31 grudnia 2016

Podsumowanie 2016 roku na Szwecjoblogu

Lubię zasiadać do rocznych podsumowań. Lubię przeglądać notatniki i kalendarze, nie wstydzę się uśmiechać, wzdychać czy uronić łzę nad wspomnieniami po mijających trzystu sześćdziesięciu pięciu (a czasem nawet sześciu!) dniach. 2016 był dla mnie rokiem szalonym i dziwnym. Na blogu może nie działo się tak dużo jak w poprzednich latach, ale w życiu prywatnym i zawodowym już tak. O trudnych chwilach wiedzą tylko najbliżsi, tymi radosnymi chętnie się z Wami podzielę.

Rok 2016 był dla mnie rokiem wielu podróży. Zwiedzanie Finlandii, dwukrotny wypad do Norwegii oraz kilka wspaniałych letnich miesięcy, kiedy mogłam i pracować, i uczyć się, i odpoczywać na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Był to też rok ważnych sukcesów i osiągnięć. W wakacje ukazała się (kolejna już) książka w moim przekładzie. A we wrześniu wzięłam udział w Międzynarodowych Targach Książki w Göteborgu jako stypendystka Szwedzkiej Rady Kultury.






No i najważniejsza wiadomość pod koniec roku to zapowiedź mojej książki. Wasze komentarze, szczególnie liczne na Facebooku, były dla mnie najlepszym prezentem na Święta! 




A co Was najbardziej interesowało w tym roku na Szwecjoblogu? 

Wśród 15 najpopularniejszych tekstów najwięcej dotyczyło podróży. Interesowało Was, co zabrać ze sobą na wycieczkę do Szwecji i co przywieźć ze sobą z takiej wycieczki. Chętnie śledziliście też moje podróże śladami literackich bohaterów - do świata Muminków w fińskim Naantali i do Fjällbacki z kryminałów Camilli Läckberg.



Wielu Czytelników zajrzało do moich porad, o czym warto pamiętać, zaczynając naukę szwedzkiego. Inni sprawdzali, jak poszło nam testowanie, na ile radzimy sobie w związku z równouprawnieniemCzytaliście też moje recenzje książek, w szczególności "Andersa Mordercy i przyjaciół" Jonasa Jonassona oraz trzech tytułów poświęconych Skandynawii: "Ciepło na Północy", "Na Północ" i "Skandynawski raj".





Udało mi się nawet zainteresować Was szwedzką kuchnią i tradycjami - dzięki tekstowi o 50 twarzach semli, pachnącej kardamonem bułeczki z migdałowym nadzieniem i bitą śmietaną


I w tym roku nie zabrakło popularnych wpisów gościnnych. Najbardziej zainteresowały Was wrażenia z rowerowych wycieczek po Szwecji od Marcina i pomysły na zwiedzanie fińskich Helsinek śladami Tove Jansson od Ani.


Jestem też bardzo dumna, że spodobały się Wam wyniki mojej współpracy z blogerami, którzy również piszą o kulturze lub językach różnych krajów. Do najbardziej poczytnych wpisów należy kilka tych, napisanych w ramach akcji "W 80 blogów dookoła świata": o szwedzkich ślubnych statystykach, o zabawnych szwedzkich słowach, a także moja mini-mapa szwedzkich kryminałów. Dużo frajdy mnie i najwyraźniej Wam przyniósł wpis na Dzień Dziecka z piosenkami po szwedzku.



A jaki był dla Was 2016? Co będziecie najmilej wspominać? 
Życzę Wam, Kochani, żeby 2017 był dla Was jak najłaskawszy i pełen pięknych przeżyć!
Gott Nytt År!


27 grudnia 2016

Nowe słowa 2016

Dziś ukazała się aktualna "lista nowych słów" Rady Języka Szwedzkiego. Kto zna bloga i mnie wystarczająco długo, doskonale wie, co to za listy i dlaczego tak mnie fascynują. Nowym Czytelnikom tłumaczę, że Rada nie tyle oficjalnie przyjmuje takie słowa do języka, a jedynie bacznie obserwuje język mediów i odpowiada na oddolne sugestie Szwedów. Listy nowych słów (nyordslistor) to właśnie taki opis językowych tendencji, ale i odzwierciedlenie, czym żył świat i czym interesowali się ludzie.


Oto kilkanaście przykładów z listy z 2016 roku, które najbardziej przyciągnęły moją uwagę.





Filterbubbla, bańka stworzona przez filtry, to słowo, które słyszałam już nie raz i które wydaje mi się niezwykle ważne. Warto zdawać sobie sprawę ze zjawiska, które opisuje. Chodzi o to, że przeglądając internet, tak naprawdę znajdujemy się wciąż w bańce, stworzonej przez filtry i skomplikowane algorytmy wyszukiwarek, mediów społecznościowych i reklam. Niekoniecznie docieramy do czegoś nowego, bo treści dopasowywane są tak, żeby wyświetlało się nam wszystko, co według algorytmów podoba się nam najbardziej. Innym zjawiskiem, związanym z wpływem internetu, jest fomo, paniczny strach przed tym ominięciem jakiejś ważnej informacji lub ciekawego wydarzenie (z angielskiego: fear of missing out). Jeśli bezustannie nerwowo sprawdzasz Facebooka, Instagram czy Twittera, jeśli ze wszystkim musisz być na bieżąco i co chwilę cykasz fotki, nawet w sytuacjach ku temu nieodpowiednich - uważaj, to może być fomo. Na tegorocznej liście znalazło się też pojęcie det mörka nätet, ciemny internet, głęboka, ukryta sieć. To internet niedostępny dla tradycyjnych wyszukiwarek, gdzie - jak można się domyślać - znajduje się wiele nielegalnych rzeczy.


