04 lipca 2020

20. Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie

Jak spędzałam ubiegłoroczne wakacje w lipcu? Nad Bałtykiem. Najpierw morze, piasek, ryba na obiad i gofry na deser, czytanie książek na plaży, a wieczorami oglądanie skandynawskich filmów. Taki wspaniały układ jest możliwy dzięki temu, że od wielu już lat w Darłowie organizowany jest letni Festiwal Filmów Skandynawskich






Tegoroczna edycja, która odbędzie się w dniach 16-19 lipca 2020 r., będzie wyjątkowa - przede wszystkim dlatego, że to odsłona jubileuszowa, dwudziesta, ale i dlatego, że odbywać się będzie w czasach pandemii i reżimie sanitarnym.

Tegoroczna myśl przyświecająca Festiwalowi związana jest z człowiekiem i jego naturą, ale także z ogólnoświatową sytuacją, którą na wszystkich wymusiła pandemia: nie chodzi jedynie o izolację czy dystans społeczny, ale przede wszystkim o zatrzymanie człowieka się w nieustanym pędzie i o przemianę, jakiej doznajemy jako ludzie i jakiej doznała natura. Seansom filmowym w kinie Bajka towarzyszyć będzie wystawa fotografii Piotra Topperzera: portretów ludzi i zdjęć z kolekcji Secret Life of plants. Honorowy patronat nad 20. FFS objęły Ambasady Królestwa Danii, Szwecji i Norwegii. Szwecjoblog po raz kolejny z dumą i radością dołączył do grona patronów medialnych tego wydarzenia.



Projekcje odbędą się przede wszystkim w darłowskim kinie Bajka (ul. Morska 56). Łącznie wyświetlonych zostanie 12 tytułów, w tym 6 dla dzieci i młodzieży. Warto zaznaczyć, że wstęp na festiwalowe seanse jest wolny. Pełen harmonogram seansów znajdziecie na facebookowym fanpage'u Festiwalu Filmów Skandynawskich (udostępniam post z informacjami pod koniec tego wpisu), a ja chciałabym zaprezentować Wam kilka punktów programu (nie tylko szwedzkich), których moim zdaniem nie można przegapić.


Dzieci z Bullerbyn (Alla vi barn i Bullerbyn), reż. Lasse Hallström


Nostalgicznie. Tego szwedzkiego filmu nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Bullerbyn dość często wraca na ekran darłowskiego kina Bajka i chyba nigdy się nie znudzi. 


Valhalla, reż. Fenar Ahmad


Przygodowo. Duński, nieco mroczny film fantasy dla młodszych widzów, nakręcony w oparciu o komiks Petera Madsena. Jak domyślacie się po tytule: będą wikingowie i mity nordyckie.



Daleko od Reykjavíku (Héraðið), reż. Grímur Hákonarson



Przedpremierowo. Islandzki komediodramat twórcy świetnie przyjętego filmu Barany. Islandzka opowieść, opowiada o buncie przeciwko niewielkiej, wiejskiej wspólnocie. W tle: piękne islandzkie krajobrazy.


Sugar Man (Searching for Sugar Man), reż. Malik Bendjelloul

Oscarowo. Nagrodzona przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej oraz obsypana szwedzkimi Złotymi Żukami historia Sixta Rodrigueza - muzyka ,któremu przepowiadano ogromną karierę, ale który nagle zapadł się pod ziemię. Będzie to projekcja plenerowa - film zostanie wyświetlony w ogrodzie w SKŁO 44, przy siedzibie Darłowskiego Ośrodka Kultury przy ul. Skłodowskiej 44.



Królowa Kier (Dronningen) / reż. May el-Toukhy


Prowokacyjnie i namiętnie. Wciągająca i budząca kontrowersje opowieść o kobiecie, która uwodzi swojego nastoletniego pasierba. Stawia między innymi pytanie o to, kiedy namiętność zamienia się w wykorzystywanie. Seans dla widzów dorosłych.


Kartoteka 64 (Journal 64), reż. Christoffer Boe


Z dreszczykiem. Ekranizacja powieści Jussiego Adlera-Olsena. Tym razem detektywi z Departamentu Q zajmą się sprawą tajemniczego ośrodka, w którym na przetrzymywanych kobietach testowano zbrodnicze praktyki medyczne.  

Z pełnym programem zapoznacie się w poście:


A jeśli w tym roku nie uda się Wam dotrzeć do Darłowa, polecam odwiedzić kino Bajka wirtualnie, na platformie MOJEeKINO.pl. W tej chwili w repertuarze znajdziecie m.in. islandzki Biały, biały dzień, który zostanie wyświetlony podczas tegorocznego festiwalu, a także garść tytułów z ubiegłorocznej edycji: norweski film Utoya, 22 lipca (na mnie zrobił ogromne wrażenie), szwedzką Granicę (pisałam o niej tutaj) i dokument Bergman. Rok z życia, a dla młodszych widzów Biuro detektywistyczne Lassego i Mai.

27 czerwca 2020

Stig Dagerman "Poparzone dziecko"

Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego, ta dawna, niewątpliwie odegrała ogromną rolę w przybliżaniu i promowaniu kultury oraz literatury krajów nordyckich w Polsce. Do tej tradycji wraca odświeżona, nowa Seria Skandynawska, w której ukazują się współczesne głośne tytuły i nagradzani autorzy w doskonałych przekładach. Jako skandynawistkę cieszy mnie również, że Seria wraca też do klasyki. Do tej pory ukazało się wznowienie Pożegnania z Afryką Karen Blixen - z przedmową dr Joanny Cymbrykiewicz, a teraz po raz pierwszy po polsku przeczytać będzie można powieść Poparzone dziecko Stiga Dagermana - z przedmową, którą do wznowienia w Szwecji napisał Per Olov Enquist. Cieszę się więc, że książkę Dagermana mogę postawić na półce obok nowości w Serii Skandynawskiej (ze wspaniałymi okładkami zaprojektowanymi przez Ulę Pągowską), a jednocześnie, że doskonale pasuje też do starszych książek dawnej "serii ze statkiem" (co trochę symbolicznie chciałam pokazać na zdjęciu).



