaniem w archiwach, ale Bojs pokazuje, że dzięki wykorzystaniu osiągnięć nowoczesnej nauki może przywodzić raczej na myśl seriale pokroju CSI. Moja europejska rodzina to nie tylko historia rodziny autorki, ale w dużej mierze i nasza historia.



Karin Bojs rozpoczyna swoją książkę bardzo osobistymi wspomnieniami pogrzebu swojej matki – to wydarzenie jest pretekstem do rozpoczęcia opowieści na temat genealogii jej rodziny, a także dość nietypowych poszukiwań genealogicznych, prowadzonych dzięki badaniom DNA. Dzięki nim Bojs może opowiedzieć także „genealogię” Europejczyków w ogóle. Autorka opisuje kolejne etapy rozwoju człowieka, historię ludzi w Europie, swoje podróże do najważniejszych miejsc związanych z ich historią, opowiada o znalezionych przez archeologów materiałach i o tym, jak można je interpretować. Prezentuje też najnowsze osiągnięcia archeologii i biologii, często konfrontując ze sobą stanowiska różnych badaczy. W książce płynnie przeplatają się ze sobą osobiste wątki i wspomnienia autorki z próbami rekonstrukcji prehistorycznych wydarzeń czy scen z życia prehistorycznych ludzi; relacje z podróży po świecie i spotkań z naukowcami z fragmentami, w których prezentowane są dyskusje i spory archeologów, paleontologów, biologów czy historyków. Bojs prezentuje nie tyle suche fakty z historii, ale dotyka kwestii, które wydają się nam bliskie: sztuki, sfery uczuć, postrzegania kobiecości i męskości, odżywania się, pojawienia się bliskich nam dziś zwierząt w życiu człowieka, czy wreszcie odpowiada na pytania związane z naszym pochodzeniem. 

Książkę zamyka sekcja "Pytania i odpowiedzi", w której wyjaśnione zostają pojęcia związane z badaniami DNA. Spis bibliografii nie jest tylko listą materiałów, z których korzystała autorka, znajdują się też tam porady związane z odwiedzaniem miejsc, muzeów, terenów wykopalisk – gratka dla wszystkich tych, którzy chcieliby podążyć śladami Bojs. Autorka podsuwa nawet informacje hotelach, w których można zatrzymać się podczas takich wycieczek, poleca lokale, gdzie można zjeść albo wskazuje miejsca, gdzie można wypożyczyć rowery. Przyznajcie sami, to zachęca do podjęcia wyzwania!

Książka była dla mnie szczególnie ważna i ciekawa, ponieważ w wielu momentach odnosiła się do miejsc, które sama odwiedziłam, jak chociażby muzeum i grobowce w Falköping czy muzeum i ryty naskalne w Vitlycke w okolicach Tanum




Bojs wielokrotnie dotyka tematów, które oczywiście znane były mi ze szkolnych podręczników do historii, ale kojarzyłam je raczej z samym zapamiętywaniem dat czy nazwami kolejnych etapów rozwoju człowieka. Tutaj, w Mojej europejskiej rodzinie, historia w pewnym sensie otrzymuje ludzką twarz, np. we fragmentach, kiedy autorka, pisze, że zamyka oczy i wyobraża sobie, jak to mogło wyglądać kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Bardzo podobało mi się też, że autorka wspomina o ciemniejszej stronie rozwoju genetyki – że wiązał się z tym problem higieny i biologii rasowej, także w Szwecji – to temat, który dla wielu Szwedów wciąż wydaje się stanowić tabu.

Wydaje mi się, że tezy dotyczące roli migracji, ciągłego mieszania się ludzi, wymiany umiejętności czy wreszcie nawet wymiany DNA są niezwykle ważne w dzisiejszych czasach, w dzisiejszych debatach. Badania genealogiczne prowadzone w taki sposób, sięgające po tak odległych przodków, to dla mnie temat zupełnie nowy i bardzo fascynujący. Mam nadzieję, że wciągnie i Was, bo bardzo ucieszyłam się, że pojawia się polskie wydanie. 

W polskim wydaniu bardzo zdziwiło mnie, że tłumaczenie przygotowano nie w oparciu o oryginalny, szwedzki tekst, ale na podstawie przekładu na język angielski –  takie decyzje wydawcy zawsze sprawiają, że do polskiego wydania podchodzę z nieufnością. Nie do końca przekonało mnie też chyba kilka stron przypisów od redaktora naukowego. Informują one np. o zabytkach kultur, opisywanych przez Bojs, znajdujących się na terenie Polski, prezentują stanowiska jeszcze innych badaczy w sporach, o których pisze autorka, czy nawet zawierają polemikę ze stanowiskiem autorki. Przez te dodatki książka trochę przestaje czytać się "jak najlepsza powieść", jak zapewnia wydawca na okładce, ale mam bardziej wrażenie, że dostaję jednak do ręki podręcznik albo zrecenzowaną rozprawę naukową. Poza tym, miałam wrażenie, jakby wydawca na każdym kroku chciał mi przypomnieć, że choć czytam książkę po polsku, to została napisana przez autorkę ze Szwecji (thank you, Captain Obvious!).