Wśród "nowych słów" z poprzednich lat nie brakowało takich, opisujących różnego rodzaju protesty. W tym roku też znalazło się takie określenie: fredsring, krąg pokoju. To forma protestu, kiedy manifestujący łapią się za ręce, zamykając i chroniąc w takim kręgu różne obiekty. Szwedzka prasa pisała o tym, jak w Danii kręgiem pokoju otaczano synagogi, meczety czy ośrodki dla uchodźców.

Znacie mężczyzn, którzy zmienili swoje poglądy i zachowanie na bardziej feministyczne dopiero wtedy, kiedy urodziła im się córeczka? Szwedzi i na coś takiego mają swoje określenie, to pappafeminism, ojcowski feminizm.


Nie mogłam też nie zwrócić uwagi na nowe słowa, zawierające nazwy i nazwiska tak ważne dla mijającego roku. Trumpifiering, co ja przetłumaczyłabym jako "trumpifikacja", opisuje zmianę,  zachodzącą w ostatnim czasie w debacie publicznej: kiedy mówi się to, co zwraca na siebie uwagę, nie bacząc ani na to, jakie są fakty, ani na to, jakie może to mieć konsekwencje. Uberisering, a więc "uberyzacja", oznacza, że coraz większą rolę w gospodarce zaczynają odgrywać cyfrowe usługi, dzięki którym wymiana usług między osobami prywatnymi jest łatwiejsza.

Jak co roku, wiele miejsca zajmują też słowa poświęcone ekologii. Są tu ekodukter, zielone mosty, umożliwiające zwierzętom migracje nad drogami lub liniami kolejowymi. Są ekologiczne sklepy, gdzie żywność można kupić förpackningsfritt, czyli bez opakowań (mamy nawet taki sklep w Warszawie), oraz matsvinnsbutiker, sklepy walczące z marnowaniem jedzenia, gdzie można kupić przeterminowaną, ale nadającą się do zjedzenia żywność, a także produkty w naruszonych opakowaniach lub po prostu takie, które nie przyciągają oka klienta (np. poobijane owoce czy warzywa, których w innym sklepie nikt nie chciałby już włożyć do koszyka). Ceny oczywiście są znacznie niższe niż w standardowych sklepach. Pierwszy taki sklep powstał w Kopenhadze.

Na koniec jeszcze dwie ciekawostki, do których pewnie uśmiechniecie się pod nosem, bo dobrze rozpoznacie te trendy. Po pierwsze, pokenad, czyli "pokespacer" (utworzony od słów Pokémon i promenad - spacer), a więc przechadzka, podczas której gra się w Pokémon Go. I po drugie: vuxenmålarböcker, czyli kolorowanki dla dorosłych, które wciąż nie znikają z półek z bestsellerami w księgarniach.


Źródło:

25 grudnia 2016

Świąteczne życzenia - W 80 blogów dookoła świata

W ten świąteczny dzień wyjątkowo nie zabierzemy Was w podróż po ciekawostkach o różnych krajach i językach, ale chcielibyśmy złożyć Wam najserdeczniejsze bożonarodzeniowe i noworoczne życzenia.

Autorzy blogów kulturowo-językowych



 




21 grudnia 2016

I cóż, że o Szwecji - zapowiedź

Nareszcie mogę oficjalnie podzielić się z Wami tą wiadomością: 

NAPISAŁAM KSIĄŻKĘ!



Nawet nie mam dobrych słów, by opisać Wam, z jakim podekscytowaniem czekam teraz, aż trafi w Wasze ręce, aż będziecie mogli dotknąć okładki, przekładać strony, oglądać zdjęcia na papierze i czytać: w domu, w podróży, na spacerze, na przerwie w pracy - wszędzie tam chciałabym Wam towarzyszyć. Ale to wszystko dopiero po premierze, zaplanowanej na 15 marca 2017. 






O czym jest ta książka? Jak możecie się spodziewać: o Szwedach i Szwecji. Wiele osób trafia na mój blog właśnie szukając odpowiedzi na pytanie "Jacy są Szwedzi?" Chciałabym Was zatem oprowadzić po galerii utopijnych portretów jednego z najszczęśliwszych narodów Europy, przyjrzeć się stereotypowym łatkom i etykietom przypisywanym Szwedom, jak również krytycznym przedstawieniom w krzywym zwierciadle. Zajrzymy Szwedom do kuchni, kalendarzy, kodeksów, portfeli, a nawet śmietników! Będzie trochę poważnie, a trochę z przymrużeniem oka. Będą moje wspomnienia, przemyślenia i komentarze. 

To co, kto będzie ze mną czekał na marzec?


Więcej o książce (i o mnie też!) przeczytacie na stronie internetowej wydawnictwa Czwarta Strona

12 grudnia 2016

Boże Narodzenie na Hawajach

Może pomyślicie, że coś mi się pomyliło. Bo co mają wspólnego Hawaje ze Szwecją? I do tego jeszcze z Bożym Narodzeniem? 