Niepokojący tytuł Poparzone dziecko (szw. Bränt barn) nawiązuje do szwedzkiego powiedzenia Bränt barn skyr elden, które dosłownie oznacza "Poparzone dziecko unika ognia" i możemy je kojarzyć z polskim "Kto się raz sparzył, ten na zimne dmucha". Motto książki brzmi:


To nieprawda, że poparzone dziecko unika ognia. 
Ciągnie je do płomienia jak ćmę do światła. 
Wie, że jeśli się zbliży, znów się poparzy. Mimo to podchodzi bliżej.

Stig Dagerman napisał Poparzone dziecko w 1948 roku. Powieść wprowadza czytelnika w duszną atmosferę rodziny, w której młody Bengt po śmierci ukochanej matki dowiaduje się, że ojciec miał kochankę. Chłopak dochodzi do wniosku, że może polegać tylko na sobie, że tylko on sam siebie nie może zdradzić, staje się podejrzliwy wobec wszystkiego i wszystkich. Ostatecznie jego uczucia przybierają inną postać: sam wikła się w romans z kochanką ojca. Dopiero to daje mu odpocząć - od żałoby po matce, od nienawiści do ojca, od dręczących go snów. 

Bengtem targają wielkie, skrajne uczucia. Rozpaczliwa żałoba po matce i płomienna, gwałtowna miłość. Zazdrość i poczucie zdrady. Wściekłość i wstyd. Uczucia z jednej strony napędzają go do działania, a z drugiej działają destrukcyjne na niego samego i jego relacje z otoczeniem. Jest w tym wszystkim zagubiony i rozdarty, podważa zaufanie wobec bliskich mu ludzi i wobec siebie samego. Choć romans ojca budzi jego obrzydzenie, nienawiść i chęć zemsty, Bengt nie jest w stanie oprzeć się pożądaniu, które obudziła w nim Gun. W tym wszystkim nie do końca jasny wydaje się jego związek z Berit, dziewczyną pełną lęków i wstydu, której nie docenia, często traktuje ją źle, wręcz rani. To miotanie głównego bohatera często podszyte jest strachem. Pojęcie niepokoju często zresztą towarzyszy prozie szwedzkich autorów lat 40.


Bo prawdziwym strachem jest nie móc ufać własnym myślom, kiedy są same. Prawdziwy strach to wiedzieć, że własne myśli kłamią, choć sam człowiek jest prawdziwy.

Książka po wydaniu w Szwecji podzieliła krytyków na dwa obozy: jedni się nią zachwycali, drudzy nie zostawili na niej suchej nitki. Niektórzy zarzucali Dagermanowi, że w książce jest zbyt dużo „Edypa, psychoanalizy i Freuda” (to cytat z przedmowy P.O. Enquista). Inni zachwycali się stylem, konstrukcją powieści, głębokością i ostrością analiz bohaterów. Żadna inna książka Dagermana nie wzbudziła takich reakcji i nie została przetłumaczona na tyle języków - została wydana w kilkunastu krajach, zarówno tuż po wydaniu w Szwecji, jak i w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Podczas lektury łatwo zresztą zapomnieć, że została napisana prawie 70 lat temu. Trudno ją odłożyć, nawet miotanie się bohaterów i ich działania wydają się wręcz bolesne. 

Styl i język Dagermana są bardzo charakterystyczne. Opisy wydają się "filmowe", przypominają mi najazd i odjazd kamery, zmiany planu. Obrazy zwykłych, codziennych czynności składają się na pretekst do ogólnych refleksji nad życiem i uczuciami, rozpoczynających się słowem "bowiem", "albowiem", "bo". 

Jeśli się pragnie, by ktoś cię kochał, nie powinno się go prosić o sprawdzenie, czy "rzeczywiście" tak jest. Bo kiedy przychodzi co do czego, bardzo niewiele robimy "rzeczywiście". Gdyby sprawdzić bardzo głęboko, zauważymy, że ciężarek nigdy nie sięga dna. Wtedy człowiek zaczyna się bać własnej głębi. Ale prawdziwie zaczyna się bać dopiero, gdy zrozumie, że inną nazwą głębi jest pustka.


Proza Dagermana jest przede wszystkim bardzo rytmiczna, krytycy często zwracają uwagę na staccato zdań, a polski czytelnik pewnie zareaguje na liczne powtórzenia i równoległe konstrukcje. Ta surowość i powtarzalność w pewnym momencie mogą wręcz wydawać się "niewygodne", ale też w powieści ze strony na stronę robi się coraz bardziej gęsto, "duszno" od targających Bengtem emocji, "niewygodne" stają się też układy i relacje  między bohaterami. To właśnie Agneta Pleijel na czwartej stronie okładki nazywa "nerwową, zdesperowaną prozą". 



Warto ją czytać, aż prosi się, by robić to na głos.



Stig Dagerman Poparzone dziecko (Bränt barn)
przeł. Justyna Czechowska
Wydawnictwo Poznańskie
2020

11 czerwca 2020

Pocztówkowe miejsca w Szwecji

Kiedy będziecie w sieci wyszukiwać grafiki związane z hasłem "Szwecja", zobaczycie pewnie kilka widoków Sztokholmu, a poza tym najprawdopodobniej oglądać będziecie czerwone domki. I to niezależnie od tego, czy grafiki pochodzą ze stron poświęconych turystyce, czy prezentujących najnowsze doniesienia dotyczące gospodarki. Choć Szwecja to oczywiście dużo więcej niż te czerwone domki, to właśnie one nieodłącznie się nam ze Szwecją kojarzą i wciąż mam do takich scenerii ogromny sentyment. To właśnie taki motyw znajdziemy i na pocztówkach z tego kraju, i w podręcznikach do nauki języka szwedzkiego, a nawet w kolorowych magazynach - napatrzyłam się na takie krajobrazy zanim w ogóle wyruszyłam na pierwszą wycieczkę i za każdym razem, kiedy udało mi się odnaleźć miejsce, w którym zostały zrobione zdjęcia, które pamiętałam z pocztówek, podręczników czy stockowych galerii, jakoś szybciej zaczynało mi bić serce. 

