25 listopada 2016

Palcem po mapie szwedzkich kryminałów

Skandynawskie kryminały to temat-rzeka. Długo można rozmawiać o tym, na czym polega ich popularność i dlaczego cały czas zajmują tak wiele miejsca na półkach naszych księgarni. Sama nawet dziwię się, dlaczego zajmują tyle miejsca na półkach mojej domowej biblioteczki, choć nie uważam się za amatora gatunku. Można zastanawiać się, dlaczego akurat Skandynawia wydała tak wielu poczytnych autorów tego rodzaju książek i jaki obraz Skandynawii tworzą.

Ale można też spojrzeć na to inaczej. Bardziej turystycznie. I tak jak w dzisiejszej odsłonie akcji "W 80 blogów dookoła świata" blogerzy językowi i kulturowi zabiorą Was, jak zwykle tego samego dnia, o tej samej porze, w podróż tropem bohaterów seriali i powieści kryminalnych z całego świata, tak ja zabiorę Was w podróż palcem po "kryminalnej" mapie Szwecji. Takie tematyczne wycieczki są zresztą popularne w Szwecji, bo miasta bardzo chętnie promują się na fali popularności książek i seriali. 


Nasza podróż właściwie mogłaby ciągnąć się długo, więc wybrałam dla Was 10 najciekawszych, najbardziej wartych uwagi lub po prostu najlepiej znanych mi miejsc i książek. Wierzę, że macie jeszcze wiele pomysłów - podzielcie się nimi potem w komentarzach! Może zainspirujecie mnie i innych czytelników do sięgnięcia po nieznane książki (na przykład teraz, w te ciemne, długie wieczory) lub odwiedzenie nieznanych miejsc?

 


1. Ystad

Na początek Ystad, bo łatwo dostać się tu z Polski ze Świnoujścia. I trochę dlatego, że do Ystad mam wielki sentyment.

Ystad zasłynęło dzięki serii kryminałów autorstwa Henninga Mankella. Jej głównym bohaterem jest melancholijny komisarz Kurt Wallander, którego możecie kojarzyć nie tylko z kart powieści, ale i z ich popularnych serialowych wersji: szwedzkiej, gdzie w jego rolę wcielił się Krister Henriksson, oraz nawet brytyjskiej, gdzie Wallandera zagrał Kenneth Branagh.

Kiedy będziecie w Ystad, zajdźcie do biura informacji turystycznej - znajdziecie tam broszury, które ułatwią Wam dotarcie do miejsc, wspomnianych w książkach lub w których powstawały ekranizacje. Zupełnie niedaleko jest też cukiernia-kawiarnia Fridolfs konditori: to tutaj na kawę i przekąskę zaglądał często Wallander, a dziś można tam zjeść "ciastka Wallandera".



A moje relacje z wycieczek do Ystad przeczytacie tutaj i jeszcze tutaj.

2. Helsingborg

Helsingborg, również w południowej Szwecji, to rodzinne miasto Fabiana Riska. To tu zaczyna działać seryjny zabójca. Policjant na tropie mordercy będzie musiał wrócić pamięcią do czasów młodości. Powieść "Ofiara bez twarzy" Stefana Ahnhema skradła mi kilka nocy, kiedy nie potrafiłam oderwać się od tej historii. Zresztą na samą myśl o tym znów mam dreszcze. U Ahnhema miasto, w którym rozgrywa się akcja książki, nie staje się ważne jak u innych autorów (w każdym razie ja to tak odebrałam), ale jeśli traficie do Skanii, warto zajrzeć i tu. I oczywiście wcześniej przeczytać powieść.



Na spacer po Helsingborgu i okolicach zabieram Was w tym wpisie


3. Göteborg

Göteborg to miasto zdecydowanie niedoceniane i jak najbardziej warte odwiedzenia. Przez miłośników kryminałów także - to w Göteborgu akcję swoich książek umieścił Åke Edwardson, to tu mieszka i działa komisarz Erik Winter. Jeśli będziecie szukać "śladów" Wintera, zajdźcie na Vasaplatsen 3, to adres komisarza w serialowej wersji. Sama nie wczytywałam się jeszcze za bardzo w książki z tej serii. Z moim sentymentem do Göteborga będę to musiała pewnie szybko nadrobić.


Co możecie zwiedzić w Göteborgu, kiedy już przespacerujecie się śladami komisarza Wintera, przeczytacie tutaj.


