07 sierpnia 2013

kiszony śledź

Owiany złą sławą, śmierdzący ohydnie i niebezpieczny do tego stopnia, że nie wolno się z nim pojawić na pokładzie samolotu - tak w skrócie można zacząć opowieść o tym, czym jest szwedzki kiszony śledź, surströmming
 
źródło
Charakterystyczna okrągła puszka, często z wydętym od fermentacyjnych gazów denkiem i wieczkiem - a raczej jej zawartość - zdążyła już obrosnąć wieloma legendami. Surströmming często znajduje się w czołówce najohydniejszych, najdziwaczniejszych i najbardziej śmierdzących potraw świata. Podobno trzeba być Szwedem, żeby docenić ten smakołyk, a kto go spróbuje, na pewno nie zapomni tego smaku na bardzo, bardzo, bardzo długo.
 
Fakty i mity
Surströmming opisywany jest często przez nie-Szwedów jako "zgniły śledź". To mit, tak źle znowu nie jest. Śledź nie gnije w puszkach, tylko się go kisi. Podobnie jak my kisimy ogórki, kapustę, cukinię, a nawet cytrynę. Co ciekawe - kiszona kapusta nie jest tak popularna w szwedzkiej kuchni, jak w naszej. Znajomi Szwedzi opowiadali z błyskiem w oku, jak to spróbowali kiszonej kapusty pierwszy raz dopiero na promie do Polski, ale do bigosu podchodzili już większym dystansem - no bo jak to, zepsuta kapusta i to jeszcze w połączeniu z mięsem? Procesy fermentacji nie są zatem niczym egzotycznym, są też przecież niezbędne do powstania wina, serów pleśniowych, a nawet jogurtów. 

Złowione na wiosnę śledzie wrzuca się do beczki ze specjalną zalewą i pozwala leżakować. Po kilku dobrych tygodniach umieszcza się je w puszkach, gdzie procesy fermentacyjne zachodzą dalej. Podobno kiszone śledzie są jak wino - im starsze tym lepsze!

źródło
Często powtarzana też jest opowieść, według której wyjątkowy sposób przyrządzania ryby jest wynikiem zupełnego przypadku. Opowiada się, że Szwedzi sprzedali Finom nie do końca zakonserwowanego śledzia (za mało soli), licząc, że ci się nie zorientują. Po roku Finowie wrócili, prosząc o więcej takiej ryby, która bardzo im zasmakowała. Od tamtej pory Szwedzi zaczęli sami rozsmakowywać się w kiszonym śledziu. W odpowiedzi pojawiają się też głosy, że tak naprawdę do Finowie spłatali psikusa Szwedom, bo w rzeczywistości sami ryby nie zjedli, a jedynie wmówili sąsiadom, że jest dobra. Przez co cały świat patrzy dzisiaj na nich krzywo, że potrafią jeść zepsutą rybę. Sami przyznajcie, brzmi ciekawie, ale jednak to mit. Kiszenie ryb to cała procedura, a w dodatku to jednak nie tylko szwedzki ewenement. Swojego kiszonego pstrąga mają Norwegowie (rakørret), w Japonii je się sfermentowaną makrelę (kusaya), a w Korei - płaszczki (hongeohoe).

źródło
W książce "Świat według reportera - Szwecja" Piotr Kraśko jako jedną z ciekawostek dotyczących Szwecji wymienia fakt, że na pokład samolotu nie wolno wnieść puszki z surströmmingiem. Z tego co wiem, to prawda. Wynika to z tego, że wskutek procesu fermentacji w puszce powstają gazy, które pod wpływem zmiany ciśnienia mogą sprawić, że puszka "wybuchnie". Z tego samego powodu na pokładzie nie można mieć ze sobą na przykład dezodorantów.

źródło
Wśród kolejnych ostrzeżeń pojawia się też informacja, że puszkę ze śledziem trzeba koniecznie otwierać na świeżym powietrzu. To też prawda. Z kilku względów - po pierwsze, wyżej wspomniane ciśnienie. Jeśli puszka może "eksplodować" przy otwieraniu, to po prostu lepiej, żeby zawartość zapaskudziła trawnik, niż pół kuchni. Po drugie - ten charakterystyczny, przykry zapach, który naprawdę długo zostaje w pamięci i lepiej, żeby szybko rozszedł się w powietrzu, niż dodatkowo kisił w mieszkaniu. Po trzecie - "premiera" kiszonego śledzia zgodnie z tradycją ma miejsce w trzeci czwartek sierpnia (chociaż puszki można kupić w Szwecji przez cały rok). To świetny czas, żeby w ogóle spotkać się ze znajomymi lub rodziną przy stole na świeżym powietrzu i cieszyć się jeszcze letnią pogodą i długim dniem. 

źródło

Pod hasłem "surströmming" na YouTube znajdziecie mnóstwo filmików, których nie polecam Wam oglądać. Po ich zobaczeniu można odnieść wrażenie, że każda nawet najmniejsza próba skosztowania tego specjału kończą się odruchem wymiotnym... Nie wierzcie tym filmikom, to mit! Kiszonego śledzia trzeba mianowicie zjeść we właściwy sposób. Jeśli będzie się przestrzegało kilku podstawowych reguł, ryba może stać się prawdziwym smakołykiem. 
Mój znajomy zwykł na zakrapianych imprezach powtarzać, że wódki się nie wącha, tylko ją pije. Podobnie jest z kiszonym śledziem. Lepiej nie wąchać. Naprawdę. Po drugie - nie tykajcie zalewy. Znam kilkoro takich, którzy potrafią wypić zalewę pozostałą w słoiku po ogórkach kiszonych i zamlaskać z zadowoleniem, ale nie róbcie tego z płynem z puszki po śledziu. Nigdy. Po trzecie - trzeba obciąć rybią głowę i usunąć wnętrzności, tego się nie je. I po czwarte - odpowiednio podać: na cienkim pieczywie grubo posmarowanym masłem, z ugotowanymi ziemniakami, śmietaną, cebulką, czasem dodatkowo ostrym serem żółtym i koperkiem. Najczęściej na takich ucztach śledzia popija się wódką.