W dzisiejszym wpisie pokażę Wam właśnie takie miejsca. Można tam po prostu cieszyć się widokami albo robić zdjęcia, które potem śmiało możecie podsyłać znajomym z podpisem Hälsningar från Sverige / Greetings from Sweden.

(uwaga, ten post zawiera duże ilości kolorowych domków, przeglądasz na własną odpowiedzialność! 😉)

1. Smögen



Smögen to jedno z najbardziej urokliwych miejsc, jakie odwiedziłam. Bardzo kojarzy mi się z latem, wakacjami i przyjemnym odkrywaniem zachodniego wybrzeża, a kolorowe magazyny i domki rybackie oraz długa drewniana promenada Smögenbryggan pewnie nie raz mignęła Wam w sieci. Warto się tam wybrać i poczuć ten klimat!

2. Lysekil 




Lysekil to miasto położone nad Gullmarsfjorden, jedynym szwedzkim fiordem z prawdziwego zdarzenia. Można się tu wybrać na focze safari (polowania oznacza tu  tylko i wyłącznie czyhanie z aparatem fotograficznym) oraz odwiedzić rezerwat Stångehuvud: a tam nie do przegapienia jest niewielki, biały budyneczek na skałach, który dawniej pełnił funkcję latarni morskiej.

3. Szkiery










Archipelag szkierowy, göteborski czy sztokholmski, to moim zdaniem niesłusznie niedoceniany przez turystów cel wycieczek. Warto poświęcić choć jeden dzień, by wypuścić się na wyspy, poczuć ich wyjątkową atmosferę, przespacerować się wąskimi uliczkami (po których zamiast samochodów jeżdżą tylko rowery, motorowery, meleksy, czy jak na Köpstadsö - jedynie taczki) odpocząć na skałach nad niezwykle czystą wodą, popatrzeć na eleganckie wille i niewielkie domki, czasem wyrastające prosto ze skał.

5. Gdziekolwiek, byle z konikiem

Dalahäst, konik z Dalarna, to jedna z najpopularniejszych i najbardziej kojarzących się ze Szwecją pamiątek. Jeśli macie ochotę na "pocztówkowe" zdjęcia ze Szwecji, wypatrujcie koników!




Jakie "pocztówkowe" miejsca w Szwecji odwiedziliście i do których miejsc z mojej listy chcielibyście się wybrać?

13 maja 2020

Poćwicz szwedzki - z memami internetowymi

Na Szwecjoblogu nie raz pisałam o internetowych memach. Pokazywałam Wam te obrazki, by przyjrzeć się, jakie stereotypy o Szwedach i Szwecji możemy z nich wyczytać (KLIK!) albo kiedy opowiadałam o specyfice göteborskiego humoru (KLIK!)

Dziś też zobaczycie tu wiele śmiesznych obrazków, ale tym razem w nieco innym celu - tym razem chodzi o ćwiczenie języka. Poniżej zamieszczam zadanie domowe, jakie nadesłali moi studenci (dziękuję! ❤️). Na memach ćwiczyliśmy konstrukcje utropssatser - zdania wykrzyknikowe. Sprawdzanie tych prac dostarczyło mi sporo uśmiechu, tym bardziej, że stworzone obrazki często okazywały się komentarzem do studenckich doświadczeń, rzeczywistości w czasie pandemii, nawiązywały też do uczenia się języka szwedzkiego czy Szwecji w ogóle. Zobaczcie sami (wiem, że nikt nie lubi, jak tłumaczy się mu żarty, ale tu pozwolę sobie na mniej lub bardziej swobodne tłumaczenie, żeby uśmiechnąć mogli się i ci, którzy nie znają języka szwedzkiego):

Znów nowe zadanie? 
Ależ na to czekałem

Ten moment, kiedy otwieram skrzynkę odbiorczą z nowymi zadaniami
Świetnie, oczywiście, że dam radę

Kolega z klasy: Ale trudna była ta druga strona testu!
Ja: Ta druga strona?!


Jag känner sig...
Że też nie potrafisz odmieniać zaimków!
[poprawną formą jest: Jag känner mig]


To jest Bosse.
Bosse wie, że błędem jest powiedzieć: "Att du fryser inte".
Bosse mówi: "Att du inte fryser".
Bosse jest mądry.
Bądź jak Bosse.
[komentarz dotyczy szyku szwedzkiego zdania podrzędnego]

Kiedy muszę wybrać między sin a hans ["swój" i "jego"]
Jakie to banalne!


Kiedy słówka są do siebie podobne po szwedzku i po angielsku
Co za wspaniały zbieg okoliczności!


Kwarantanna? Czas na rozwój osobisty?
Jak wygodna jest moja kanapa!


Kiedy stoję w kolejce przed Lidlem
Ależ mamy przyjemne stulecie!


Kiedy ktoś mówi, że nie można cały czas tworzyć nowych kont, żeby dostawać darmowy okres próbny:
Tak bardzo jesteś w błędzie!


To ja, kiedy sprawdzam konto po wyjeździe do Szwecji:
Jaka byłam głupia, mogłam wziąć jedzenie z Polski

Uczta z kiszonymi śledziami?
Że też nas nie zaprosili!

Ależ wy narzekacie!
Mówiłem, że będą niezłe wybuchy!

