01 grudnia 2019

Prezentownik Szwecjobloga

Znacie taki ślubny zwyczaj, zgodnie z którym panna młoda powinna mieć na ślubie rzeczy z czterech kategorii - coś starego i nowego oraz coś pożyczonego i coś niebieskiego? Kiedy myślałam o tym, co ze szwecjoblogowej perspektywy polecić Wam do wsunięcia pod choinkę Waszym bliskim albo o czym możecie wspomnieć w liście do Świętego Mikołaja, też pomyślałam o czterech kategoriach: coś o Szwecji, coś ze Szwecji, coś po szwedzku i... coś z konikiem dalahäst, który - jak zresztą zobaczycie - będzie się przewijał przez pozostałe propozycje. To rzeczy, które sama chciałabym dostać albo sama chętnie sprawiłabym komuś w prezencie, albo takie, które z jakiegoś powodu są dla mnie ważne.


COŚ O SZWECJI


Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród Elisabeth Åsbrink to chyba najobszerniejsza i najbardziej przekrojowa książka o Szwecji, jaka ukazała się w tym roku. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy interesują się szwedzką kulturą, historią i językiem. Ważna dla mnie, bo przeczytacie ją w moim tłumaczeniu. Więcej o tym, o czym przeczytacie w książce, i czego możecie słuchać podczas lektury, pisałam TUTAJ.


zdjęcie: Szwedzka Półka


Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą Katarzyny Tubylewicz to przewodnik-nieprzewodnik, świetna rzecz pod choinkę dla tych, którzy do stolicy Szwecji się dopiero wybierają albo dla tych, którzy do tej pory zwiedzali ją utartymi turystycznymi szlakami. Dobrze się czyta i dobrze ogląda się też zdjęcia Daniela Tubylewicza.


zdjęcie: Marchewkowa Skandynawia


Lars Berge napisał mądry reportaż o tragedii w szwedzkim zoo sprzed sześciu lat, który świetnie się czyta także w szerszej perspektywie: z myślą o stereotypowej szwedzkiej bliskości do natury, o zmianie w myśleniu o zwierzętach, jaka stopniowo dokonuje się na świecie, o losie tygrysów, które trafiły do poznańskiego zoo... Dobry wilk to książka, którą warto sprezentować tym, z którymi lubicie dyskutować o lekturach.





W dziale "coś o Szwecji" nie mogło zabraknąć mojej książki, I cóż, że o Szwecji. Myślę, że jako prezent sprawi radość czytelnikom bloga, którzy jeszcze nie mają jej na półce i tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze Szwecją.





COŚ ZE SZWECJI


Jakie marki i produkty kojarzą się Wam ze Szwecją? Meble IKEA, plecaki Kånken, a może i skarpetki Happy Socks? Firmę w 2008 roku założyli Mikael Söderlindh i Viktor Tell, którzy chcieli, by w codzienności pojawiało się więcej radosnych elementów - takich jak kolorowe skarpetki.W grochy, paski, z wzorami z owoców, hamburgerów, zwierząt... Na pewno znajdziecie model dla każdego. Happy Socks ze swoimi produktami trafili już do 90 krajów na każdym kontynencie. 



Duże firmy to jedno, dobrze też, kiedy pod choinkę może trafić rękodzieło, produkty z duszą, w które włożono kawał serca. Najlepiej jeszcze, kiedy wiadomo, kto za nimi stoi. W tej kategorii polecam Wam Feels Like North, sklep z przedmiotami insprowanymi lapońskim designem w wegańskiej wersji, prowadzony przez Agnieszkę i Konrada Boeske, których być może znacie z instagramowego profilu Kundelek na biegunieZnajdziecie tam ręcznie wykonane kubki, lampy, meble oraz biżuterię. Prosto z północy Szwecji.







COŚ PO SZWEDZKU

Szwedzki zespół Opeth swoją nową płytę In Cauda Venenum wydał w dwóch wersjach: angielskiej i szwedzkiej. Lider zespołu, Mikael Åkerfeldt, przyznaje, że to szwedzka wersja jest tą "oryginalną". To ciekawostka nie tylko dla fanów grupy, ale i dla tych, którym zdarza się narzekać, że tak wielu szwedzkich wykonawców śpiewa po angielsku, a nie w swoim ojczystym języku. 


