12 września 2016

Marstrand wakacyjnie [zdjęcia]

Moja wakacyjna przygoda dobiegła końca. Od tygodnia jestem znów w domu, na swoim, przyzwyczajam się na nowo do zapełniającego się w nieokiełznanym tempie kalendarza, przestawiam się na niewakacyjne rutyny, więcej czytam, więcej piszę, ale w zasadzie za takim rytmem i za ludźmi z nim związanym zdążyłam już zatęsknić. Dziś mam dla Was fotorelację z jednej z moich ostatnich tegorocznych wakacyjnych wycieczek.


Do Marstrand wybraliśmy się "tak po prostu", nie wczytując się specjalnie w przewodnik, który wprawdzie zabrałam ze sobą do plecaka, nie wertując wcześniej za wiele w internecie i nie nastawiając się specjalnie na konkretne zwiedzanie. Chcieliśmy po prostu ruszyć poza Göteborg, pospacerować w słońcu, nacieszyć się jeszcze pobytem na zachodnim wybrzeżu.



Marstrand to miasteczko, które liczy sobie niewiele ponad 1300 mieszkańców, ale szczyci się tym, że w sezonie staje się "stolicą jachtingu" i że na jednego mieszkańca przypada tu prawdopodobnie najwięcej łodzi na świecie. Miasteczko położone jest na wyspach, więc do centrum trzeba dostać się promem - przeprawa trwa w mgnieniu oka, a prom linowy kursuje co kilka minut.






Marstrand często przedstawia się jako miasto snobów, spędzających tu swoje wakacje w drogich willach. W Marstrand znajduje się Societetshuset, lokal, w którym w XIX wieku spędzała czas śmietanka towarzyska, a dziś organizowane są tam przyjęcia, wesela, bale czy firmowe bankiety.









Nas dużo bardziej niż wille zainteresował szlak turystyczny, ciągnący się od kąpieliska, przez wąski przesmyk Nålsögat (Ucho igielne), przez który trzeba przedostać się bokiem(!), aż po długi odcinek, kiedy wędruje się po skałach - można zachwycać się czystą wodą, grą promieni słońca na falach i wiatrem we włosach!
















  


Największą atrakcją Marstrand jest granitowa twierdza Carlsten, której historia sięga XVII wieku i która w XIX wieku uważana była za jedną z najsilniejszych w Europie. Najsłynniejszym więźniem z lochów twierdzy był niewątpliwie Lasse-Maja, złodziej nazywany czasem szwedzkim Robin Hoodem, który w swojej przestępczej działalności przebierał się za kobietę.





Bardziej niż na oglądanie monumentalnej, złowieszczo wyglądającej twierdza mieliśmy ochotę na przytulne uliczki i drewniane domy - nie zabrakło więc okazji do przyglądania się wystawionym w oknach bibelotów (planuję poświęcić im wkrótce osobny wpis) czy wypatrywania lusterek w oknach, które mieszkańcom służą do podpatrywania, co dzieje się na ulicy. A koniec wycieczki i zbliżający się koniec wakacji uczciliśmy odświętną fiką.











03 września 2016

Miesiąc Języków z brodą!

Z czym się Wam kojarzy wrzesień? Z początkiem szkoły? Początkiem jesieni? Od zeszłego roku śmiało może Wam się też kojarzyć z akcją Miesiąc Języków, rozgrywającą się na Blogach Językowych i Kulturowych.

Akcja to nasz sposób na zachęcenie do nauki i uczczenie Europejskiego Dnia Języków, obchodzonego 26 września, przypominającego o korzyściach płynących ze znajomości wielu języków. Tegoroczna edycja Miesiąca Języków poświęcona będzie... obecnemu miesiącowi. Codziennie na innym blogu o 9.00 pojawi się wpis związany z wrześniem. Mamy nadzieję, że różnorodność tematów Was zaintryguje i zainspiruje. Więcej informacji znajdziecie tutaj, a do szwecjoblogowych wpisów z zeszłorocznej edycji możecie wrócić tędy.