22 kwietnia 2020

Mam więcej czułości dla Szwecji niedoskonałej - rozmowa z Wiktorią Michałkiewicz, autorką książki "Kraj nie dla wszystkich"

Wiktoria Michałkiewicz w książce Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie bada, dlaczego w Szwecji, kraju uważanym za oazę szczęścia, rośnie poparcie dla nacjonalistycznych idei. Rozmawia ze współczesnymi szwedzkimi narodowcami i przywołuje duchy przeszłości, pytając, dlaczego w holu największego instytutu badawczego w kraju, Karolinska Institutet, nadal znajduje się popiersie pioniera teorii czystości rasy lub jak to się stało, że zaledwie trzy lata po II wojnie światowej mieszkańcy Jönköping postanowili wypędzić z miasta tattare – ludzi wędrownych. Odpowiedzi szukajcie w książce. Ja natomiast zadałam Wiktorii inne pytania. O emocje, jakie budzą temat szwedzkiego nacjonalizmu, antyimigrancka i antyfeministyczna partia Szwedzkich Demokratów i pojęcie "szwedzkości". O to, jak przeszłość i teraźniejszość mogą się rymować. I o to, jak pracowało się jej nad książką i jak praca nad tematem zmieniła jej postrzeganie Szwecji.


Naszą rozmowę zacznę tak właściwie trochę od końca, bo chciałabym nawiązać do zakończenia Twojej książki. W epilogu piszesz: „Kiedy przy jakiejś okazji mówię, że zajmuję się szwedzkim nacjonalizmem, spotykam się z całą gamą reakcji – od szoku i oburzenia do autentycznej ciekawości. Moi szwedzcy znajomi często robią wielkie oczy, załamują ręce albo czerwienią się ze wstydu po same uszy. […] Niezależnie od pierwszej reakcji, zwykle nie zmieniamy tematu przez kilka kolejnych godzin.” Czy szwedzki nacjonalizm to w ogóle temat, który Szwedzi sami często poruszają?

Czasami dostaję pytanie, czy rozmawiałam o nacjonalizmie ze „zwykłymi” Szwedami – albo komentarz, że tego w książce zabrakło. Więc myślę, że należałoby się zastanowić nad tym, kogo mamy na myśli, mówiąc o Szwedach. Szwedzcy Demokraci, o których piszę w książce, to przecież też... Szwedzi! Są nawet we własnym mniemaniu tak szwedzcy, że bardziej chyba już się nie da, choć często prezentowani są jako zupełnie inna kategoria, nieprzystająca do „Szwedów”. To już mówi nam coś, jakie wyobrażenia i stereotypy istnieją na temat „Szwedów” właśnie, jak silne są skojarzenia z tożsamością narodową i jak również osoby nie mające nic wspólnego z nacjonalizmem posługują się tą kategorią, często nieświadomie. Wydaje mi się, że często wyobrażamy sobie „Szweda” jako mieszkańca Sztokholmu, przedstawiciela klasy średniej, który nosi markowe ubrania, a to przecież nie tak. Wystarczy wyjechać na szwedzką prowincję, pochodzić po malutkich miasteczkach, porozmawiać z mieszkańcami, tam Szwecja będzie już zupełnie inna.

Pracując nad książką, spotykałam się z bardzo różnymi osobami, mającymi różny światopogląd, odmienne historie. Byli to rozmówcy wywodzący się z tradycji socjaldemokratycznej, widzący Szwecję jako kraj otwarty, który powinien kontynuować tę tradycję otwartości i tolerancji. To właśnie ich reakcją  na podejmowanie przeze mnie tematu nacjonalizmu w Szwecji bywała troska o to, żebym nie myślała, że tak wygląda cała Szwecja, że to pewien margines, co z kolei w pewien sposób potwierdza stereotypy na temat nacjonalistów. Te grupy zwykle nie komunikują się ze sobą bezpośrednio, byłam trochę takim łącznikiem pomiędzy nimi. Niektórzy pytali też, czy się nie boję. Nie, nie bałam się, bo szwedzcy nacjonaliści to w większości właśnie „zwykli” Szwedzi.

Ale wracając do pytania: w Szwecji w ogóle bardzo mało rozmawia się o polityce, o swoich poglądach. To kwestia bardzo osobista, o tym się raczej nie dyskutuje. To, na kogo się głosuje, to dla wielu wręcz intymna kwestia. Każdy ma prawo mieć swoje poglądy i to nie jest sprawa drugiej osoby, jakie to poglądy są. Wydaje mi się jednak, i w zasadzie to pozytywne zjawisko, że od 2010 roku, kiedy Szwedzcy Demokraci przekroczyli próg wyborczy, Szwedzi zaczęli więcej dyskutować, więcej mówić o tym, co im się podoba, a co nie. Kiedy opowiadam o tym, jakim zjawiskiem się zajmuję, okazuje się, że każdy ma jakąś opinię na ten temat, że wielu osób on dotyczy, w taki czy inny sposób. Dużo jest też wyobrażeń na temat ludzi, którzy popierają partie nacjonalistyczne w ich obecnym kształcie. Ten temat budzi dużo emocji, bo to także emocje związane z tym, jak społeczeństwo się zmienia i w jakim kierunku zmierza. W takich rozmowach wychodził też często lęk przed pewnymi zjawiskami. To ciekawe, że temat mojego reportażu okazywał się tak otwierający.

Temat szwedzkiego nacjonalizmu w Twojej książce to jednak nie tylko współczesna sytuacja polityczna, ale i spora część historii. Nie masz wrażenia, że w Polsce lubimy przyglądać się naszej historii, wspominać czy może nawet wypominać pewne wydarzenia, podczas gdy Szwedzi od „grzebania” we własnej historii bardziej wolą spoglądnie w przyszłość?

To, że Szwedzi wolą spoglądać do przodu, też wynika z ich historii. Mówi o tym wprost jeden z moich rozmówców. Zapytałam go, dlaczego tak mało mówi się o tradycjach sprzed początku XX wieku, sprzed ruchu robotniczego. Odpowiedział, że kiedy socjaldemokracja przejęła władzę, ich celem było, by nie patrzeć wstecz. To był ruch progresywny. Trzeba było zapomnieć o biedzie, o masowej emigracji, o tym, dlaczego ludzie uciekali ze Szwecji, o trudnych warunkach mieszkaniowych. Wizja była postępowa. Szwedzi są rzeczywiście progresywnym narodem, to stąd bierze się ich elastyczność, stawianie na innowacyjność, tak została ukształtowana ich tradycja. Ten właśnie proces, tę historyczną przyczynę, chciałam pokazać w pierwszej części książki.