Szwedzko-duński serial Most nad Sundem odniósł ogromny sukces na świecie - pierwszy sezon sprzedano do 160 krajów, widzowie pokochali postać Sagi Norén. Powstały też nowe wersje serialu, których akcja rozgrywa się na ternie innych państw: Stanów Zjednoczonych i Meksyku (The Bridge) oraz Wielkiej Brytanii i Francji (The Tunnel). Od kiedy serial zniknął z platformy Netflix, wielu fanów nie miało możliwości nadrobienia sezonów albo ponownego obejrzenia ulubionych odcinków. Dlatego dobrym pomysłem pod choinkę może być zestaw DVD z kilkoma sezonami serialu. Dla tych, którzy uczą się języków skandynawskich możliwość wyboru szwedzkich lub duńskich napisów może być dodatkowym atutem.







COŚ Z KONIKIEM DALAHÄST

Dalahäst to jeden z najbardziej rozpoznawalnych szwedzkich symboli i często pojawiający na pamiątkach ze Szwecji. Gadżety z konikiem na pewno ucieszą miłośników Szwecji. Czy to w postaci na przykład kubeczków, po które nie trzeba jechać do Szwecji, tylko można je znaleźć w sklepach DUKA (model HAST):



czy jako kamionkowa figurka ze świątecznej serii VINTERFEST, którą znajdziecie w sklepach IKEA:





Co z tej listy najbardziej Was zainteresowało?



Jeśli też lubicie obdarowywać bliskich książkami, zajrzyjcie jeszcze do ubiegłorocznego wpisu o książkach, które nadają się pod choinkę - prezentuję tam uniwersalne propozycje dla starszych i młodszych czytelników.

Zapraszam też do wpisu o szwedzkim Gwiazdkowym Prezencie Roku (Årets julklapp) - zobaczcie, co zostawało uznane jako prezent roku w Szwecji na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

29 października 2019

"Nie taka Szwecja lagom. 20 mitów o sąsiedzie z północy"

Czy to prawda, że w Szwecji wszyscy mają tyle samo pieniędzy i nie ma oligarchów? Że  Szwecji znikają kościoły i pojawiają się meczety? Że podatki w Szwecji są przytłaczające? Że w Szwecji wszyscy są równi i panuje tu wolność słowa? No i że w Szwecji nie ma już własnych marek, bo wszystko albo zbankrutowało, albo zostało sprzedane?

Odpowiedzi na takie i inne pytania udziela Maciej Zborowski w książce Nie taka Szwecja lagom. 20 mitów o sąsiedzie z północy, której formuła przypomina mi zbiór dwudziestu mini-wykładów. Na początku jest teza (mit), dotycząca jednego z następujących aspektów: równość, skład etniczny ludności, życie duchowe w kraju Trzech Koron, gospodarka, polityka czy historia, np. "Szwecja to istny raj dla imigrantów", "W Szwecji dominującą pozycję ma państwowy Kościół luterański", "Dla szwedzkiej młodzieży ich ojczyzna to kraina mlekiem i miodem płynąca", "Szwedzka edukacja jest na wysokim poziomie" czy "W Szwecji - podobnie jak w całej Europie - chłopi byli warstwą ciemiężoną". Potem na kilku stronach autor omawia statystyki, zbiera dane w tabele lub wylicza przykłady w punktach, pokazuje wykresy, przytacza cytaty z prasy i telewizji, artykułów naukowych, książek i stron internetowych. Na podsumowanie każdego rozdziału zapada werdykt, najczęściej odpowiadający także na pytanie, które autor zadaje we wstępie: "Czy w ogóle możliwe jest opisanie wybranych aspektów kraju w sposób zero-jedynkowy, w biało-czarnych barwach?"