Moja europejska rodzina została w 2015 roku wyróżniona prestiżową szwedzką nagrodą literacką - Nagrodą Augusta (Augustpriset) w kategorii literatura faktu. Jeśli znacie język szwedzki i interesujecie się historią Szwecji, polecam Wam gorąco książkę Svenskar och deras fäder. De senaste 11 000 åren (dosł. Szwedzi i ich ojcowie. Ostatnich 11 000 lat), którą Karin Bojs napisała razem z Peterem Sjölundem. 




Karin Bojs Moja europejska rodzina. Pierwsze 54 000 lat 
(Min europeiska familj. De senaste 54 000 åren)
Wydawnictwo Insignis
2018
tłum. (z jęz. angielskiego) Urszula Gardner
konsultacja naukowa dr Małgorzata Bonar

25 maja 2018

Szwecja w 10 słowach

"W 80 blogów dookoła świata", wspólna akcja blogerów piszących o kulturze i językach, dzięki której cyklicznie, 25. dnia miesiąca od godziny 10.00, czekają na Was wpisy na jeden temat, opisany z perspektywy różnych krajów czy języków, doczekała się już 50 odsłony! Bardzo cię cieszę, że mogłabym częścią tego projektu od samego początku, od pierwszego wpisu. Od tamtego czasu poznałam mnóstwo ciekawostek, moc inspiracji związanych z podróżami, muzyką czy książkami.




Ponieważ jubileusze skłaniają do podsumowań, 50. edycję postanowiliśmy poświęcić językowo-kulturowemu podsumowaniu. Dziś przeczytacie więc, jak można opowiedzieć o krajach i regionach w 10 słowach.

Przygotowując swój wpis skupiłam się na 10 pojęciach, które moim zdaniem najczęściej kojarzą się ze Szwecją, najczęściej przywołuje się w kontekście rozmów o Szwecji lub które mnie wydają się bardzo szwedzkie i których brakuje czasem w polszczyźnie czy innych językach.



lagom


Tego słowa nie mogło tu zabraknąć. I to właśnie na tym miejscu! Słowo lagom, uważane jest przez niektórych za nieprzetłumaczalne, ale znaczy tyle co "w sam raz", "nie za dużo, nie za mało". Zrobiło ogromną karierę dzięki poradnikom dotyczącym tak zwanej "szwedzkiej sztuki szczęścia" czy "też szwedzkiej sztuki życia". O kilku takich książkach pisałam TU i TU (o kolejnych na pewno jeszcze napiszę). 
Choć czasem zżymam się, że lagom z jednej strony urasta w tych książkach do rangi filozofii, etosu i sztuki, a z drugiej sprowadzane jest do tego, jak czesać włosy, jakie kolory ubrań nosić, ile ścian w pokoju pomalować, czy jak zrobić piknik, to cieszę się, że dzięki lagom coraz więcej osób zaczęło się interesować Skandynawią. Nie zapominajmy jednak, że lagom dla niektórych Szwedów ma też wydźwięk negatywny. Lagom może być też coś, co nas nie porywa, nie zachwyca, bo jest jakieś takie niezbyt wyraziste. W sam raz, by zapomnieć o tym po pięciu minutach.

Moje ulubione momenty z książki Lagom. Szwedzka sztuka życia Linnei Dunne:
tłumaczenie lagom, świeczki - klasyk i pytanie "Po co to komu"


mys


Kiedy pojawiła się moda na lagom jako receptę na szczęście, wymieniano to słowo niemalże na jednym oddechu z duńskim hygge i norweskim kos. Z tym, że lagom i hygge / kos nie są synonimami. Szwedzkim odpowiednikiem chwili przytulności (tak, na przykład ze świeczkami, tak jak w poradnikach) jest mys. Na przykład ten piątkowy, fredagsmys, o którym pisałam już kiedyś na blogu. Mys dla różnych osób może znaczyć coś innego: dla jednych to wieczór z chipsami i serialem na Netfliksie, dla innych czas na czytanie książki i herbatę, dla jeszcze innych: pieczenie ciasteczek z dziećmi. Można mieć w domu myshörna, przytulny kącik, i chodzić w myskläder, wygodnych, "przytulnych" ubraniach. 