źródło

Ale to nie pomyłka! To tylko mój pomysł na szwecjoblogowe "okienko" w kalendarzu adwentowym Blogowanie pod JemiołąW tym roku, w przeddzień Dnia Świętej Łucji, chciałam wprawić Was w świąteczy nastrój, ale tym razem nie opowiadaniem o szafranie ani o słomianym koziołku. W tym roku będzie muzycznie i trochę z przymrużeniem oka!


Świąteczne przeboje to wbrew pozorom temat dość kontrowersyjny. Jedni je uwielbiają i już od października mogliby śpiewać wszystkie Last Christmas czy White Christmas. Inni akceptują je tylko podczas pieczenia pierniczków lub kiedy naprawdę są na etapie drving home for Christmas. Jeszcze inni dostają drgawek nienawiści na sam dźwięk dzwoneczków w piosenkach. 

Więc dziś będzie o pewnej piosence. Szwedzkiej, a jakże! I to nawet w kilku wersjach. A choć usłyszycie w niej coś o choince i śniegu, a w niektórych wersjach nie brakuje dzwoneczków, ta świąteczna piosenka będzie miała  inny klimat niż większość tych, które kojarzą Wam się ze świętami.

Wszystko zaczęło się w 1945 roku. Wtedy Henrik Roundquist (pod pseudonimem Miguel Torres) i Ynge Stoor napisali utwór Sjömansjul på Hawaii (Boże Narodzenie marynarza na Hawajach) i nagrali go wraz ze swoją "hawajską orkiestrą". Piosenka opowiada o szwedzkim marynarzu, który swoje Święta spędza daleko od szkierów swojego kraju. Zamiast śniegu i choinki widzi łodzie w blasku słońca. I choć właściwie na pokładzie, gdzie świętują marynarze, niczego nie brakuje, to tęskni za Północą, zimą i oczywiście swoimi najbliższymi. Utwór stał się jednym z najpopularniejszych "kawałków" swojego czasu, choć z założenia wydawał się melodią jednego sezonu, ba, jednej okazji. Co więcej, doczekał się nawet wielu coverów - praktycznie właściwie w każdej dekadzie pojawiała się nowa wariacja na jego temat.

Posłuchajcie oryginalnej wersji - czy i Was urzeknie ten retro klimat?



Druga wersja, którą chcę Wam zaprezentować, to aranżacja, która śmiało mogłaby być hitem dansingów. Jak na takie typowe szlagiery, bywa irytująca, ale jednocześnie wpada w ucho na tyle, że potrafi nie odczepić się przez cały dzień (więc uważajcie!).




A na koniec wersja, która zainspirowała mnie do wyboru tego tematu :)
Nagrali ją kilka lat temu panowie z bardzo bliskiego mi zespołu Ioseb, którzy na co dzień grają nostalgiczny, atmosferyczny, nieco mroczny post-rock. Kiedy zobaczyłam to wideo po raz pierwszy, nie mogłam uwierzyć własnym oczom i uszom. A do dziś nie mogę powstrzymać się od uśmiechu za każdym razem, kiedy ich oglądam. Posłuchajcie tylko, jak bardzo różni się to od ich muzyki!



A oto tekst, jeśli chcielibyście pośpiewać sobie a capella albo do wtóru jednej z wersji:

Jag en ensam sjöman är, 
långt från svenska kustens skär, 
skall jag fira julen här uppå Hawaii. 
Här finns ingen smyckad gran, 
ingen snö på juleda'n, 
och i solsken ligger båten här vid kaj. 

Det är julkväll här ombord, 
men jag längtar hem till nord, 
där de kära nu samlas vid helgsmyckat bord. 
Här finns allt i överflöd, 
så jag lider ingen nöd, 
men det lindrar ej hemlängtans glöd. 

Klockor ringa julefriden in, 
klangen bringar ro i varje sinn. 

Det är julkväll på Hawaii, 
från dess blomstermängda kaj, 
längtar jag hem till vinter och snö. 

Det är julkväll här ombord, 
men jag längtar hem till nord, 
där de kära nu samlas vid helgsmyckat bord. 
Här finns allt i överflöd, 
så jag lider ingen nöd, 
men det lindrar ej hemlängtans glöd. 

Klockor ringa julefriden in, 
klangen bringar ro i varje sinn. 

Det är julkväll på Hawaii, 
från dess blomstermängda kaj, 
längtar jag hem till vinter och snö...






Pośpiewane? Ponucone pod nosem? Nie zapomnijcie tylko, że choć Blogowanie pod jemiołą to kalendarz adwentowy inny niż wszystkie, to działa na tej samej zasadzie co inne. Codziennie, od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia, na jednym z blogów o tematyce językowo-kulturowej czekać na Was będzie nowy wpis o świątecznej, adwentowej lub zimowej tematyce. Wczoraj Joanna z bloga Specyfika Języka wyjaśniała, skąd wziął się świąteczny skrót Xmas i co robi tam X. A jutro Ewelina z English Tea Time przedstawi kilka ciekawostek o tym, jak obchodzi się Święta na Wyspach Brytyjskich

No i najważniejsze! Tak jak w kalendarzach adwentowych czekają na Was czekoladki i drobne niespodzanki, tak i my mamy dla Was prezent! Voucher o wartości 240 zł do wydania w księgarni Empik, do wydania na Wasze wymarzone książki, słowniki, materiały do nauki języków czy przewodniki po krajach. Prezent trafi do zwycięzcy konkursu, którego zasady poznacie TUTAJ.