Choć okładka nie taka i format nie ten, mam wrażenie, że Maciejowi Zborowskiemu udało się stworzyć książkę na podobieństwo coffee table book - książki, której nie czyta się od deski do deski, tylko którą można przeglądać i czytać wybrane fragmenty (niektóre mini-wykłady mieszczą się na pięciu stronach), oglądać zdjęcia (zajmujące czasem całą, czasem pół strony zdjęcia przede wszystkim znanych postaci czy budynków związanych z danym tematem) i przyglądać się tabelom i wykresom, rzucać okiem na zabawne grafiki (na przykład tęczowego łosia albo wikinga z piernikowymi serduszkami w miejscu oczu). A co najważniejsze - kiedy tak książka tak leży sobie na stoliku i zachęca do przeglądania, ma prowokować do rozmowy. Do tego sprawdza się znakomicie, bo porusza tematy, które z obrazem Szwecji w tle to konwersacyjne samograje: oligarchowie, meczety, podatki, biurokracja, lenistwo... Osób które mocno interesują się Szwecją, książka pewnie nie zaskoczy, ale zebrane w jednym miejscu statystyki i argumenty mogą przydać się jako oręż w dyskusji na temat szwedzkich prawd i mitów. Mnie natomiast zaskoczyły mity, z którymi sama się nigdy nie spotkałam - o Szwecji słyszę w mediach częściej jako skrajnie świeckiej niż luterańskiej, o szwedzkiej młodzieży jako pogrążonej w depresji, a szwedzkiej edukacji jako przechodzącej kryzys).

W ciągu ostatnich paru lat kilkukrotnie miałam okazję w różnych miastach  i przy przeróżnych okazjach opowiadać o micie lagom jako filozofii życia i sposobu na szczęście. Kiedy zobaczyłam okładkę Nie takiej Szwecji lagom z tęczowym łosiem, hełmem wikingów (z rogami!) i talerzem pełnym cynamonowych bułeczek, spodziewałam się książki, która dyskutowałaby z lagom zawartym w popularnych poradnikach, takich jak TEN, rozliczenia się z tym, czy Szwedom do szczęścia potrzebne są świece, tacos, recycling i robienie na drutach. Dostałam pozycję, w której autor do pojęcia lagom podszedł z innej strony, ale z wnioskami, z którymi się zgadzam - Szwecja wcale nie jest taka lagom, ale jednocześnie po prostu nie jest czarno-biała. Bo żaden kraj taki nie jest. Lagom nie jest też obraz Szwecji widzianej z zewnątrz. Ten natomiast łatwiej dałoby się przedstawić jako mający tylko dwa kolory.

Werdykt: Warto mieć w swojej biblioteczce!

Maciej Zborowski Nie taka Szwecja lagom. 20 mitów o sąsiedzie z północy
Editio
2019

21 września 2019

Jak NIE uczyć się języka szwedzkiego

Jak uczyć się języka szwedzkiego? Gdyby dało się znaleźć na to jedną, uniwersalną odpowiedź dla wszystkich, już dawno pewnie osiągnęlibyście poziom C2, co według Europejskiego Systemu Opisu Kształcenia Językowego oznaczałoby, że moglibyście "z łatwością rozumieć praktycznie wszystko, co słyszycie lub czytacie" oraz "potrafilibyście wyrażać swoje myśli bardzo płynnie, spontanicznie i precyzyjnie, subtelnie różnicując odcienie znaczeniowe nawet w bardziej złożonych wypowiedziach". Dlatego też, trochę przewrotnie, postanowiłam raczej zebrać kilka moim zdaniem najważniejszych porad, jak NIE uczyć się języka szwedzkiego (czy też innego języka). To lista bardzo subiektywna, oparta o moje doświadczenia z uczeniem się języków i nauczania języka szwedzkiego. Pisząc o "uczeniu się języka szwedzkiego" w tym poście chodzi mi o taką naukę, która ma umożliwić czynne używanie języka, porozumiewanie się w języku z innymi ludźmi (a więc porady nie będą dotyczyć pasjonatów języków, którzy za kolejne języki obce zabierają się dla samego pogłębienia swojej lingwistycznej wiedzy). Porady te kieruję do osób rozpoczynających swoją naukę albo chcących rozpocząć naukę - ci, którzy swój język raczej rozwijają, a nie uczą się go od początku, są bardziej samodzielni i wiele z tych rzeczy już wiedzą lub potrafią sami zweryfikować skuteczność i przydatność opisywanych poniżej materiałów do nauki lub sposobów uczenia się.




⛔ samemu 

Domyślam się, że niektórzy z Was już w pierwszym punkcie nie będą chcieli się ze mną zgodzić. Ale już wyjaśniam dokładniej, co mam na myśli. 