Nasz sposób na mys: czytanie w łóżku, najlepiej w towarzystwie kota

fika

Wydaje się, że słowo fika całkiem nieźle sobie u nas radzi. W każdym razie na pewno świetnie sobie radzi wśród osób związanych ze Skandynawią. Umawiamy się na fikę, idziemy pofikać (tu puszczam oko do Aldony z bloga Pofikasz? i Magdy z bloga Polska fika). Ja lubię mówić o "FIKuśnych Szwedach". Szwedzka przerwa na kawę (i coś na ząb) nie jest jednak tylko czasem na uzupełnienie płynów (i kalorii), ale pełni ważną rolę społeczną. To ważny czas, który poświęca się przyjaciołom, bliskim czy współpracownikom.

fika w Åhus



sommarstuga


O tym, jak ważna w Szwecji jest sommarstuga, letni domek, pisałam w swojej książce I cóż, że o Szwecji:
Szwecja należy zdecydowanie do światowej czołówki, jeśli chodzi o liczbę domków letniskowych. Choć w pewnej broszurze dla turystów wyczytałam, że takich domków jest rzekomo więcej niż samych Szwedów, to informacja okazała się mijać z rzeczywistością. Wprawdzie według rocznika statystycznego SCB z 2014 roku rodzina Medelsvenssonów ma dostęp do domku letniskowego, ale ich całkowitą liczbę szacuje się na jakieś 700 tysięcy. Własną stugę ma jedynie co piąty Szwed, lecz znacznie więcej osób ma możliwość skorzystania z takiego domku — dzięki rodzinie, przyjaciołom czy znajomym. Domki letniskowe mają dla Szwedów wartość sentymentalną, stąd wiele z nich urządzonych jest w stylu sprzed kilku dziesięcioleci. Tym bardziej, że wiele przechodziło z pokolenia na pokolenie. Wakacyjny wyjazd to nie tylko swojego rodzaju nostalgiczny powrót do przeszłości, ale przede wszystkim — jak zauważają szwedzcy socjologowie — zmiana trybu życia na prosty i skromny.

czerwony domek na szkierach Archipelagu Göteborskiego

smörgåsbord


Smörgåsbord, dosłownie stół kanapkowy, my nazywamy "szwedzkim stołem", a w języku angielskim istnieje w formie zapożyczonej, jako smorgasbord. Szwedzki stół to sposób serwowania jedzenie w formie bufetu, najczęściej zimnego i ciepłego - znany z hoteli czy biznesowego cateringu.

Historię, opisywaną na Wikipedii:
W roku 1656, król szwedzki Karol X Gustaw, chcąc sobie zaoszczędzić trudów oblegania Zamościa, wprosił się na posiłek do Jana Sobiepana Zamoyskiego, chcąc przy okazji skłonić go do poddania miasta. Ordynat przyjął króla poza murami, wystawnie zastawionym stołem, ale – dla sprawienia królowi despektu – bez krzeseł. Odtąd przyjęcia na stojąco nazywano „stołem szwedzkim”.
należy raczej uznać za anegdotę 😊



köttbullar


A skoro już jesteśmy w temacie jedzenia... Ze Szwecją kojarzą się klopsiki, köttbullar, które często nazywamy zresztą klopsikami szwedzkimi. Kiedy zastanawiałam się, jaki przysmak powinien znaleźć się w tym wpisie, rozważałam jeszcze słowo kanelbulle, bułeczka cynamonowa. Bułeczka jednak przegrała z klopsikami dlatego, że nie zawsze mówi się o niej jako "szwedzkiej", a sieciówka Cinnabon dość skutecznie chyba lansowała inny wizerunek cynamonowej bułeczki: jeszcze bardziej słodkiej i ociekającej lukrem. A jak to się stało, że mięsne kuleczki, które znane są kuchniom całego świata, zostały skojarzone ze Szwecją? Kto wie zresztą, czy nie pomogły im restauracje w sklepach IKEA. Rocznie na całym świecie sprzedaje się tam 180 milionów klopsików. Więcej o klopsikach w różnej postaci przeczytacie TUTAJ.


klopsiki w göteborskim lokalu Köttbullekällaren (dosł. klopsikowa piwnica)

lugnt

Lugnt albo Ta det lungt, czyli spokojnie, wrzuć na luz, to jedno z haseł, które w Szwecji słyszałam wielokrotnie, w różnych sytuacjach, prostych, banalnych, ale jednach niespodziewanych. Tu znów posłużę się cytatem z mojej książki:

Jak wtedy, kiedy w sklepie zdążyła ustawić się za mną kolejka, bo terminal jak na złość nie chciał odczytywać polskiej karty płatniczej. Kiedy miałam pobiec do bankomatu na drugą stronę ulicy, wyobrażałam sobie już fukanie pod nosem i wywracanie oczami pozostałych klientek. Zamiast tego usłyszałam od nich i kasjerki: ta det lugnt. Innym razem ochroniarz w muzeum nie chciał wpuścić mnie na ekspozycję z plecakiem, bo jak się okazało, obowiązkowo należało go zostawić w szafce w szatni. Problem tkwił jednak w tym, że do szafki była potrzebna dziesięciokoronówka, a ja miałam ze sobą tylko kartę. Znów miałam przed sobą wizję wywracania oczami, wzruszania ramionami czy innych wyrażających zniecierpliwienie gestów, które i tak w niczym by mi nie pomogły. I raz jeszcze zaskoczenie: ta det lugnt, pieniądze można pożyczyć w kasie i oddać po zwiedzeniu wystawy. No przecież!


panta

Panta to słowo, które bardzo lubię, bo bardzo podoba mi się w Szwecji taki system: na puszki aluminiowe obowiązuje kaucja (pant) w wysokości 1 korony, na plastikowe butelki o pojemności 1 litra lub większe - 2 korony. Kaucję można odzyskać w specjalnych automatach, znajdujących się na przykład w osiedlowych marketach. Wrzuca się tam puste opakowania i dostaje kupony, które można zrealizować podczas zakupów. To właśnie odzyskiwanie aukcji wyraża czasownik panta. Puszki i plastikowe butelki rzadko leżą porzucone na trawniku - zawsze znajdzie się ktoś, kto chętnie przygarnie takie dodatkowe korony, kryjące się za opakowaniami! Więcej o szwedzkich ekologicznych ciekawostkach przeczytacie w TYM WPISIE.


duktig

Duktig to słowo, które często usłyszeć mogą osoby, które uczą się szwedzkiego. Albo dzieci. Albo zwierzęta 😉Przymiotnik duktig znaczy "zdolny",  "dobry w czymś", "utalentowany", "kompetentny", ale też "dzielny". Możemy powiedzieć o Einstenie, że był duktig matematykiem, ale też pochwalić tym słowem dziecko, które samo sobie zawiąże buta, czy psa, który wykona sztuczkę. Jesteś duktig, brawo ty!


absolut

Na koniec coś zabawnego. Słowo absolut zdarza mi się słyszeć często. Tak jak się można spodziewać, znaczy ono "absolutnie", ale też używa się go w znaczeniu "oczywiście". To, jak często je słyszę, jest dla mnie bardzo urocze, bo wyraża szwedzkie aktywne słuchanie, kiedy rozmówca stale podkreśla, że za nami podąża, że nas rozumie itd. Z drugiej strony, nie raz słyszałam już żarty z tego, że częste powtarzanie tego słowa wielu osobom kojarzy się z marką szwedzkiej wódki (o Åhus, skąd pochodzi ta wódka, możecie TUTAJ).


W jakich 10 słów inni blogerzy zamknęli "swoje" kraje i regiony? Zajrzyjcie do ich tekstów:

angielski: 
Angielski C2 - Kraj w 10 słowach  
Angielska Herbata: 10 arcybrytyjskich słówek  
Englishake - 10 najważniejszych słów po angielsku 

chiński:
Biały Mały Tajfun - Yunnan w dziesięciu słowach 

duński:
Ukryty Kot - Dania w 10 słowach

fiński:
Suomika - Finlandia w 10 słowach  

francuski:
FRANG - Francja, Francuzi i ich dziwactwa w 10 słowach  
Francuskie i inne notatki Niki - Francja w 10 słowach  
Moja Alzacja - Co Alzacja zmieniła w moim życiu, czyli Alzacja w dziesięciu słowach 
Français mon amour - Francja w 10 słowach 

gruziński: 
Gruzja okiem nieobiektywnym - 10 słów, które na pewno usłyszycie w Gruzji  

hiszpański: 
Hiszpański dla Polaków - Hiszpania w 10 słowach i kilkunastu powiedzeniach    

niemiecki: 
Viennese breakfast - Austria w 10 słowach na „a”  

rosyjski: 
Dagatlumaczy - blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Rosja w 10 słowach 

turecki: 
Turcja okiem nieobiektywnym - Turcja w 10 słowach 

16 maja 2018

"Cudowna podróż" - z książką zamiast przewodnika [zdjęcia]

Pod koniec marca wybraliśmy się na wycieczkę po Skanii z filmowo-literackim motywem przewodnim. Dotarliśmy na miejsce, gdzie u Bergmana rozegrano najsłynniejszą partię szachów. Sprawdzaliśmy, jak bardzo nasze wrażenia z Lund będą się różnić od wspomnień dziewczynki z Wróżby Agnety Pleijel. Odwiedzaliśmy najbardziej "wallanderowe" miejsca w Ystad. W Skanii szukaliśmy też śladów Nilsa Holgerssona z Cudownej podróży Selmy Lagerlöf - to w tym regionie zaczęła się jego podróż. Więcej o podróży Nilsa i podróżowaniu po Skanii możecie przeczytać w TYM ARTYKULE.