Wiemy już o reakcjach Szwedów na temat, jaki podejmujesz. A jak wyglądają reakcje Polaków? Obraz Szwecji w Polsce jest przecież bardzo podzielony, ambiwalentny. Z jednej strony to obraz Szwecji bullerbyńskiej, sielskiej, cynamonowej. Z drugiej – Szwecji niebezpiecznej, przejętej przez imigrantów. Jak myślisz, jak poruszany przez Ciebie temat szwedzkiego nacjonalizmu może na te obrazy wpłynąć? Może docierają do Ciebie już takie komentarze od czytelników?

Moim celem nie było pokazywanie obrazu Szwecji jako takiego. Dla mnie interesujące są procesy. Moją motywacją było zrozumienie korzeni zjawiska, które teraz się ujawnia i istnieje. Zrozumienie, jak pewna idea stała się ideą masową. To na tym wątku, na tej jednej linii się skupiłam. Dlatego nie piszę na przykład o bardziej ekstremistycznych partiach czy o przestępczości zorganizowanej w Szwecji. 

Obraz Szwecji, jak i każdego innego kraju, w dużej mierze zależy od tego, gdzie mamy naszą soczewkę. I zdarza się, że do potwierdzenia tego obrazu wybiera się incydenty popierające z góry przyjęty argument, a te incydenty urastają do rangi absolutnych twierdzeń. Dlatego też obraz Szwecji w różnych środowiskach może się tak różnić.

W książce nie chciałam mieszać porządków, procesów, które być może na siebie nachodzą, ale znajdują na obrzeżach innych zjawisk, działają tam inne mechanizmy, należałoby je analizować w inny sposób. Jesteśmy przyzwyczajeni, że chcemy, czy często nawet żądamy prostych odpowiedzi, prostych wniosków i jednoznacznych obrazów. Wydaje mi się, że to może być wręcz szkodliwe. Podjęty przeze mnie temat rozwoju szwedzkiego nacjonalizmu jest złożony, powinno się o tym dyskutować, sprawdzać, podawać rzeczy w wątpliwość. To właśnie jest kluczem, by uzyskać zniuansowany obraz rzeczywistości.

Mówisz o procesach i zjawiskach, które na siebie nachodzą. Swoją książkę podzieliłaś na dwie części, tę opowiadającą o historii i tę o współczesności. Te części, te linie, się spotykają. Są momenty, które się na siebie wręcz nakładają, chciałoby wręcz się powiedzieć, że się ze sobą rymują. Na przykład rozdziały 10 przykazań Hermana Lundborga, dyrektora Instytutu Biologii Rasy, i 10 przykazań Jimmiego Åkessona, przewodniczącego Szwedzkich Demokratów. Skąd w książce te rymy?

Rozdziały rzeczywiście ze sobą „rozmawiają”, cieszę się, że widać te paralele. To właśnie wynik mojego skupienia się na procesach. Bliskie jest mi myślenie naukowe. Jestem kulturoznawczynią, socjolożką, filolożką, antropolożką – więc, siłą rzeczy, jestem „wytrenowana” w pewnym sposobie myślenia. Kiedy zaczęłam zajmować się tematem szwedzkiego nacjonalizmu, zainteresowało mnie to, że pewne procesy powracają i jak wyglądają w dłuższej perspektywie czasowej, w braudelowskim „długim trwaniu”. Pojedyncze incydenty składają się w jakąś całość, dlatego część historyczna po prostu musiała w książce wybrzmieć. Mówiąc o współczesnym szwedzkim nacjonalizmie powinniśmy rozumieć, skąd się bierze. Dlaczego na przykład koncepcje wcześniej stworzone przez socjaldemokratów mogą być promowane przez zupełnie inną partię? Jak to możliwe, że dziś się tego nie odróżnia? 

To ciekawe, że wydaje się nam, że jakaś idea predestynuje pewien system. Ale ta granica tak naprawdę jest bardzo cienka, trzeba cały czas być bardzo uważnym. Szwedzka socjaldemokracja, politycy, który stworzyli tak zwany dom ludu, byli uważni, sprawdzali, jak ich wartości wprowadzane są w życie. Teraz słowa w pewnym sensie tracą swoją moc. Dzisiaj można do nich dopisać swój scenariusz, wytłumaczyć je po swojemu. Dla wielu wyborców nie ma już znaczenia, nie zastanawiają się nad tym, czy to rzeczywiście te same hasła, które słyszano pięćdziesiąt lat temu? Wydaje mi się, że niekoniecznie – nawet jeśli słowa rzeczywiście mogą być takie same albo bardzo podobne. Pewnej idei mogły przyświecać dobre intencje – taki był zresztą pierwszy pomysł na tytuł książki – ale potem może zostać wykorzystana w innym celu, jeśli pojawią się ku temu przesłanki. To szczególnie interesujące w przypadku Szwecji, bo Szwedzcy Demokraci cały czas funkcjonują w słowniku Socjaldemokratów, chociaż ich partia nie ma z socjaldemokracją wiele wspólnego – oprócz właśnie samych słów.

Porozmawiajmy więc o tym, jak pojemne mogą być w słowa i co mogą w sobie mieścić. Jednym ze słów, które przewija się w Twojej książce, które często było powtarzane przez Szwedzkich Demokratów i któremu przyglądała się też m.in. Elisabeth Åsbrink, jest „szwedzkość”. Jak może być rozumiane? I czy jest takie coś jak „szwedzkie wartości”?

Zależy, kogo zapytamy. Pytanie o „szwedzkość” zaczęło zresztą być modne w 2010 roku, który okazał się pewnego rodzaju cezurą. Odpowiedzi oczywiście mogą być różne. Dla kogoś wychowanego w tradycji socjaldemokratycznej, o poglądach liberalnych, będą to pewnie takie wartości jak równość, humanitaryzm, innowacyjność, postępowość. 