Źródła:

08 grudnia 2016

Recenzja: Edgard "Szwedzki nie gryzie!" i "Szwedzki w ćwiczeniach"

Pamiętacie, jak na początku miesiąca przedstawiłam kilka dobrych rad dla uczących się języka szwedzkiego? Obiecałam też, że zacznę z przedstawianiem materiałów do nauki tego języka. Dziś zatem ruszam z pierwszym wpisem tego rodzaju.



Na pierwszy ogień pójdą dwie pozycje z oferty wydawnictwa Edgard: "Szwedzki nie gryzie!" i "Szwedzki w ćwiczeniach". Edgard wydaje się obecnie mieć najbardziej zróżnicowaną ofertę dotyczącą szwedzkiego: są fiszki (wpis z fiszkowym pojedynkiem już wkrótce na blogu), jest audio kurs dla początkujących oraz dla tych znających podstawy, są wreszcie dwie wspomniane książki, oparte głównie na ćwiczeniach.

"Szwedzki nie gryzie" to książka dość niewielka pod względem objętości (150 stron, z kluczem odpowiedzi, mini-słowniczkiem i miejscem na notatki włącznie). Jest jednak dość praktycznym samouczkiem dla osób rozpoczynających przygodę z językiem szwedzkim (autorzy opisują, że pozwala opanować podstawy języka od poziomu A0 do A1). O serii "nie gryzie" tego wydawnictwa słyszałam już wcześniej od lektorów innych języków (bardzo zresztą spodobała mi się wspólna nazwa serii). Kiedy jednak wzięłam książkę pierwszy raz do ręki i przyjrzałam się okładce, pomyślałam, że wydawcę chyba trzeba jeszcze przekonać, że szwedzkie literki też nie gryzą ;) Kto zauważy, co jest nie tak?




Już przy pierwszym, pobieżnym przeglądaniu książki bardzo spodobały mi się dwie rzeczy. Przede wszystkim to, że pierwszy rozdział poświęcony jest szwedzkiej wymowie. Przedstawione są najważniejsze zasady wymawiania samogłosek i spółgłosek (szkoda, że nie autorzy nie wspominają o długich spółgłoskach, a kwestię akcentu traktują bardzo pobieżnie), potem następuje seria ćwiczeń do słuchania. Poza tym, ponieważ ciągle powtarzam, jak w uczeniu się pomaga humor, bardzo spodobały mi się zabawne ilustracje i dialogi otwierające każdy z rozdziałów tematycznych

Takich rozdziałów jest 13 - oprócz tego poświęconego wymowie znajdziecie części poświęcone takim tematom jak człowiek i rodzina, dom, jedzenie, zakupy, czas wolny, szkoła, podróże, zdrowie - czyli wszystko, czego potrzebuje początkujący uczeń. Każdy z rozdziałów rozpoczyna wprowadzenie nowego materiału w formie króciutkich dialogów lub tekścików (są też nagrane na płycie), po nim następuje sekcja gramatyki w pigułce, wyjaśnionej bardzo prostym językiem po polsku, a potem pojawia się zielona strona pełna słówek i konstrukcji (można je odsłuchać na płycie). Następnie przychodzi pora na ćwiczenia, które są najważniejszą częścią książki. 




Tak właściwie byłam pod dużym wrażeniem, że autorom udało się zmieścić tak wiele zagadnień gramatycznych i treści leksykalnych w tak niewielkiej objętościowo książeczce. Szkoda natomiast, że tekstów wprowadzających materiał jest tak niewiele. Większość zaprezentowanego w książce i nagranego materiału to pojedyncze słowa albo wyrażenia. Trudno wtedy osłuchiwać się z melodią szwedzkich zdań, nie mówiąc o tym, że dużo lepiej uczyć się słownictwa w kontekście. Niektóre tematy, takie jak zakupy czy lekarz, aż proszą się o więcej przykładowych dialogów. Co do tekstów na początek rozdziału - w dialogach irytowało mnie trochę, że tłumaczenie całych zdań na polski pojawiało się od razu pod każdą sekwencją dialogu. Mnie akurat utrudniało to skupienie na tekście, a takie szatkowanie dialogów na płycie i robienie z niego szwedzko-polskiego dwugłosu doprowadzało mnie wręcz do szału. 

Zdecydowanie na plus oceniam ciekawostki na temat Szwecji i Szwedów, pojawiające się raz na jakiś czas na marginesie. Można dowiedzieć się czegoś o szwedzkiej fladze, popularnych imionach czy pochodzeniu nazw dni tygodnia - to świetny materiał, którzy nie tylko zaczynają swoją przygodę z językiem szwedzkich, ale ze Szwecją w ogóle.