Tymczasem dziś chciałabym Was zachęcić do podróżowania właśnie w takim stylu: z książkami zamiast przewodnika. Takie zwiedzanie sprawia, że możemy spojrzeć inaczej na książki, które czytamy, a jednocześnie zupełnie inaczej zaczyna się patrzeć na odwiedzane miejsca. Podczas marcowej wycieczki sprawdziliśmy to na własnej skórze.

Wspomniana Cudowna podróż świetnie się do takiego zwiedzania nadaje - została przecież napisana jako podręcznik szkolny do nauki geografii i języka ojczystego. W dzisiejszym wpisie znajdziecie wobec tego przykłady miejsc, do których udało mi się trafić i które gorąco polecam Wam odwiedzić - a znalazły się one na trasie Nilsa Holgerssona. Sama na liście mam za to jeszcze sporo części Szwecji, które chciałabym zwiedzić - na przykład właśnie z Nilsem jako przewodnikiem ☺️ 

Wszystkie cytaty pochodzą z dwutomowego wydania Cudownej podróży Selmy Lagerlöf w przekładzie Janiny Mortkowiczowej i z ilustracjami Marii Orłowskiej (Nasza Księgarnia, Warszawa 1955).

Na początek oczywiście Skania. Niesamowite przygody Nilsa rozpoczęły się w gospodarstwie w Västra Vemmenhög. Chłopiec podczas swojej podróży zatrzymał się w Glimmingehus:
W południowo-zachodniej Skanii w pobliżu morza stoi stary zamek zwany Glimminge. Jest to wielki i mocny, kamienny budynek, widoczny w całej okolicy na znaczną odległość. Zamek ma tylko cztery piętra, ale tak jest ogromny, że zwykły dom chłopski, stojący w pobliżu, wydaje się przy nim domem lalek. Zewnętrzne mury tego kamiennego domu są tak grube, że we wnętrzu niewiele pozostaje miejsca. Schody są ciasne, korytarze wąskie, a liczba komnat ograniczona. Aby zaś murów nie osłabiać, na górnych piętrach umieszczono tylko po kilka okien, a na dolnych zostawiono jedynie wąskie otwory. 

Kolejnym miejscem wartym polecenia jest Karlskrona. To tutaj znajduje się pomnik przedstawiający Nilsa wybiegającego z książki:



Sam Nils za to, tak samo jak wielu turystów dzisiaj, dotarł na główny plac w Karlskronie: 
Wkrótce stanął na wielkim placu targowym, znajdującym się przed kościołem. Plac zabrukowany był okrągłymi, nierównymi kamieniami, po których tak trudno było chodzić naszemu malcowi jak dużym ludziom po błoniu zasypanym grudami ziemi. [...] Gdy stanął na placu targowym Karlskrony, zobaczył ratusz i katedrę, z której dachu dopiero co zszedł. Zapragnął wrócić na górę do dzikich gęsi. Na szczęście plac był zupełnie pusty. Nie było widać ani jednego człowieka. Stał tam tylko pomnik przedstawiający wielkiego męża w trójkątnym kapeluszu i długim surducie.



Przyglądał się drewnianej figurze Rosenboma, przy którym i ja zrobiłam sobie zdjęcie:
Chłopiec stanął przed ową figurą i przyglądał się jej. Był to barczysty chłop na krótkich nogach, z szeroką, czerwoną twarzą o czarnych włosach i kruczej brodzie. Na głowie miał czarny, drewniany kapelusz, ubrany był w brązowy, drewniany surdut, szerokie szare, drewniane spodnie i czarne, drewniane buty. Był zresztą świeżo pomalowany i polakierowany i błyszczał w świetle księżycowym. Wyglądał tak dobrodusznie, że chłopiec nagrał od razu zaufania. Obok niego przytwierdzona była drewniana tablica, na której chłopiec przeczytał: 
Pokornie błagam i proszę, 
Choć mówić nie umiem wcale: 
Wspomóżcie i dajcie mi grosze, 
A sercem Was wdzięcznym pochwalę.


W Cudowną podróż Selma Lagerlöf wplotła też wiele legend i podań ludowych związanych z różnymi miejscami. Pojawiła się nawet historia o tym, jak to Olandia powstała z ciała wielkiego motyla:
- Tak, to jedno chciałbym wiedzieć, czy wieśniacy, mieszkający w tych cichych zagrodach u stóp skał, albo rybacy, żyjący z połowu ryb, albo kupcy z Borgholmu, albo corocznie powracający letnicy, albo podróżni zwiedzający ruiny zamku borgholmskiego, albo myśliwi, przybywający tu w jesieni na polowanie, albo malarze, którzy siadają na trawie i malują owce i wiatraki - tak, chciałbym wiedzieć, czy chociażby jeden z nich domyśla się, że ta wyspa była niegdyś motylem, który trzepotał w słońcu wielkimi, lśniącymi skrzydłami.