Podobne pytanie stawiałam też moim rozmówcom. Dla nich szwedzkość to na przykład unikanie konfliktów, niepodnoszenie głosu, zachowywanie spokoju, szanowanie swojej przestrzeni... Skupiają się raczej na zachowaniach i szwedzkie wartości definiują często w kontraście do innych kultur i wyobrażeń o nich. W rozmowach z przedstawicielami młodzieżówki SD słyszałam, że z własnej szwedzkości doświadczali, zdawali sobie z niej sprawę, kiedy podróżowali po zakończeniu szkoły średniej i obcowali z innymi kulturami. Szwedzkość definiuje się też w opozycji do stereotypów dotyczących imigrantów, a zwłaszcza muzułmanów – na przykład szwedzkie jest poszanowanie praw kobiet, równość kobiet i mężczyzn. Chociaż kiedy spojrzy się na program wyborczy Szwedzkich Demokratów, można byłoby nabrać wątpliwości.

Do książki trafiły wywiady z przedstawicielami Szwedzkich Demokratów – mężczyznami. Rozmawiałaś też z kobietami?

Tak, ich wypowiedzi były często zbieżne z tym, co słyszałam od mężczyzn. Więcej rozmów trafi do mojej rozprawy doktorskiej, czasem żartuję, że będzie stanowiła didaskalia dla bardziej wnikliwych czytelników reportażu.

Kobiety zaangażowane w działalność SD również podkreślały na przykład opresyjność islamu wobec kobiet. Mówiły też o narodowej dumie, ten wątek zresztą powtarzał się wśród rozmówców każdej płci – jak to jest, że Szwedzi nie mogą być Szwedami we własnym kraju, że nie mogą celebrować własnych obyczajów, że przedstawia się je jako śmieszne czy niepotrzebne. Rozmówczynie zwracały też uwagę, że mało eksponuje się bardziej tradycyjny model rodziny. Że w Szwecji wręcz "zmusza się" kobiety do tego, żeby robiły karierę, nie celebruje się tak roli matki i w ten sposób odbiera się kobietom wybór. 

Rzeczywiście wśród wyborców i aktywnych członków Szwedzkich Demokratów jest mniej kobiet niż mężczyzn. SD dbają jednak o to, by na przykład podczas wystąpień czy na plakatach wyborczych pojawiały się kobiety, parytet wizerunkowy jest zachowany. To samo dotyczy zresztą widoczności członków nieszwedzkiego pochodzenia.

Jedna z moich rozmówczyń, aktywna przedstawicielka młodzieżówki, ubolewała nad tym, że członkowie SD czują się dyskryminowani, wykluczeni z debaty publicznej, odwoływała się do wolności słowa. Mówiła też o poczuciu przynależności płynącym z partii, o działaniu i wsparciu w grupie, wspólnym działaniu na rzecz przyszłości Szwecji, by było jak najlepiej.

No właśnie, "by było jak najlepiej"  w jednym z rozdziałów książki kreślisz wizję tego, jak wyglądałaby Szwecja rządzona przez Szwedzkich Demokratów? Pytasz: "Czy naprawdę byłoby aż tak źle?” Jaka więc to wizja?

W Szwecji rządzonej przez Szwedzkich Demokratów można byłoby spodziewać jednej wiodącej idei. Kontroli mediów, utrudnionych procedur ubiegania się o azyl, możliwych deportacji osób nieszwedzkiego pochodzenia, które popełniłyby przestępstwa. SD nie kryją się z tym, jaki system chcieliby prowadzić, to przejrzyste deklaracje. Ale cóż, w każdym systemie jest też zwykła codzienność – tak jak piszę w książce: „cukier na bułkach cynamonowych chrupałby w zębach tak samo jak wcześniej”.

Czy w takiej wizji Szwecja to właśnie „kraj nie dla wszystkich”, jak w tytule Twojej książki? Kiedy na fanpage’u Szwecjobloga zamieściłam zdjęcie okładki, pojawiły się próby interpretacji tytułu. „Kraj nie dla wszystkich”, czyli tylko dla tych, którzy mieszczą się w definicji szwedzkości sformułowanej przez jedną z partii? Czy raczej „kraj nie dla wszystkich”, bo nie każdy się w nim może odnaleźć, nie każdy może czuć się jak u siebie? I jak to się ma do metafory domu ludu, którą przywołujesz na początku reportażu  domu, w którym „nie ma uprzywilejowanych i dyskryminowanych, nie ma faworytów i przybranych dzieci. Nikt nie patrzy na nikogo z góry, nie próbuje zyskać czegoś kosztem innych, silny nie uciska ani nie rabuje słabszego”?

W wydawnictwie mieliśmy sporo dyskusji wokół wyboru tytułu. Jak wspomniałam, pierwszą wersją były Dobre intencje. W końcu i szwedzcy nacjonaliści, a także ich wyborcy, we własnym mniemaniu takimi „dobrymi intencjami” się kierują. Ale widziałam w tym i drugie dno, bo produktem ubocznym takich „dobrych intencji” mogą być ludzie, którzy „nie pasują”. Kraj nie dla wszystkich to też nieoczywisty, pojemny tytuł, który można rozumieć na różne sposoby i – jak się okazuje – rzeczywiście budzi emocje.

A jak  w skrócie wyglądała droga od pomysłu na tekst o szwedzkim nacjonalizmie, przez nagrodę w konkursie reporterskim Wydawnictwa Poznańskiego, po książkę, którą właśnie trzymam w dłoni?

Strukturę reportażu, cały szkielet, miałam już w głowie dużo wcześniej. Tym tematem zajmuję się już długo. Pisałam o tym jedną pracę magisterską, drugą na Uniwersytecie Sztokholmskim poświęciłam tematowi migracji, szwedzkiego nacjonalizmu dotyczy też mój doktorat. Materiały do książki zbierałam właściwie na przestrzeni kilku lat. To może dlatego książka ma tę „patchworkową” strukturę. Myślę, że to jej zaleta – zjawisk, wydarzeń związanych z tym tematem jest wiele, każde z nich to osobny wątek, jeśli kogoś to interesuje, może prześledzić go dalej, sięgnąć po kolejne lektury.