---------

[EDYCJA: grudzień 2016]



Od wakacji 2016 dostępne jest drugie, poprawione wydanie książki "Szwedzki nie gryzie". Co zmieniło się w nowym wydaniu? Przede wszystkim: nastąpił triumfalny powrót Å na okładkę :) Książka "przytyła" też o kilkadziesiąt stron - niestety, nie za sprawą dodatkowych materiałów i ćwiczeń, ale po prostu zmienił się layout. Ciekawostki, które tak podobały mi się w pierwszym wydaniu, awansowały z pozycji na marginesach do własnych stron z dużymi zdjęciami tego, czego dotyczą. Zmieniły się grafiki, które nie są kojarzą się już ze zbiorem clipartów, ale są ujednolicone i odświeżone. Niestety, ucierpiały na tym moje ulubione humorystyczne komiksy na początku rozdziałów, bo po prostu zniknęły. Szkoda, bo jestem wielkim orędownikiem tego, jak humor pomaga nam w kojarzeniu słownictwa. Bardzo ucieszyłam się, że zmieniono sposób prezentacji dialogów i polskie tłumaczenie nie rozbija już w książce poszczególnych kwestii. Niestety, na płycie CD dialogi dalej są w poszatkowanym dwugłosie. Zmiany w większości są zmianami kosmetycznymi, które pewnie sprawią, że korzystanie z podręcznika będzie przyjemniejsze. Zaskoczyło mnie natomiast, że z wydania opisywanego jako poprawione nie zniknęły na przykład ćwiczenia na odmianę czasownika przez osoby (szwedzki czasownik w formie osobowej ma dla odpowiednich czasów tę samą formę dla każdej osoby, więc takie ćwiczenie kojarzy mi się raczej ze średniowiecznym przepisywaniem ksiąg). Po haśle "nowe wydanie" czy "wydanie poprawione" spodziewałam się raczej zmian merytorycznych.


Układ książki i nagrań, a więc proporcje prezentacji tekstów i zasad gramatyki wobec ilości krótkich tekstów sprawia, że "Szwedzki nie gryzie" w moim odczuciu może być ciekawym materiałem dla osób, które zastanawiają się nad nauką szwedzkiego i chciałyby sprawdzić - jak w tytule - czy szwedzki ich pogryzie czy nie, albo dla tych, którzy już zaczęli naukę, ale potrzebują dodatkowych ćwiczeń lub dodatkowych wyjaśnień - na przykład jako polskojęzyczny dodatek obok szwedzkojęzycznych materiałów.


---------


Ci, którym spodobała się formuła ćwiczeń i skromna szata graficzna książek Edgarda, mogą śmiało zajrzeć do książki "Szwedzki w ćwiczeniach", przeznaczonej dla osób mających już za sobą kilka miesięcy nauki. Warto pamiętać o tym, że "Szwedzki w ćwiczeniach" to tak naprawdę zbiór zadań do szwedzkiego - nie znajdziecie tu już teoretycznego wprowadzenia czy wyjaśnienia zasad gramatycznych. Pojedyncze ćwiczenia są niestety niepokojąco zbliżone do tego, z czym zetknęłam się w książce dla początkujących. W tej części spodobały mi się zadania dotyczące idiomów czy popularnych powiedzeń oraz spora ilość ćwiczeń, opierająca się na czytaniu ze zrozumieniem. Strzałem w dziesiątkę moim zdaniem są dość niekonwencjonalne łamigłówki i zadania logiczne, które absolutnie uwielbiam! Także i "Szwedzki w ćwiczeniach" prezentuje na marginesie ciekawostki ze Szwecji. 



Do tej książki przydałaby się płyta z nagraniami, tym bardziej, że wiele ćwiczeń opiera się na dialogach czy krótkich tekstach, których warto byłoby posłuchać. Z tego powodu oraz w związku z dużym zróżnicowaniem ćwiczeń pod względem poziomu, polecałabym korzystać z książki raczej jako dodatkowego materiału uzupełniającego regularny kurs. Warto do niego zaglądać, by utrwalić lub rozszerzyć słownictwo z danych działów tematycznych, ale raczej nie wystarcza jako jedyne narzędzie do rozwijania językowych umiejętności.

Ktoś z Was korzysta z materiałów z tej serii do szwedzkiego lub innego języka? Jakie są Wasze wrażenia? Co jest dla Was ważne przy wyborze książki do samodzielnej nauki w domu?



25 listopada 2016

Palcem po mapie szwedzkich kryminałów

Skandynawskie kryminały to temat-rzeka. Długo można rozmawiać o tym, na czym polega ich popularność i dlaczego cały czas zajmują tak wiele miejsca na półkach naszych księgarni. Sama nawet dziwię się, dlaczego zajmują tyle miejsca na półkach mojej domowej biblioteczki, choć nie uważam się za amatora gatunku. Można zastanawiać się, dlaczego akurat Skandynawia wydała tak wielu poczytnych autorów tego rodzaju książek i jaki obraz Skandynawii tworzą.

Ale można też spojrzeć na to inaczej. Bardziej turystycznie. I tak jak w dzisiejszej odsłonie akcji "W 80 blogów dookoła świata" blogerzy językowi i kulturowi zabiorą Was, jak zwykle tego samego dnia, o tej samej porze, w podróż tropem bohaterów seriali i powieści kryminalnych z całego świata, tak ja zabiorę Was w podróż palcem po "kryminalnej" mapie Szwecji. Takie tematyczne wycieczki są zresztą popularne w Szwecji, bo miasta bardzo chętnie promują się na fali popularności książek i seriali. 


Nasza podróż właściwie mogłaby ciągnąć się długo, więc wybrałam dla Was 10 najciekawszych, najbardziej wartych uwagi lub po prostu najlepiej znanych mi miejsc i książek. Wierzę, że macie jeszcze wiele pomysłów - podzielcie się nimi potem w komentarzach! Może zainspirujecie mnie i innych czytelników do sięgnięcia po nieznane książki (na przykład teraz, w te ciemne, długie wieczory) lub odwiedzenie nieznanych miejsc?