Czytając fragment o łosiu, który miał żyć w ogrodzie zoologicznym, pomyślałam o tych łosiach, które widziałam w Slottskogen w Göteborgu czy w Skansenie w Sztokholmie:
- Bardzo to, co prawda, rozsądnie z twojej strony, że się tak godzisz z losem - powiedział pies, który, jak się zdawało, był już zupełnie spokojny i zadowolony. - Zamkną cię w wielkim ogrodzie i będziesz tam żył bez trosk. Tylko wiesz, szkoda, byś odszedł stąd, nie znając lasu. Słyszałeś może, że członkowie twojego rodu zwykli mawiać: "Łoś i las - to jedno"?


Sam Skansen zresztą też pojawił się w Cudownej podróży:
W wielkim muzeum w Skansen pod Sztokholmem, gdzie zgromadzono na otwartym powietrzu tyle osobliwości z całej Szwecji, mieszkał przed wielu laty mały, stary człowieczek, zwany Klemensem Larsonem. Pochodził z Hälsinglandu i przybył do Skansen, aby tutaj wygrywać na skrzypcach stare tańce i pieśni ludowe.





Tak samo zresztą jak i stolica:
A kiedy przeczytasz wszystko o Sztokholmie, wtedy pomyśl o tym, co ci powiedziałem, że Sztokholm ma siłę, która przyciąga. Najpierw przybył tutaj król, następnie dostojni panowie wybudowali tu swoje pałace. Potem ciągnęli jedni za drugimi, tak że Sztokholm nie jest już teraz miastem dla siebie albo dla najbliższego otoczenia, lecz jest miastem dla całego państwa.


Czy sztokholmskie szkiery
Ląd usunął się i stawał się już prawie niewidzialny. Świat roślinny ubożał lasy liściaste ukazywały się rzadziej, przeważał las iglasty. Wille letnie znikły, widać było tyko chaty chłopskie i rybackie.




Dumnie prezentuje się Göteborg:
Wtedy marynarz, który pochodził sam z Göteborga, opisał bogate miasto handlowe z jego wielkim portem, mostami, kanałami i wspaniałymi ulicami. Opowiedział także, że mieszka tam wielu dzielnych kupców i marynarzy i że możliwe jest, iż uczynią oni jeszcze z Göteborga pierwsze miasto na północy.

A szkiery regionu Bohuslän są opisane tak, że łatwo wyobrazić sobie ten panujący nad wodą spokój:
W ów ranek, kiedy dzikie gęsi przelatywały nad Bohuslänem, między szkierami było cicho i spokojnie. Widziały kilka małych wiosek rybackich, ale w ciasnych uliczkach nie było ruchu, nikt nie wchodził i i nie wychodził z ładnie pomalowanych domków.

Co sądzicie o takim zwiedzaniu? Jaki region Szwecji najchętniej odwiedzilibyście z Cudowną podróżą? I jakie inne książki Waszym zdaniem świetnie sprawdzają się do takich wycieczek? 

05 maja 2018

Jak bardzo szwedzki jest Wallander?

Po kryminały najczęściej sięgamy w związku z zagadką: kto zabił, dlaczego i jak śledczym udało się zdemaskować mordercę. I choć powieści kryminalne dużo mówią o krajach, w których rozgrywa się akcja, ze względu na pokazywanie problemów społecznych i korzeni 'zła', to potrafią też pokazać dużo kraju przez drobiazgi, detale, wszystkie te fragmenty życia codziennego bohaterów przemycane tu i ówdzie.

Jakiś czas temu na blogu Szwedzka Półka czytałam ciekawy wpis poświęcony serialowi "Most nad Sundem", który autorka prześwietlała w poszukiwaniu 'skandynawskiego klimatu'. Przyglądała się ubraniom i mieszkaniom bohaterów, zaglądała, co pojawia się na ich stołach.

Ponieważ niedawno wróciłam z wycieczki po Ystad, gdzie między innymi zwiedzaliśmy miasto śladami Kurta Wallandera (mój artykuł o Ystad możecie przeczytać TUTAJ), postanowiłam sprawdzić, jak bardzo szwedzki jest Wallander, przede wszystkim śledząc książki Henninga Mankella.




KAWA


W wiadomościach, jakie od Was dostaję, co jakiś czas pojawia się pytanie: dlaczego w szwedzkich kryminałach wszyscy co chwilę piją kawę, tylko kawa i kawa. O tu chodzi?