4. Fjällbacka

Tej miejscowości chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. To niewielkie rybackie miasteczko ściąga co roku mnóstwo turystów z całego świata. To wszystko za sprawą Camilli Läckberg, okrzykniętej "szwedzką królową kryminału". Można nie przepadać za stylem i bohaterami Läckberg (ja na przykład bardzo nie przepadam), ale jest coś intrygującego w tym, jakie tajemnice może skrywać z pozoru spokojne nadmorskie miasteczko i okoliczne wyspy.


Jak naprawdę wygląda Fjällbacka, zobaczycie na zdjęciach z wakacyjnego wpisu

5. Linköping

Mons Kallentoft porwał mnie nietypowym pomysłem na kryminały, w których co kilka rozdziałów do głosu dochodzą... zmarłe ofiary. No i tak naprawdę do sięgnięcia po książki skusiły mnie niesamowite okładki. W samym Linköping jeszcze nie byłam, jeśli tam dotrę - na pewno zajrzę do restauracji Hamlet. Raczej na piwo niż tequilę, żeby nie dopadły mnie przypadkiem demony głównej bohaterki, komisarz Malin Fors ;)


O książkach Monsa Kallentofta przeczytacie w osobnym szwecjoblogowym wpisie.

6. Sztokholm

Sztokholm pewnie kojarzy się Wam od razu ze Stiegiem Larssonem. I słusznie. To w Sztokholmie najprężniej chyba rozwijają się wycieczki związane właśnie z kryminałami, ich autorami i bohaterami. Powstał nawet polski książkowy przewodnik tego rodzaju - obowiązkowa pozycja w bagażu fanów "Millenium", wybierających się do stolicy Szwecji. Można nawet trafić pod dom samego Blomkvista!


Wskazówki, jak zwiedzać Sztokholm śladami Larssona i jego bohaterów, znajdziecie tutaj.

7. Sandhamn

Kryminały rozgrywające się w małych miasteczkach mają swój klimat. Także te, których akcja dzieje się na szkierowych wyspach. Kryminały Viveki Sten miały z tego powodu spory potencjał, moim zdaniem niewykorzystany. Ale okazały się na tyle inspirujące, że na motywach powieści powstał nie jeden, ale i dwa seriale. W tym jeden polski!


O powieściach Viveki Sten i powstałych na ich podstawie serialach, napisałam tutaj.

8. Olandia

Olandia fanom kryminału pewnie od razu kojarzy się z "kwartetem olandzkim", serią czterech kryminałów Johana Theorina, rozgrywających się właśnie na tej wyspie. Olandia u Theorina wydaje się posępna i tajemnicza sama w sobie, z rozległą przestrzenią alvaretu, olandzkiego stepu, gdzie dawne legendy i historie wciąż wydają się żywe.


Moje wrażenia z wycieczki na Olandię opisałam w tym wpisie.

9. Gotlandia 

Mari Jungstedt lubię przede wszystkim za to, że zawsze próbuje wytłumaczyć zło. Że to nie przypadek, nie szaleństwo, ale ludzie i wypadkowe tego, co się stało w ich życiu. Dlatego jej powieści czyta się dobrze, próbując odgadnąć nie tylko, kto jest mordercą, ale też dlaczego. No a do tego jeszcze Gotlandia, moje jeszcze niespełnione turystyczne marzenie!


O książce Mari Jungstedt i innych czterech szwedzkich tytułach, z którymi powinniście się zapoznać, pisałam z okazji Światowego Dnia Książki.


10. Kiruna

Kiruny na północy Szwecji też nie mogło zabraknąć w zestawieniu! A to za sprawą Åsy Larsson i jej książek o Rebecce Martinsson. Kryminały umieszczone w takiej przestrzeni od razu nasuwają takie skojarzenia jak ciemność i chłód, także chłód ze strony mieszkańców. I to właśnie między innymi na tych skojarzeniach gra Larsson. Ciekawostka: w filmowej wersji "Burzy z krańców ziemi" w Rebeckę Martinsson wciela się Izabella Scorupco.




Przy okazji, jeśli chcecie dowiedzieć się, jak po szwedzku wymawia się takie imiona i nazwiska autorów, zajrzyjcie do tego wpisu. 






14 listopada 2016

Blogowanie pod jemiołą 2016

W zeszłym tygodniu Sztokholm walczył ze śnieżnym chaosem, w ten weekend park rozrywki Liseberg w Göteborgu otwiera się ze bożonarodzeniowym jarmarkiem i innymi okołoświątecznymi atrakcjami, a ostatnio Spotify zaskoczył mnie reklamą playlisty z nieśmiertelnymi hitami Wham! i Mariah Carey. Wszystko wskazuje więc na to, że choć dopiero jesteśmy w połowie listopada, mogę już śmiało zapowiedzieć kolejną edycję Blogowania pod Jemiołą. 