Zdaję sobie sprawę, że zaledwie dekadę temu, kiedy sama zaczynałam uczyć się szwedzkiego, rzeczywistość była trochę inna: nie korzystało się z aplikacji mobilnych takich jak Memrise czy Duolingo, nie było też influencerów, opowiadających o języku czy życiu w innym kraju. Wybór dostępnych po polsku materiałów do samodzielnej nauki też nie powalał - zaczynałam od Trolla, dwutomowego słownika i samouczka z Wiedzy Powszechnej.

Choć teraz materiałów do nauki na własną rękę jest naprawdę sporo, wiele z nich nie stanowi jednak kompletnych kursów. W mediach społecznościowych często autorzy profili skupiają się na pojedynczych słówkach czy zwrotach, ale tego, co najbardziej brakuje, to trening wymowy i materiały do słuchania (o tym jeszcze będę pisać w kolejnym punkcie). Brakuje jednak przede wszystkim i osoby, która weryfikowałaby produkowane przez Was wypowiedzi ustne i pisemne, i możliwości komunikacji z drugim człowiekiem, która jest szalenie ważna, skoro uczymy się właśnie po to, żeby się komunikować. Dla porównania: gdybyście mieli się nauczyć dobrze gotować, pewnie nie wystarczyłoby oglądanie pokazowych filmików i czytanie przepisów, ale musielibyście też sami wziąć się za mieszanie, stanie przy kuchni i smakowanie potraw. Z językiem jest podobnie. Żeby nauczyć się mówić, trzeba... mówić. 

Nie zrozumcie mnie źle. Sama przecież niejednokrotnie polecałam Wam i książki, i miejsca w internecie, gdzie możecie szkolić swój szwedzki (na przykład TUTAJ TUTAJ, i jeszcze kilka wpisów z poleceniami na pewno się pojawi). Moim zdaniem to kapitalne materiały: uzupełniające i rozwijające. Ucząc się języka bez nauczyciela po pierwsze łatwo można wyrobić sobie złe nawyki - szczególnie dotyczące wymowy - których potem niestety trudno jest się pozbyć. Nauczyciel natomiast może od razu zareagować na Wasze potknięcia i od razu sprowadzać Was na właściwą drogę. Po drugie, łatwo można też zagubić się w tej różnorodności materiałów, łatwo pozwolić sobie na skok na głęboką wodę, który raczej może zaszkodzić, bo szybko się zniechęcimy. Osoba, która będzie prowadzić Wasz kurs, powinna sprawować kontrolę także nad Waszym tokiem uczenia się. Po trzecie, wielu osobom uczenie się z kimś daje większego motywacyjnego kopa. Wszystkie te trzy punkty mogłabym zresztą skomentować: been there, done that rodem z internetowych gifów - i z perspektywy ucznia, i nauczyciela.

⛔ ze Szwedem, który z nauczaniem języka nie ma wiele wspólnego


Chcielibyśmy, żeby nasze samochody czy rury w mieszkaniu naprawiali fachowcy, umowy pisali prawnicy, ale z różnych powodów nie zawsze decydujemy się na to, by to specjaliści uczyli nas języków.

Często powtarza się, jak wartościowe jest to, żeby języka uczył nas native speaker, rodzimy użytkownik języka. Jasne! Ale byt takiego native speakera warto też odmitologizować. Opowiada o tym między innymi Jagoda Ratajczak w jednym ze swoich filmów na YouTube. Mówi na przykład, że "bycie native speakerem jakiegokolwiek języka nie jest żadnym osiągnięciem, jest czystym przypadkiem i wcale nie sprawia, że jesteśmy szczególnie kompetentni, jeśli chodzi o poprawność językową czy w ogóle o to, jak danym językiem się posługiwać" i zwraca uwagę na to, że teoretycznie za native speakera  - w przypadku polszczyzny - w równej mierze należy przecież uważać i profesora Jana Miodka, i Sebixa z osiedla. Ale pewnie tylko jednego z nich chcielibyśmy mieć za nauczyciela polskiego. 