Chodzi w dużej mierze o to, że Szwedzi piją naprawdę dużo kawy. Pod tym względem plasują się w czołówce największych 'kawopijców' na świecie. I chodzi tu nie tylko o samo spożywanie kawy - kawa i fika mają ważny społeczny wymiar. Integrują ludzi w miejscu pracy, są okazją do spotkań towarzyskich, pozwalają też zrobić sobie przerwę 'na oddech' czy przemyślenie pewnych spraw. Widać to w serialowej i książkowej wersji książek o Wallanderze - nad kawą odbywają się zebrania na komendzie, policjanci bywają też zapraszani na kawę, kiedy pukają od drzwi do drzwi, by porozmawiać o ofiarach lub podejrzanych. Poza tym kiedy policjanci mają ręce pełne roboty, często po prostu potrzebują swojego 'zastrzyku' kofeiny.



Piciu kawy postanowiłam przyjrzeć się zresztą dokładniej - i to dosłownie. W pięciu pierwszych częściach (w polskich przekładach) - od 'Mordercy bez twarzy" po "Fałszywy trop" słowo KAWA (w różnych przypadkach) pojawia się łącznie 356 razy. Zliczając objętość tych tomów oznacza to, że ktoś sięga po kawę średnio co 5,5 strony!

Ten sam zapach, pomyślał [Wallander]. Ten sam środek do czyszczenia, to samo suche powietrze i ten sam słaby zapach kawy, która bezustannie leje się w tym budynku.

"Mężczyzna, który się uśmiechał", tłum. Iwona Kowadło-Przedmojska


PRALNIE

Na blogu pisałam już kiedyś o tym, że w wielu szwedzkich budynkach znajdują się pralnie wspólne dla mieszkańców. By skorzystać z takiej pralni (szw. tvättstuga) należy zarezerwować sobie czas - najczęściej na tablicy z kołeczkami, które należy umieścić w przegródce z wybranym dniem miesiąca i przedziałem godzin.

źródło
Takie pralnie, oprócz tego, że są bardzo funkcjonalne, z założenia miały integrować sąsiadów. Pod tym względem często ich działanie jest odwrotne - bywają źródłem konfliktów i sąsiedzkich niesnasek. Nawet Wallanderowi się nie upiekło:


Następnego dnia o świcie na wpół śpiący Wallander zszedł do pralni i ze zdumieniem zobaczył, że ktoś już tam był. Chcąc nie chcąc, wpisał się na listę tego samego dnia po południu. [...] Minęła już godzina, na którą się wpisał w pralni. Kiedy tam zszedł, z proszkiem i stertą ubrań, nikogo nie było. Posortował pranie, domyślając się, co jakiej wymaga temperatury. Nie bez kłopotu uruchomił dwie maszyny. Zadowolony, wrócił do mieszkania. [...] Ugotował kawę i zszedł do pralni po suche rzeczy. Sąsiadka, która wkładała ubrania do pralki, zwróciła mu uwagę, że powinien po sobie posprzątać. [...] Pokazała mu palcem kupkę rozsypanego proszku na podłodze. Przeprosił i obiecał poprawę. Babsztyl, pomyślał ze złością, wracając do mieszkania. Oczywiście miała rację.
"Fałszywy trop", tłum. Halina Thylwe





MIDSOMMAR

Książki i seriale pokazują też szwedzkie tradycje i święta. W kilku częściach pojawia się na przykład szwedzkie Midsommar. Te przedstawienia nie dotyczą jednak radosnego pląsania do piosenki o małych żabkach. Z perspektywy policji Midsommar oznacza raczej wzmożoną czujność - jak midsommarowe przyjęcia, to często i alkohol. A co za tym idzie - wypadki, awantury i inne zgłoszenia.

źródło



Trwały przygotowania do przyjęcia w wigilię świętego Jana. Widział ciężarówki, z których wyładowywano składane stoły i krzesła. W kącie ogrodu stawiano namiot.
"Piąta kobieta", tłum. Halina Thylwe



Zwykle mamy mniej kłopotów, kiedy w sobótkę jest brzydka pogoda. - No i pomaga nam piłka nożna - zauważył Nyberg. -Ludzie nie będą pili mniej niż zwykle, ale będą siedzieć przed telewizorami.

"Fałszywy trop", tłum. Halina Thylwe


UCZTY RAKOWE


Inną szwedzką tradycją są sierpniowe uczty rakowe, kräftskivor. W odcinku "Zemsta" z drugiego sezonu serialu możecie się przyjrzeć się typowym rekwizytom, bez których taka uczta wręcz nie może się odbyć - papierowe śliniaczki i czapeczki w raki, lampiony z okrągłą (i uśmiechniętą) tarczą księżyca, na stole oczywiście raki i alkohol.

źródło



URODZINY


W odcinku "Wina" z drugiego sezonu możecie za to zobaczyć, jak wygląda świętowanie urodzin (przede wszystkim dzieci): obchody zaczyna się od samego rana, kiedy rodzina budzi jubilata i przynosi mu do łóżka tort (na przykład marcepanowy 'tort księżniczki'), często tort albo taca udekorowane są szwedzką flagą. Jak to wygląda, możecie zobaczyć we wpisie na tym szwedzkim blogu.