Coroczna akcja Blogowanie pod Jemiołą to wyjątkowy adwentowy kalendarz blogerski, w którym zamiast tradycyjnych czekoladek czy drobnych upominków każdego dnia za kolejnymi okienkami czekać będą na Was wyjątkowe artykuły związane ze świętami, adwentem lub zimą, a przede wszystkich z różnymi krajami i językami! Jest więc na co czekać! 

Zobaczcie już dziś, komu będziecie mogli złożyć wizytę pod jemiołą (i zapiszcie sobie w kalendarzu, kiedy zajrzeć na Szwecjoblog):

  Image Map


Niezależnie od tego, czy jeszcze wierzycie w Mikołaja czy nie, pewnie i tak Święta kojarzą się Wam z prezentami. Nie zabraknie ich i u nas - więcej informacji o konkursie umieścimy na grupowym blogu w ostatnim tygodniu listopada. Trzymajcie rękę na pulsie i już teraz dołączcie do nas w wydarzeniu na Facebooku.

A w oczekiwaniu na nową akcję, przypomnijcie sobie, jak w świąteczny nastrój pod jemiołą wprawiałam Was w poprzednich edycjach:



Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się już doczekać, kiedy będzie można otwierać kolejne okienka!




Image Map

29 października 2016

Komma Lika - gra w równouprawnienie

Jak tylko usłyszałam o grze Komma Lika, wiedziałam, że będę chciała przetestować na własnej skórze, czy raczej na własnym domu, jak to działa w praktyce. Trochę z czystej ciekawości i trochę dlatego, że po prostu spodobał mi się sam pomysł, który narodził się właśnie w Szwecji - kraju, który wielu osobom od razu kojarzy się przecież z pojęciem równouprawienia (jämställdhet). W zasadzie uważałam, że po roku małżeństwa nie potrzebujemy niczego wizualizować sobie żadnymi kolorowymi magnesami. Obawiałam się, czy liczenie sobie punktów na prawo i lewo nie odbierze nam radości z tego, co robimy codziennie. Ale bardzo byłam ciekawa, co z tego wyjdzie. 


O co chodzi?
Komma Lika (polska nazwa mogłaby brzmieć: "Dojść do równości") to szwedzka gra na lodówkę, stworzona w 2012 roku przez Marię Loohufvud ze studia graficznego Pasadena. Za wykonywanie codziennych prac: sprzątanie, gotowanie, naprawy zdobywa się punkty-magnesy, które układa się w wybrany wzór na lodówce. W tej grze zwycięstwem jest remis, a więc rozkładające się po równo kolory magnesów.



Szwedzi rzeczywiście bardzo często kojarzą nam się z równouprawnieniem płci. Parytety, podział urlopu rodzicielskiego, działalność rzeczników, zwalczających dyskryminację czy pozycja lidera w rankingu Global Gender Gap Report, badającego poziom równouprawnienia w sferze ekonomii, polityki, edukacji i zdrowia: o tym wszystkim się mówi, kiedy tylko w dyskusji pojawia się taki temat. To gorący temat przede wszystkim dla polityków. A w domu też wypada go poruszyć. 

Także w tej dziedzinie na przestrzeni dziesięcioleci robi się coraz bardziej "po równo". Ale wyniki badania OECD, w którym zmierzono czas, jaki kobiety i mężczyźni z różnych krajów poświęcają na codzienne domowe obowiązki, zaskoczyły w 2015 roku samych Szwedów. Szwecja uplasowała się bowiem dopiero na 11. miejscu, dość daleko za przodującymi Danią, Norwegią i Australią. Z raportu wynikało, że mężczyzna na codzienne, niepłatne prace w domu poświęca średnio 154 minuty, a kobieta 207 minut (dla Polski dane z raportu OECD z 2014 roku prezentują się następująco: mężczyzna spędza na sprzątaniu, gotowaniu i opiece nad dziećmi 157 minut dziennie, kobieta 296 minut). Także z badań szwedzkiego biura statystycznego SCB wynika, że choć kobiety i mężczyźni podobną część swojego dnia przeznaczają na pracę w ogóle, w przypadku mężczyzn większy jest udział płatnej pracy zawodowej, a u kobiet bezpłatnych prac domowych. I chyba potwierdza się wymówka, że "tak jesteśmy wychowywani": raport SCB z lat 2010/2011 pokazuje dalej, że w grupie szwedzkich nastolatków (15-19 lat) dziewczynki dwa razy więcej (pod względem czasu) angażują się w sprzątanie i gotowanie. Chłopcy w ciągu doby mają za to ewidentnie więcej wolnego czasu.