Podobało mi się też, że kolejne rozdziały mają tak różny charakter. Domyślam się, że część historyczna wymagała od Ciebie siedzenia w archiwach, czytania źródeł, pracy pewnie bardzo samotniczej. W drugiej części więcej jest spotkań i rozmów. Który aspekt pracy nad reportażem był dla Ciebie ciekawszy, bardziej przyjemny?

Bardzo lubię pracę w archiwach, lubię ten dreszczyk emocji, który daje poszukiwanie, co się w nich kryje i to, jak jedne dokumenty prowadzą do kolejnych. W Szwecji archiwa są w większości świetnie zachowane, można tam znaleźć niesamowite rzeczy, a pracownicy instytucji są bardzo pomocni, zdarzało się, że sami razem ze mną emocjonowali się tematem, nad którym pracowałam. Oglądam też wiele zdjęć, filmów, wystaw związanych z danym tematem. Fascynujące są te momenty, kiedy elementy układanki zaczynają do siebie pasować. 

Przy współczesnej części reportażu bardzo zależało mi na tym, żeby porozmawiać z ludźmi, a w tych rozmowach starałam się nie dać się ponieść własnym wyobrażeniom i stereotypom, a pozwolić wybrzmieć tematowi. Moim celem nie była przecież konfrontacja, tylko pokazanie różnych sposobów myślenia. Bohaterowie książki są zresztą bardzo różni: jest tu osoba związana z partią SD, reprezentant młodzieżówki, przedstawiciel muzułmańskiej organizacji w Szwecji. Ważna była wymiana myśli, stworzenie przestrzeni do prezentacji swoich przekonań. To, że ja nie zgadzam się światopoglądowo z jakąś grupą, nie znaczy, że nie możemy ze sobą rozmawiać.

I na koniec wróćmy do początku Twojej książki. Piszesz tak: „Pierwsze wizyty były mieszanką oczarowania i podziwu, zwłaszcza sprawami błahymi, punktualnością autobusów, uprzejmością urzędników, pocztówkowymi widokami i doskonałym wyczuciem stylu Szwedów. […] Jest tak jak być powinno - ljus och luft, światło i powietrze”. Czy po tym czasie pracy nad tematem szwedzkiego nacjonalizmu zmieniło się Twoje postrzeganie Szwecji i Szwedów? Czy światło jest inne, a powietrze jakieś bardziej duszne?

Myślę, że te moje pierwsze wizje były jednak trochę niedojrzałe. Uważam, że Szwecja – paradoksalnie – jest krzywdzona tym nasyconym obrazem idylli, który zresztą w pewnej mierze sama sobie narzuciła. Każdy z nas przecież zmaga się ze swoimi problemami, a w perspektywie kraju czy narodu tych problemów robią się tysiące, jeśli nie miliony. Moja wizja jest teraz bardziej realistyczna. Do wielu codziennych rzeczy, które kiedyś mnie w Szwecji irytowały, dziś mam po prostu sentyment. Cały czas bardzo lubię Szwecję, czuję się tam jak w domu, mam tam wielu przyjaciół. Ten kraj dał mi niesamowicie dużo perspektyw i możliwości, na pewno będę to doceniać. Ale mam więcej czułości dla Szwecji niedoskonałej. Widzę inne oblicza szwedzkiej historii, dostrzegam zmieniające się procesy. Trzymam kciuki za Szwecję, żeby tradycje dialogu i demokracji jak najdłużej jej służyły. Szwecja to bardzo złożone miejsce i dlatego jest tak ciekawe, ma wiele twarzy, cieszę się, że miałam możliwość je poznać, poznając osoby o innym światopoglądzie, które też się w to miejsce wpisują.



Jeśli chcielibyście przeczytać, co o szwedzkim nacjonalizmie pisze Wiktoria Michałkiewicz, zaglądajcie koniecznie na szwecjoblogowy fanpage na FB.  Wkrótce ogłoszę dla Was KONKURS, w którym razem z Wydawnictwem Poznańskim będziemy mieć dla Was do wygrania egzemplarze książki Kraj nie dla wszystkich. 

O książce pisałam też w TYM wpisie.

14 kwietnia 2020

O "Kraju nie dla wszystkich" Wiktorii Michałkiewicz

Zaczyna się od zachwytu, oczarowania i podziwu. Sztokholmskim światłem i powietrzem, punktualnością autobusów, ciszą, spokojem i porządkiem, tym, że "wszystko ma tu miejsce i swój czas", wielkomiejską rewią mody. Jest też i wycieczka na "ten koniec świata" - koniec niebieskiej linii metra, sztokholmskie przedmieścia, gdzie "przekrzykiwania brzmią zupełnie jak na warszawskim bazarze, bloki jak w czasach [...] dzieciństwa w socjalistycznej Polsce". 



Ale Kraj nie dla wszystkich nie jest nietypowym przewodnikiem. To ciekawy reportaż o szwedzkim nacjonalizmie. Autorka prowadzi czytelników nie przez Sztokholm, ale przez "szwedzkie wartości" i szwedzką historię, tę nieco odleglejszą i tę jak najbardziej współczesną. Tę, wokół której współcześnie stawia się dużo pytań, i tę "przemilczaną" i "nie opowiedzianą wystarczająco wyraźnie".
Być może jeszcze w czasach [Pera Albina] Hanssona trzeba szukać przyczyny sukcesu [Jimmiego] Åkessona. W przeszłości celowo zapomnianej, przemilczanej albo o której nie opowiedziano wystarczająco wyraźnie, gdy głównym zajęciem było budowanie lepszego świata.
Wiktoria Michałkiewicz to kulturoznawczyni, filolożka i antropolożka społeczna, doktorantka w Instytucie Socjologii UJ oraz członkini zespołu ekspertów fundacji naukowej Norden Centrum. Jej Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie to reportaż nagrodzony w II edycji konkursu reporterskiego Wydawnictwa Poznańskiego z 2019 r. Autorkę możecie znać jako jedną z bohaterek Sztokholmu. Miasta, które tętni ciszą Katarzyny Tubylewicz, gdzie opowiadała o swojej karierze w Szwecji i pracy w galerii Fotografiska. Na okładce książki przeczytacie zresztą blurba Tubylewicz właśnie: "Wiktoria Michałkiewicz tłumaczy, dlaczego w państwie uważanym za idealne rośnie dziś w siłę wroga inności prawica". 