JUSSI BJÖRLING


Wallander uwielbia muzykę operową. Często słucha np. Marii Callas, ale szczególnym sentymentem wydaje się darzyć Jussiego Björlinga. To na cześć tego szwedzkiego tenora swoje imię dostał labrador Wallandera.


Włożył na uszy słuchawki swojego małego magnetofonu i włączył kasetę z Jussi Björling. Trzeszczące dźwięki nagrania z lat trzydziestych nie zdołały zagłuszyć świetnej muzyki Rigoletta.

"Morderca bez twarzy", tłum. Anna Marciniakówna


źródło


ZAKŁADY NA WYŚCIGI KONNE


W Szwecji popularne są zakłady na gonitwy - i to prawie tak popularne jak gry typu totolotek (gra w totka i zakłady na wyścigi stanowią po około jedną trzecia rynku zakładów bukmacherskich). Podobno w każdy weekend składanych jest 0,5 - 1 mln kuponów. 


Wallander potrafił się wściekać, że Hanssonowi zbyt wiele czasu zajmuje maniacka gra na wyścigach konnych. Biurko Hanssona było wiecznie zawalone programami gonitw i przemyślnymi systemami obstawiania. Wallander nieraz myślał, że Hansson połowę czasu pracy spędza na obliczaniu wyników, jakie w nadchodzących gonitwach osiągną setki koni na licznych torach w kraju.
"Mężczyzna, który się uśmiechał", tłum. Iwona Kowadło-Przedmojska


ROZMOWY O POGODZIE


Książki o Wallanderze z jednej strony zaskoczyły mnie tym, jak często bohaterowie rozmawiają i rozmyślają o pogodzie - przede wszystkim skarżąc się na skańskie wiatry, deszcz i mgłę. Nie jestem chyba przyzwyczajona, że pogoda zajmuje aż tyle miejsca w narracji. Z drugiej strony mam wrażenie, że rozmowy o pogodzie zajmują dość dużo miejsca w życiu codziennym Szwedów - w każdym razie tych, z którymi ja miałam okazję przebywać. 





Zwracacie uwagę na takie kwestie, kiedy czytacie książki lub oglądacie filmy?

24 kwietnia 2018

Lund: jakie jest to miasto [zdjęcia]

Lund to jedno z moich ulubionych miast w Szwecji, mam do niego ogromny sentyment. O jego największych atrakcjach pisałam już W TYM POŚCIE: przeczytacie tam o między innymi o lundeńskiej katedrze czy Kulturen, muzeum na świeżym powietrzu. Do Lundu wróciłam niedawno, zwiedzając Skanię z literackim i filmowym motywem przewodnim (krótkie podsumowanie, stanowiące spis treści dla wpisów w tym miesiącu znajdziecie TUTAJ). Lund zwiedzaliśmy szlakiem Wróżby Agnety Pleijel. Dokąd zaprowadziła nas książka i co jeszcze warto zobaczyć w tym mieście, przeczytacie w MOIM ARTYKULE.



W książce znalazłam następujące zdanie:



W moich wspomnieniach Lund wygląda inaczej. Odludny jest może tylko w wakacje, kiedy miasto opuszczają studenci. Nie pamiętam też miasta jako szarego i smutnego. Latem zachwycały mnie wręcz kolorowe domki z rosnącymi obok malwami czy różami. Nawet podczas naszej ostatniej wycieczki, w marcu, jeszcze przed przyjściem wiosny, lundeńskie uliczki miały w sobie wiele uroku.

Czy to dzięki wszędobylskim rowerzystom i rowerom...



...czy dzięki kamieniom runicznym, które można znaleźć w samym centrum miasta:


...albo dzięki ciekawym zakątkom i zaułkom, które mają swój klimat nawet, gdy nie ma słońca (albo może właśnie szczególnie wtedy):




O tym, że nie jest tu szaro i nudno, świadczą też przykłady na poczucie humoru mieszkańców. O kilku intrygujących pomnikach pisałam już we wspomnianym artykule, podczas spaceru wypatrzyliśmy też kawiarnię, której witryna pełna była zabawnych tekstów:

A day without coffee is like... just kidding. I have no idea.
The more you weigh, the harder you are to kidnap... Stay safe... eat cake.
No Wifi! Talk to each other! Eat cheesecake! Pretend it's 1993!



A jeśli w mieście wciąż mało byłoby Wam kolorów, wybierzcie się do hali targowej, Saluhallen. Tam na pewno nie brakuje nie tylko kolorów, ale i rozmaitych zapachów, od których może zakręcić się w głowie.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...