Co wobec tego daje partia gry Komma Lika? Czy warto się w to angażować, czy lepiej prychnąć i machnąć ręką? Przeczytajcie, jak nam poszło.



N:
No więc zaczęliśmy. Grzecznie, wspólnie wybraliśmy wzór, który mieliśmy układać, w widocznym miejscu wywiesiliśmy sobie punktację. Pierwszej rundy nie braliśmy chyba do końca na poważnie, choć dyskusje o grze i punktacji przewijały się ciągle. Rano prawie ścigaliśmy się do ekspresu, rywalizując, kto zgarnie pierwszy w ciągu dnia punkt za zaparzenie kawy. Mąż pod moją nieobecność gorliwie zabierał się za odkurzanie, bo to aż cztery punkty. Mopując podłogę, mnożyłam punkty za każde pomieszczenie. Negocjowaliśmy i wprowadzaliśmy zmiany w oryginalnie sugerowanej punktacji, gdy konkretna czynność była dla kogoś z nas wyjątkowo nieprzyjemna lub nielubiana. W żartach groziliśmy sobie wprowadzeniem karnych punktów ujemnych. I co? Pierwszą rundę zdecydowanie wygrał Mąż. Czyli w zasadzie przegraliśmy obydwoje. 



Do kolejnej rundy zabraliśmy się inaczej. Bardziej opłacało się robienie czegoś razem. I przyznaję, jeśli zdarzało nam się naciągać zasady, to na korzyść drugiej osoby. Wzór serduszka ułożyliśmy już jako remis. 





P:
Ciężko tak naprawdę powiedzieć, czy to gra rodzinna. Termin "gra rodzinna" kojarzy mi się głównie z Monopoly, gdzie zawsze wszyscy starali się oszukać. W Komma Lika nie ma sensu oszukiwać, bo innym wynikiem kończy się każda rozgrywka. Na początku pomyślałem: przecież ja nie potrafię przegrywać, koniecznie muszę wygrać. To wtedy dowiedziałem się, że to nie o to chodzi w tej grze. Pomyślałem od razu: to bez sensu. Po kilku rozgrywkach mogę jednak stwierdzić, że bardzo się myliłem. Pierwsza tura, w której układaliśmy dwóch biegnących ludzi, została zdominowana przez moje działania. Mój niebieski kolor opanował planszę, ale ten wynik nie przyniósł mi radości, tylko refleksję: MOJA ŻONA ROBI W DOMU STANOWCZO ZA DUŻO RZECZY. Starałem się zdobywać jak najwięcej punktów, wykonując domowe prace, o których nawet nie miałem pojęcia, że codziennie są wykonywane. Dowiedziałem się nawet, że zwykłe pościelenie łóżka (warte 1 punkt) jest czynnością, która od zawsze spoczywała na barkach mojej żony. Facetowi przecież nie przeszkadza łóżko w nieładzie, bo świetnie spełnia jednocześnie funkcje jadalni i biurka. A mojej żonie taki stan rzeczy przeszkadzał. Tak jak pozostawiane naczynia po porannym, szybkim śniadaniu przed wyjściem do pracy. O takich głupotkach się nie rozmawia, aż do czasu gdy się nagromadzą, by wybuchnąć tak jak tu: 



Ta gra pokazuje każdej stronie, że niektóre czynności wspólne w ogóle istnieją, a następnie można się nimi podzielić. Czary. 


N:
Gra na pewno nie zmieniła nas na zawsze, nie wywróciła naszego domu do góry nogami. Nie staliśmy się dzięki niej innymi ludźmi. Ale mieliśmy trochę więcej radości nawet przy porannych wyścigach do kuchni, a po zmywaniu naczyń można było poczuć się jak dzieci, nagrodzone pieczątką z ziemniaka (jestem pewna, że gra spodoba się też dzieciom i zachęci je do zaangażowania w domowe obowiązki). Okazji do dyskutowania na temat obowiązków domowych i równości, w różnych kontekstach, nie brakowało. I moim zdaniem o to w grze chodziło. Niekoniecznie o zmienianie świata. 


No i zobaczcie, do czego poza tym doszło: po raz pierwszy wpis na blog napisaliśmy razem.


Źródła:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...