Native speaker, któremu ufamy, to świetny partner do konwersacji, który pomoże nam zanurzyć się w języku. To osoba, która może przeczytać napisany przez nas tekst i ocenić, czy jest idiomatyczny. Która może podsunąć nam sporo ciekawych zwrotów z żywego, niepodręcznikowego języka. To naprawdę niesamowicie cenne! Być może jednak sami macie takie doświadczenie, że nie zawsze jednak będzie umieć wyjaśnić pewne zagadnienia gramatyczne inaczej niż odpowiedzią "bo tak" (tu też mogę skomentować: been there, heard that). Zresztą, czy Wy potrafilibyście tak z biegu wyjaśnić, dlaczego forma jem pomidor zamiast jem pomidora jest poprawna i dawniej była wzorcowa, a teraz jest słyszana zdecydowanie rzadziej? Albo o co chodzi z tym, że są dwa psy, ale sześć... psów? Czy też jasno wyłożyć inne zawiłości polszczyzny? Takie rzeczy potrafi pewnie native speaker przygotowany do nauczania swojego języka ojczystego jako obcego. I tu wracamy też do poprzedniego punktu: na początkowym etapie nauki ważne jest, by nauka była usystematyzowana - w tym także może pomóc nauczyciel.

⛔ bez gramatyki


Ile razy już na kursach językowych słyszałam  pytania, czy możemy się uczyć tak, żeby "nie było gramatyki"! 

Kilka lat temu na wykładzie Sary Lövestam na Targach Książki w Göteborgu (TUTAJ możecie posłuchać jej szwedzkiego wywiadu telewizyjnego o tym, jak pokochać gramatykę) usłyszałam świetną metaforę, która brzmiała mniej więcej tak: nasze wypowiedzi są jak haft krzyżykowy - widzimy tę przednią warstwę, obrazek, który przedstawia coś konkretnego. Ale ten haft ma też swoją lewą stronę, tam czasem kryje się niezła plątanina - to właśnie jest gramatyka: połączenia między różnymi częściami haftu, których nie widać na powierzchni. Wyszywając wzór na przodzie, nie unikniemy tych połączeń, tej lewej strony. Nie da się więc nauczyć języka "bez gramatyki".

Zawsze można uczyć się mnóstwa zdań czy form w całości, ale zajmowałoby to absurdalnie mnóstwo czasu i mnóstwo naszej pamięci - lepiej poznać zasady, które umożliwią nam zbudowanie nieskończonej ilości zdań, prawda?


We wpisie o TYCH MOMENTACH w nauce szwedzkiego
pokazywałam Wam jedno z moich zdjęć profilowych sprzed lat.
Ze słownikiem. Było też takie z ćwiczeniami do gramatyki.
Bo gramatyka jest ważna.
⛔ bez słuchania


O tym wspominałam już we wpisie z pięcioma poradami, o czym warto pamiętać zaczynając naukę szwedzkiego. Osłuchiwanie się od samego początku wpłynie nie tylko na słuchanie ze zrozumieniem, ale może też przydać się w trenowaniu mówienia - wybierając materiały do samodzielnego rozwijania Waszej nauki nie zapominajcie upewnić się, czy są do nich dostępne nagrania do odsłuchania! A jeśli chcecie sprawdzić, jak się wymawia słowa, na które natkniecie się poza materiałami, zajrzyjcie na Forvo

⛔ bez kontekstu

Listy słówek i fiszki są super, ale nie zapominajcie, że słownictwa najlepiej jest uczyć się w kontekście. Nie tylko dlatego, że kontekst pozwoli nam je łatwiej zapamiętać, ale dzięki temu od razu możemy nauczyć się, np. z jakimi przyimkami łączą się dane słowa i odróżnić galen i henne od galen på henne: galen - szalony, zwariowany, galen i henne - (szaleńczo) zakochany w niej, galen på henne - wściekły na nią. Albo możemy odróżnić, czy danego zwrotu można użyć w sytuacji formalnej lub nie. Mój anglista w liceum miał w zwyczaju mawiać "kontekst: twój przyjaciel" i warto starać się tę przyjaźń pielęgnować.