 


1. Ystad

Na początek Ystad, bo łatwo dostać się tu z Polski ze Świnoujścia. I trochę dlatego, że do Ystad mam wielki sentyment.

Ystad zasłynęło dzięki serii kryminałów autorstwa Henninga Mankella. Jej głównym bohaterem jest melancholijny komisarz Kurt Wallander, którego możecie kojarzyć nie tylko z kart powieści, ale i z ich popularnych serialowych wersji: szwedzkiej, gdzie w jego rolę wcielił się Krister Henriksson, oraz nawet brytyjskiej, gdzie Wallandera zagrał Kenneth Branagh.

Kiedy będziecie w Ystad, zajdźcie do biura informacji turystycznej - znajdziecie tam broszury, które ułatwią Wam dotarcie do miejsc, wspomnianych w książkach lub w których powstawały ekranizacje. Zupełnie niedaleko jest też cukiernia-kawiarnia Fridolfs konditori: to tutaj na kawę i przekąskę zaglądał często Wallander, a dziś można tam zjeść "ciastka Wallandera".



A moje relacje z wycieczek do Ystad przeczytacie tutaj i jeszcze tutaj.

2. Helsingborg

Helsingborg, również w południowej Szwecji, to rodzinne miasto Fabiana Riska. To tu zaczyna działać seryjny zabójca. Policjant na tropie mordercy będzie musiał wrócić pamięcią do czasów młodości. Powieść "Ofiara bez twarzy" Stefana Ahnhema skradła mi kilka nocy, kiedy nie potrafiłam oderwać się od tej historii. Zresztą na samą myśl o tym znów mam dreszcze. U Ahnhema miasto, w którym rozgrywa się akcja książki, nie staje się ważne jak u innych autorów (w każdym razie ja to tak odebrałam), ale jeśli traficie do Skanii, warto zajrzeć i tu. I oczywiście wcześniej przeczytać powieść.



Na spacer po Helsingborgu i okolicach zabieram Was w tym wpisie


3. Göteborg

Göteborg to miasto zdecydowanie niedoceniane i jak najbardziej warte odwiedzenia. Przez miłośników kryminałów także - to w Göteborgu akcję swoich książek umieścił Åke Edwardson, to tu mieszka i działa komisarz Erik Winter. Jeśli będziecie szukać "śladów" Wintera, zajdźcie na Vasaplatsen 3, to adres komisarza w serialowej wersji. Sama nie wczytywałam się jeszcze za bardzo w książki z tej serii. Z moim sentymentem do Göteborga będę to musiała pewnie szybko nadrobić.


Co możecie zwiedzić w Göteborgu, kiedy już przespacerujecie się śladami komisarza Wintera, przeczytacie tutaj.


4. Fjällbacka

Tej miejscowości chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. To niewielkie rybackie miasteczko ściąga co roku mnóstwo turystów z całego świata. To wszystko za sprawą Camilli Läckberg, okrzykniętej "szwedzką królową kryminału". Można nie przepadać za stylem i bohaterami Läckberg (ja na przykład bardzo nie przepadam), ale jest coś intrygującego w tym, jakie tajemnice może skrywać z pozoru spokojne nadmorskie miasteczko i okoliczne wyspy.


Jak naprawdę wygląda Fjällbacka, zobaczycie na zdjęciach z wakacyjnego wpisu

5. Linköping

Mons Kallentoft porwał mnie nietypowym pomysłem na kryminały, w których co kilka rozdziałów do głosu dochodzą... zmarłe ofiary. No i tak naprawdę do sięgnięcia po książki skusiły mnie niesamowite okładki. W samym Linköping jeszcze nie byłam, jeśli tam dotrę - na pewno zajrzę do restauracji Hamlet. Raczej na piwo niż tequilę, żeby nie dopadły mnie przypadkiem demony głównej bohaterki, komisarz Malin Fors ;)


O książkach Monsa Kallentofta przeczytacie w osobnym szwecjoblogowym wpisie.

6. Sztokholm

Sztokholm pewnie kojarzy się Wam od razu ze Stiegiem Larssonem. I słusznie. To w Sztokholmie najprężniej chyba rozwijają się wycieczki związane właśnie z kryminałami, ich autorami i bohaterami. Powstał nawet polski książkowy przewodnik tego rodzaju - obowiązkowa pozycja w bagażu fanów "Millenium", wybierających się do stolicy Szwecji. Można nawet trafić pod dom samego Blomkvista!


Wskazówki, jak zwiedzać Sztokholm śladami Larssona i jego bohaterów, znajdziecie tutaj.

7. Sandhamn

Kryminały rozgrywające się w małych miasteczkach mają swój klimat. Także te, których akcja dzieje się na szkierowych wyspach. Kryminały Viveki Sten miały z tego powodu spory potencjał, moim zdaniem niewykorzystany. Ale okazały się na tyle inspirujące, że na motywach powieści powstał nie jeden, ale i dwa seriale. W tym jeden polski!


O powieściach Viveki Sten i powstałych na ich podstawie serialach, napisałam tutaj.

8. Olandia

Olandia fanom kryminału pewnie od razu kojarzy się z "kwartetem olandzkim", serią czterech kryminałów Johana Theorina, rozgrywających się właśnie na tej wyspie. Olandia u Theorina wydaje się posępna i tajemnicza sama w sobie, z rozległą przestrzenią alvaretu, olandzkiego stepu, gdzie dawne legendy i historie wciąż wydają się żywe.