Niedawno spotkałam się z takim pojęciem jak "szwedzka bródka" - nigdy wcześniej nie słyszałam takiego określenia na zarost, więc poprosiłam o wyjaśnienia. Dowiedziałam się, że szwedzka bródka to stylizacja zarostu na Zygmunta III Wazę: bródka hiszpańska (a więc kolejna "narodowość" wchodzi w grę!) i podkręcone do góry wąsy. Temat nieźle mnie wciągnął - może nie tyle same modne zarosty jako takie, co całe to nazewnictwo. I wiecie co? Okazuje się, że takie językowe spojrzenie na zarost idealnie pasuje na wrzesień jako nasz Miesiąc Języków - dziś, w pierwszą sobotę września, obchodzony jest Światowy Dzień Brody (po szwedzku: Internationella skäggdagen)! 

Już kiedyś na blogu pisałam Wam o pewnym idiomie z brodą, mianowicie tvist om påvens skägg, czyli dosłownie "spór o brodę papieża", a w rzeczywistości spór o drobnostki, w którym i tak ciężko dowieść racji. Brodatych zwrotów jest więcej:

* mumla i skägget
 znaczy dosłownie "mamrotać w brodę" czyli mruczeć coś pod nosem (generalnie, pod względem twarzowej topografii, to by się nawet zgadzało, prawda?)

* tala ur skägget, czyli dosłownie "mówić z brody" to mówić wprost, bez ogródek, nie owijając w bawełnę (czy może raczej nie owijając w brodę)

* med skägget i brevlådan czyli "z brodą w skrzynce na listy" można się znaleźć, kiedy przydarzy się nam jakaś niewygodna, kłopotliwa sytuacja.


źródło


Szwedzkie słowo na brodę, skäggjest poza tym świetne do ćwiczenia sobie głoski "ɧ" - tej, która pojawia się też w cyfrze siedem (sju), pielęgniarce (sjuksköterska) czy w jeziorze (sjö), sami zresztą posłuchajcie: 

"ɧ" dobrze ćwiczy się też na takim rodzaju brody jak skepparkrans, "wieniec szyperów", takim wieńcu okalającym całą twarz, który może wyobrażacie sobie, kiedy myślicie o marynarzach z dawnych zdjęć.

Jakie jeszcze można wyhodować rodzaje zarostu, a raczej jak można nazwać to, co wyhodowali sobie panowie? Zrobiłam odpowiedni research i mam dla was kilka przykładów:


helskägg  - pełna broda,
* spadskägg - broda-łopata, 
* fransk gaffel - francuski widelec / francuskie widły,
* pipskägg - szpicbródka,
* bockskägg / getskägg - kozia bródka,
skäggstubb - kilkudniowy zarost,
* polisonger - baki,
* mustasch - wąsy,
* moppemusch - "dziewiczy wąs" (slang).

A na koniec, z okazji Światowego Dnia Brody w formie ilustracji do dzisiejszego wpisu i inspiracji do nauki słówek, wrzucam zdjęcia kilku znanych Szwedów, z zarostem i bez ;)


Joel Kinnaman

Måns Zelmerlöw

Alexander Skarsgård


Książę Carl Philip


Zajrzyjcie jeszcze do wczorajszego wpisu na Japonia-info.pl i nie zapomnijcie sprawdzić, co jutro pojawi się na Kirgiski.pl! Szczegółowy rozkład jazdy na kolejne wrześniowe dni Miesiąca Języków dostępny jest też na tej stronie.


Źródła:


26 sierpnia 2016

Po sąsiedzku: Oslo [zdjęcia]

Na Szwecjoblogu pojawił się już "sąsiedzki" wpis o Kopenhadze i Helsinkach, przyszła też pora na kolejną północną stolicę: Oslo. Na wycieczkę do Norwegii wybrałyśmy się z przyjaciółką bez większych oczekiwań i tym razem bez parcia na zaliczanie jak największej liczby atrakcji turystycznych.