⛔ z piosenek

Piosenki są świetnym źródłem, na przykład do uczenia się słówek czy zwrotów, ale najbardziej skorzystacie z nich, kiedy szwedzki będziecie już znać trochę, to znaczy na tyle, by samodzielnie to źródło zweryfikować. Ucząc się języka dzięki piosenkom warto zachować ostrożność, jeśli chodzi o wymowę, bo ta w piosenkach może się różnić od tej standardowej, ze względu na np. zachowanie rytmu. Tu od razu jako przykład nasuwa mi się piosenka Sylwii Grzeszczak Małe rzeczy, która kilka lat temu doprowadzała mnie do szału sylabizowaniem: "Cie-szmy się z małych rze-czy-bo wzór na-szczę-ście-wnich zapisa-nyjest" 😉 Czasem to odbieganie od normalnej wymowy może dotyczyć akcentu. Wikipedia jako przykład transakcentacji w piosenkach podaje Dosko Stachurskyego: "U-wa-żaj" (zamiast "uważaj") i Świat się pomylił Patrycji Markowskiej: "twoja muzyka we mnie gra" (zamiast muzyka). Ja mam dla Was za to szwedzki przykład z Äppelknyckarjazz zespołu Movits! (pisałam o nich na blogu w TYM WPISIE). W refrenie pada tam takie zdanie: Nej, jag kan inte tveka nu, för om morsan kommer på mig blir det utegångsförbud. Ostatnie słowo, które możemy sobie przetłumaczyć jako szlaban, zakaz wychodzenia z domu, ze względu na rytm utworu zostało zaakcentowane jako utegångsförbud. Kto ma za sobą lekcje szwedzkiej fonetyki wie, że akcent w szwedzkich złożeniach (sammansättnigsaccent) polega na tym, że główny akcent pada na akcentowaną sylabę w pierwszym członie złożenia, a akcent poboczny na sylabę akcentowaną w ostatnim członie złożenia. A więc standardowo to słowo wymówilibyśmy jako utegångsförbud.



⛔ z Google Translatora


Choć Tłumacz Google radzi sobie coraz lepiej, wciąż jeszcze nie jest idealnym narzędziem i do korzystania z niego trzeba podchodzić krytycznie, co może być trudne dla osób, które dopiero zaczynają naukę szwedzkiego i z tego powodu trudno jest zweryfikować, czy to, co "wypluł" nam tłumacz jest w stu procentach poprawne. Często Google Tłumacz pomaga nam odkryć ogólny sens teksu, ale może wprowadzać w błąd na poziomie pojedynczych wyrazów czy ich form. Uważajcie też na to, że w tłumaczeniu między polskim a szwedzkim GT wciąż posiłkuje się językiem angielskim jako pośrednikiem.

Chciałabym pokazać Wam, co stałoby się z początkiem tego wpisu, gdybyśmy poprosili Tłumacza Google o przełożenie go na szwedzki:


Mamy tu nagle coś perwersyjnego (pervers), a na płaszczyźnie gramatycznej nieodmieniony został zaimek zwrotny w wyrażeniu hur jag inte ska lära MIG (a tak właściwie to nie chodziło o porady, jak ja nie będę się uczyć szwedzkiego, tylko jak Wy macie tego nie robić).

Sprawdźmy w drugą stronę. Tu wrzuciłam fragment z opisu pod filmem z YT z rozmową z Sarą Lövestam (poprawiłam w nim tylko nazwisko autorki). W opisie filmu jest mowa o grammatikporr, gramatycznej pornografii, ale raczej w kontekście pasji, tak jak w instagramowych hashtagach #bookporn, #foodporn itd. Tego GT nie rozpoznał, zobaczył za to "czyste pory gramatyczne", które kojarzyć się mogą raczej z książką o dbaniu o cerę niż o gramatyce 😅 



Nie wzbraniam się całkowicie przed korzystaniem z Translatora, wręcz przeciwnie, czasem podczas tłumaczenia tekstów posługuję się tym narzędziem, kiedy rozumiem znaczenie jakiegoś słowa, ale akurat w danym momencie nie mogę sobie przypomnieć, jak brzmi ono po polsku (albo czy w ogóle mamy taki odpowiednik jeden do jednego w polszczyźnie). Tak było na przykład, kiedy w tekście oryginału trafiłam na krypbarn, czyli raczkujące dzieci. Zastanawiałam się, czy też mamy na to jedno słowo, po czym Translator zaproponował mi to:


Zgadzacie się z tą listą? Uzupełnilibyście je o swoje porady, czego NIE robić? A może któreś z opisanych przeze mnie rozwiązań u Was akurat się jednak sprawdziły?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...