Nie do końca zgadzam się z akurat takim sformułowaniem. To, co podobało mi się w książce, to właśnie fakt, że Michałkiewicz nie tłumaczy, nie wykłada, w zasadzie nawet nie do końca udziela odpowiedzi na pytania, które sama co jakiś czas zadaje. Nie narzuca wniosków. Raczej pokazuje różne zjawiska, przedstawia różnych ludzi, często oddaje im głos. 

Kraj nie dla wszystkich to ciekawe połączenie reportażu historycznego ze współczesnym. 

Pierwsza część opowiada o Szwecji końca XIX wieku i XX wieku. Czytamy tu o Hermanie Lundborgu i jego badaniach nad biologią i higieną rasy, oraz o "zbiorach Retziusa" - największej w Szwecji prywatnej kolekcji ludzkich szczątków, która służyła do badań rasowych. Jest o fali masowej emigracji ze Szwecji do Stanów Zjednoczonych z tego okresu, którą opisał Wilhelm Moberg m.in. w Emigrantach i Imigrantach (książki w latach 80. wydało Wydawnictwo Poznańskie w Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich). Przeczytacie o uratowanych z obozów koncentracyjnych dzięki białym autobusom hrabiego Folkego Bernadotte w 1945 roku oraz o zamieszkach przeciwko tattare, "ludziom wędrownym" w Jönköpingu w 1948. A na dodatek: o masowych wyburzeniach i "kryzysie w kwestii ludnościowej" w domu ludu. 

Druga część poświęcona jest przede wszystkim temu, jak rozwijała się prawicowa, nacjonalistyczna, antyemigrancka i antyfeministyczna partia Szwedzcy Demokraci. Zaczyna się rozdziałem o przylaszczce, symbolu partii:

Magiczną moc [przylaszczki] Szwedzcy Demokraci rozszerzyli na cały naród. Miała symbolizować misję partii, polegającą na "wybudzeniu narodu z zimowego snu" [...] W informacji prasowej nie ma informacji o innej właściwości rośliny - wywar leczniczy spożywany w większych ilościach staje się trucizną.
Potem znajdziemy tu i kalendarium, i wywiady, i wreszcie monolog emigranta z Iranu. Ta patchworkowa struktura bardzo mi się podoba. Zmusza do myślenia, sprawia, że czytelnik sam zaczyna zbierać skrawki w całość, zastanawiać się, w których miejscach do siebie pasują, w jaki sposób sobie odpowiadają. Że to czytelnik powinien odpowiedzieć sobie na stawiane w tekście pytania.
Jak wyglądałaby Szwecja rządzona przez SD? Czy naprawdę byłoby tak źle? [...] Cukier na bułkach cynamonowych chrupałby w zębach tak samo jak wcześniej, dzieci bujałyby się na huśtawkach, ślizganie się po zamarzniętym jeziorze byłoby przygodą jak co roku, a wiosną czas odmierzałoby się godzinami, kiedy można wygrzewać się na pomoście. W Szwecji rządzonej przez Szwedzkich Demokratów dzieci, tak samo jak zwykle, uczciłby nadejście wiosny piosenką: Blåsippan ute i backarna står, niger och säger att du är det vår... Przylaszczki kwitną na wzgórzach, bujając się, mówią - nadeszła wiosna...
Książkę Wiktorii Michałkiewicz w swoich domowych biblioteczkach możecie postawić obok Made in Sweden Elisabeth Åsbrink, Higienistów Macieja Zaremby czy Moralistów Katarzyny Tubylewicz. Patchworkowe skrawki da się przyłożyć  i do nich.

I jeszcze jedno: czekając na premierę książki, zastanawiałam się, jak to jest, że reportaże o tym, czym jest "szwedzkość" są tak popularne w Polsce, że pytania o to, jak definiować szwedzką tożsamość, tak chętnie zadają dziennikarze pochodzący z Polski, że to oni tak chętnie sięgają po to, co zamiecione pod dywan szwedzkiej przeszłości. Po lekturze Kraju nie dla wszystkich przypomniałam sobie moją rozmowę z Niklasem Orreniusem, autorem Strzałów w Kopenadze ta książka też zresztą będzie Wam pasować na wspomnianą wcześniej półkę):

Kiedy przyjeżdżam do Polski, wielokrotnie słucham o tym, co Szwecja zrobiła w XVII i XVIII wieku, podczas gdy w Szwecji mało kto zdaje sobie sprawę z tych wydarzeń. Wydaje mi się, że wielu Polaków tworzy swoją narodową tożsamość sięgając bardzo daleko w przeszłość. Tymczasem wielu Szwedów postrzega się jako produkt socjaldemokratycznego domu ludu, folkhemmet. Nowoczesność, otwarcie na nowe, spoglądanie w przyszłość są niejako częścią poczucia szwedzkości. Częściej zadajemy sobie pytanie o to, dokąd zmierzamy i chcemy pozbywać się tego, co przestarzałe. To ma swoje dobre strony, łatwiej wtedy przyjąć nowe rzeczy, zaakceptować nowych ludzi. Ale ma też swoje wady, w takiej postawie można się zgubić, wszyscy jesteśmy przecież produktami naszej historii, czy o tym myślimy, czy nie.


Czy książka Wiktorii Michałkiewicz zmieni Wasze myślenie o Szwecji? Może tak, może nie. Może  cukier na bułkach cynamonowych będzie chrupać Wam w zębach tak samo jak wcześniej, taki sam będzie zachwyt sztokholmskim światłem i powietrzem, punktualnością autobusów czy ciszą. Patchworkowa opowieść o szwedzkim nacjonalizmie to przecież też tylko kawałek większej opowieści. Polecam Wam ją poznać.


Wiktoria Michałkiewicz Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie 
Wydawnictwo Poznańskie
2020

Patronat medialny Szwecjobloga.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...