O ile Sztokholm po jednodniowym spacerze zapamiętałam jako trochę snobistyczny, Kopenhagę jako bardzo hipsterską, Helsiniki jako nieco senne, tak do Oslo trudno mi przyporządkować jakiś przymiotnik. Norweska stolica przede wszystkim nie stwarzała od razu wrażenia największego miasta kraju - ten nastrój pojawiał się dopiero w miejscach, w których roiło się od zwiedzających. Nie znaczy to, że miasto jest nudne, ale jak dla mnie, Oslo mogłaby śmiało być miastem dla trzydniowych turystów: jeden dzień na beztroskie spacerowanie (patrz: my), drugi na zwiedzanie muzeów i innych atrakcji (Munch! Ibsen! Łodzie wikingów! Skocznia Holmenkollen! Statek polarny Fram! Centrum Pokojowe Nobla!) i trzeci na wycieczkę na wyspy. Kolejność dowolna. Numery 2 i 3 to dla mnie powód, żeby jeszcze kiedyś tu zajrzeć. A póki co, zabieram Was na spacer!


Katedra w Oslo - to tu odbywały się śluby rodziny królewskiej


Trolle - obowiązkowy motyw większości pamiątek z Norwegii


Karl Johans gate, główna ulica Oslo


Dziewiętnastowieczny budynek norweskiego parlamentu (Stortinget)




Teatr Narodowy


Ratusz, którego wnętrza nas absolutnie zachwyciły




To tu, w budynku ratusza, wręczana jest pokojowa nagroda Nobla




Portrety królewskie w ratuszowej sali bankietowej 


Widok na Oslofjorden


Budynek uniwersytetu


Pałac Królewski




wartownik Gwardii Królewskiej




Kiedy sprawdzałam, czy dobrze zapamiętałam poszczególne nazwy poszczególnych etapów naszego spaceru, doczytałam na Wikipedii, że:

XIX wieku, w czasie gdy Norwegia związana była z unią ze Szwecją, powstało w Christianii wiele budynków użyteczności publicznej. Cztery z nich — w tym budynki uniwersyteckie – umiejscowione są na planie krzyża na dwóch osiach. Naprzeciwko siebie na dłuższej osi leżą budynek Pałacu Królewskiego (Det kongelige slottet) i Paralmentu (Stortinget), zaś na krótszej — kompleks uniwersytecki naprzeciwko Teatru Narodowego (Nationaltheateret). W ten sposób tworzą się dwie opozycje: władza królewska — władza ustawodawcza oraz nauka — kultura.
Nie wiem, na ile taka interpretacja umiejscowienia budynków jest wiarygodna, ale bardzo mi się podoba!







W oddali - skocznia


Oczywiście dotarłyśmy też do Parku Vigelanda, będącego częścią Frognerparken. Dlaczego piszę o oczywistości? Bo to miejsce co roku przyciąga ponad milion turystów! Jedni się nim zachwycają, innym wydaje się kontrowersyjne. Mnie: niesamowicie fascynujące. Wszystko przez dzieła artysty Gustava Vigelanda (i jego pracowników): znajduje się tu ponad dwieście rzeźb, przedstawiających łącznie ponad 600 postaci, niektóre w naprawdę dziwacznych pozach i trudnych do zinterpretowania scenach. My dopatrywałyśmy się w nich metafor życiowego cyklu, choć miałyśmy wrażenie, że ktoś tu chyba z tego całego tego cyklu nie za bardzo przepadał za dzieciństwem...















W Oslo koniecznie trzeba też zobaczyć bardzo ciekawy architektonicznie gmach opery i koniecznie, jak setki innych turystów, przespacerować się po jej dachu. Z góry warto przyjrzeć się budynkom kompleksu biurowego Barcode (nazwa wzięła się podobno stąd, że biało-czarne fasady przypominają kod kreskowy).











Wnętrze opery

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...