Moje wrażenia z wycieczki na Olandię opisałam w tym wpisie.

9. Gotlandia 

Mari Jungstedt lubię przede wszystkim za to, że zawsze próbuje wytłumaczyć zło. Że to nie przypadek, nie szaleństwo, ale ludzie i wypadkowe tego, co się stało w ich życiu. Dlatego jej powieści czyta się dobrze, próbując odgadnąć nie tylko, kto jest mordercą, ale też dlaczego. No a do tego jeszcze Gotlandia, moje jeszcze niespełnione turystyczne marzenie!


O książce Mari Jungstedt i innych czterech szwedzkich tytułach, z którymi powinniście się zapoznać, pisałam z okazji Światowego Dnia Książki.


10. Kiruna

Kiruny na północy Szwecji też nie mogło zabraknąć w zestawieniu! A to za sprawą Åsy Larsson i jej książek o Rebecce Martinsson. Kryminały umieszczone w takiej przestrzeni od razu nasuwają takie skojarzenia jak ciemność i chłód, także chłód ze strony mieszkańców. I to właśnie między innymi na tych skojarzeniach gra Larsson. Ciekawostka: w filmowej wersji "Burzy z krańców ziemi" w Rebeckę Martinsson wciela się Izabella Scorupco.




Przy okazji, jeśli chcecie dowiedzieć się, jak po szwedzku wymawia się takie imiona i nazwiska autorów, zajrzyjcie do tego wpisu. 






14 listopada 2016

Blogowanie pod jemiołą 2016

W zeszłym tygodniu Sztokholm walczył ze śnieżnym chaosem, w ten weekend park rozrywki Liseberg w Göteborgu otwiera się ze bożonarodzeniowym jarmarkiem i innymi okołoświątecznymi atrakcjami, a ostatnio Spotify zaskoczył mnie reklamą playlisty z nieśmiertelnymi hitami Wham! i Mariah Carey. Wszystko wskazuje więc na to, że choć dopiero jesteśmy w połowie listopada, mogę już śmiało zapowiedzieć kolejną edycję Blogowania pod Jemiołą. 




Coroczna akcja Blogowanie pod Jemiołą to wyjątkowy adwentowy kalendarz blogerski, w którym zamiast tradycyjnych czekoladek czy drobnych upominków każdego dnia za kolejnymi okienkami czekać będą na Was wyjątkowe artykuły związane ze świętami, adwentem lub zimą, a przede wszystkich z różnymi krajami i językami! Jest więc na co czekać! 

Zobaczcie już dziś, komu będziecie mogli złożyć wizytę pod jemiołą (i zapiszcie sobie w kalendarzu, kiedy zajrzeć na Szwecjoblog):

  Image Map


Niezależnie od tego, czy jeszcze wierzycie w Mikołaja czy nie, pewnie i tak Święta kojarzą się Wam z prezentami. Nie zabraknie ich i u nas - więcej informacji o konkursie umieścimy na grupowym blogu w ostatnim tygodniu listopada. Trzymajcie rękę na pulsie i już teraz dołączcie do nas w wydarzeniu na Facebooku.

A w oczekiwaniu na nową akcję, przypomnijcie sobie, jak w świąteczny nastrój pod jemiołą wprawiałam Was w poprzednich edycjach:



Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się już doczekać, kiedy będzie można otwierać kolejne okienka!




Image Map

29 października 2016

Komma Lika - gra w równouprawnienie

Jak tylko usłyszałam o grze Komma Lika, wiedziałam, że będę chciała przetestować na własnej skórze, czy raczej na własnym domu, jak to działa w praktyce. Trochę z czystej ciekawości i trochę dlatego, że po prostu spodobał mi się sam pomysł, który narodził się właśnie w Szwecji - kraju, który wielu osobom od razu kojarzy się przecież z pojęciem równouprawienia (jämställdhet). W zasadzie uważałam, że po roku małżeństwa nie potrzebujemy niczego wizualizować sobie żadnymi kolorowymi magnesami. Obawiałam się, czy liczenie sobie punktów na prawo i lewo nie odbierze nam radości z tego, co robimy codziennie. Ale bardzo byłam ciekawa, co z tego wyjdzie. 


O co chodzi?
Komma Lika (polska nazwa mogłaby brzmieć: "Dojść do równości") to szwedzka gra na lodówkę, stworzona w 2012 roku przez Marię Loohufvud ze studia graficznego Pasadena. Za wykonywanie codziennych prac: sprzątanie, gotowanie, naprawy zdobywa się punkty-magnesy, które układa się w wybrany wzór na lodówce. W tej grze zwycięstwem jest remis, a więc rozkładające się po równo kolory magnesów.



Szwedzi rzeczywiście bardzo często kojarzą nam się z równouprawnieniem płci. Parytety, podział urlopu rodzicielskiego, działalność rzeczników, zwalczających dyskryminację czy pozycja lidera w rankingu Global Gender Gap Report, badającego poziom równouprawnienia w sferze ekonomii, polityki, edukacji i zdrowia: o tym wszystkim się mówi, kiedy tylko w dyskusji pojawia się taki temat. To gorący temat przede wszystkim dla polityków. A w domu też wypada go poruszyć. 

Także w tej dziedzinie na przestrzeni dziesięcioleci robi się coraz bardziej "po równo". Ale wyniki badania OECD, w którym zmierzono czas, jaki kobiety i mężczyźni z różnych krajów poświęcają na codzienne domowe obowiązki, zaskoczyły w 2015 roku samych Szwedów. Szwecja uplasowała się bowiem dopiero na 11. miejscu, dość daleko za przodującymi Danią, Norwegią i Australią. Z raportu wynikało, że mężczyzna na codzienne, niepłatne prace w domu poświęca średnio 154 minuty, a kobieta 207 minut (dla Polski dane z raportu OECD z 2014 roku prezentują się następująco: mężczyzna spędza na sprzątaniu, gotowaniu i opiece nad dziećmi 157 minut dziennie, kobieta 296 minut). Także z badań szwedzkiego biura statystycznego SCB wynika, że choć kobiety i mężczyźni podobną część swojego dnia przeznaczają na pracę w ogóle, w przypadku mężczyzn większy jest udział płatnej pracy zawodowej, a u kobiet bezpłatnych prac domowych. I chyba potwierdza się wymówka, że "tak jesteśmy wychowywani": raport SCB z lat 2010/2011 pokazuje dalej, że w grupie szwedzkich nastolatków (15-19 lat) dziewczynki dwa razy więcej (pod względem czasu) angażują się w sprzątanie i gotowanie. Chłopcy w ciągu doby mają za to ewidentnie więcej wolnego czasu.

Co wobec tego daje partia gry Komma Lika? Czy warto się w to angażować, czy lepiej prychnąć i machnąć ręką? Przeczytajcie, jak nam poszło.



N:
No więc zaczęliśmy. Grzecznie, wspólnie wybraliśmy wzór, który mieliśmy układać, w widocznym miejscu wywiesiliśmy sobie punktację. Pierwszej rundy nie braliśmy chyba do końca na poważnie, choć dyskusje o grze i punktacji przewijały się ciągle. Rano prawie ścigaliśmy się do ekspresu, rywalizując, kto zgarnie pierwszy w ciągu dnia punkt za zaparzenie kawy. Mąż pod moją nieobecność gorliwie zabierał się za odkurzanie, bo to aż cztery punkty. Mopując podłogę, mnożyłam punkty za każde pomieszczenie. Negocjowaliśmy i wprowadzaliśmy zmiany w oryginalnie sugerowanej punktacji, gdy konkretna czynność była dla kogoś z nas wyjątkowo nieprzyjemna lub nielubiana. W żartach groziliśmy sobie wprowadzeniem karnych punktów ujemnych. I co? Pierwszą rundę zdecydowanie wygrał Mąż. Czyli w zasadzie przegraliśmy obydwoje. 



Do kolejnej rundy zabraliśmy się inaczej. Bardziej opłacało się robienie czegoś razem. I przyznaję, jeśli zdarzało nam się naciągać zasady, to na korzyść drugiej osoby. Wzór serduszka ułożyliśmy już jako remis. 





P:
Ciężko tak naprawdę powiedzieć, czy to gra rodzinna. Termin "gra rodzinna" kojarzy mi się głównie z Monopoly, gdzie zawsze wszyscy starali się oszukać. W Komma Lika nie ma sensu oszukiwać, bo innym wynikiem kończy się każda rozgrywka. Na początku pomyślałem: przecież ja nie potrafię przegrywać, koniecznie muszę wygrać. To wtedy dowiedziałem się, że to nie o to chodzi w tej grze. Pomyślałem od razu: to bez sensu. Po kilku rozgrywkach mogę jednak stwierdzić, że bardzo się myliłem. Pierwsza tura, w której układaliśmy dwóch biegnących ludzi, została zdominowana przez moje działania. Mój niebieski kolor opanował planszę, ale ten wynik nie przyniósł mi radości, tylko refleksję: MOJA ŻONA ROBI W DOMU STANOWCZO ZA DUŻO RZECZY. Starałem się zdobywać jak najwięcej punktów, wykonując domowe prace, o których nawet nie miałem pojęcia, że codziennie są wykonywane. Dowiedziałem się nawet, że zwykłe pościelenie łóżka (warte 1 punkt) jest czynnością, która od zawsze spoczywała na barkach mojej żony. Facetowi przecież nie przeszkadza łóżko w nieładzie, bo świetnie spełnia jednocześnie funkcje jadalni i biurka. A mojej żonie taki stan rzeczy przeszkadzał. Tak jak pozostawiane naczynia po porannym, szybkim śniadaniu przed wyjściem do pracy. O takich głupotkach się nie rozmawia, aż do czasu gdy się nagromadzą, by wybuchnąć tak jak tu: 



Ta gra pokazuje każdej stronie, że niektóre czynności wspólne w ogóle istnieją, a następnie można się nimi podzielić. Czary. 


N:
Gra na pewno nie zmieniła nas na zawsze, nie wywróciła naszego domu do góry nogami. Nie staliśmy się dzięki niej innymi ludźmi. Ale mieliśmy trochę więcej radości nawet przy porannych wyścigach do kuchni, a po zmywaniu naczyń można było poczuć się jak dzieci, nagrodzone pieczątką z ziemniaka (jestem pewna, że gra spodoba się też dzieciom i zachęci je do zaangażowania w domowe obowiązki). Okazji do dyskutowania na temat obowiązków domowych i równości, w różnych kontekstach, nie brakowało. I moim zdaniem o to w grze chodziło. Niekoniecznie o zmienianie świata. 


No i zobaczcie, do czego poza tym doszło: po raz pierwszy wpis na blog napisaliśmy razem.


Źródła:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...