źródło
Jeśli chcecie zobaczyć normalny, sympatyczny film, jak otwiera się i podaje kiszonego śledzia, bez ataków paniki i odrobiny obrzydzenia, sto procent urokliwej, szwedzkiej tradycji, obejrzyjcie po prostu ten:


 
Sama miałam okazję skosztować kiszonego śledzia kilka lat temu. Surströmming jest tak właściwie specjałem Norrlandii, najbardziej na północ położonego historycznego kraju Szwecji. Byłam wtedy w malutkiej miejscowości Fränsta w prowincji Medelpad. Wcześniej zwiedzałam okolice Höga Kusten (dosł. Wysokie Wybrzeże, obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO), gdzie znajduje się też jedna z najważniejszych fabryk kiszonej ryby. We Fränsta zorganizowano dla nas typowo norrlandzką kolację. Na szwedzkim stole na stołówce znalazły się szynki z reniferów, pasztet z łosia, lokalne sery, ryby przyrządzone na mnóstwo sposobów. Na koniec, na podwórzu otwarto wybrzuszoną puszkę i każdy z nas dostał solidną kromkę z masłem, cebulką, ziemniakami, wypatroszonym śledziem z puszki i gęstą śmietaną. I co? Zjadłam ze smakiem, przeżyłam, miałam się dobrze podczas konsumpcji i po niej. Co do zapachu wydobywającego się przy otwieraniu puszki - niestety potwierdzam, to prawda: bardzo przykry i bardzo ohydny i jakby... trupi. I niezapomniany do tego stopnia, że kiedy następnego ranka szłam przez to samo podwórko na śniadanie, to wydawało mi się, że dalej wyczuwam go w powietrzu. Niespodzianka jest taka, że na kanapce w ogóle tego nie czuć ryby w ten sposób, już gorszy posmak miały moim zdaniem kozie sery!

Dyskutowanie o tym, co w kuchni regionów i narodów jest obrzydliwe, to temat rzeka, a do tego taka rzeka, do której dość ryzykownie jest wchodzić, bo bardzo łatwo stąpać wtedy po śliskim gruncie stereotypów. 

Na koniec jeszcze ciekawostka: zamieszanie wokół surströmminga okazuje się doskonałą pożywką dla tabloidów. W poszukiwaniu źródeł do posta natknęłam się na informację ze strony internetowej gazety Expressen z nagłówkiem: "Surströmming dzieli rodzinę królewską". Brzmi dramatycznie. Kiedy para królewska razem z księżniczką Wiktorią w sierpniu 2009 roku podróżowała po północy kraju, otrzymali na pożegnanie kosz z lokalnymi specjałami. Według artykułu król, w przeciwieństwie do żony i córki, nie był zachwycony faktem, że w koszu znalazła się też puszka ze śledziem. Ech, te problemy wyższych sfer!

źródło
Grafika ze strony z artykułem: król Karol XVI Gustaw mówiący kiszonej rybie: Nie, dziękuję oraz królowa Sylwia odpowiadająca Tak, poproszę.


Źródła:
http://www.surstromming.se/
 http://www.ulvon.info/arliga-evenemang/surstrommingspremiar/
http://sverigesradio.se/sida/gruppsida.aspx?programid=3366&grupp=6227&artikel=5233243
Follow on Bloglovin

01 sierpnia 2013

Movits!

Nie pamiętam, w jaki sposób po raz pierwszy usłyszałam utwór grupy Movits! - może ktoś ze znajomych podrzucił mi link do ich kawałka na YouTube, może była to podpowiedź ze Spotify... Ktokolwiek by to był lub cokolwiek by to było, jestem bardzo wdzięczna!

źródło zdjęcia
Popatrzcie tylko na tych trzech elegancików. To bracia Rensfeldt: Anders (multiinstrumentalista) i Johan (wokalista) oraz Joakim Nilsson (saksofonista). Co grają? Hip-hop. Ale w innej odsłonie, jako zaskakujące połączenie ze swingiem, jazzem, bluesem. Posłuchajcie i zobaczcie zresztą sami (wersja z angielskimi lub szwedzkimi napisami):
 


Ze swoją debiutancką płytą Äppelknyckarjazz nie wybili się w Szwecji tak od razu, dużą sławę przyniosło im pojawienie się w amerykańskim programie The Colbert Report. Sami tak naprawdę nie przewidywali, że ze swoją muzyką i tekstami po szwedzku będą mogli występować gdziekolwiek poza Skandynawią. 

Gospodarz programu, Stephen Colbert, zadał niezwykle ciekawe pytanie: O czym można rapować w Szwecji, w kraju, który kojarzy się z dobrobytem i szczęśliwymi ludźmi? W tekstach, pisanych przez Johana, poruszanych jest jednak wiele tematów społecznych, jak na przykład różnice społeczne czy prześmiewczo opisane problemy ludzi z krajów rozwiniętych. Jak w kawałku I-landsproblem: ci "biedni" Szwedzi muszą czasem "borykać się" z takimi problemami jak niedziałające schody ruchome i windy, brak możliwości zapłacenia w sklepie kartą, kiedy akurat nie ma się przy sobie gotówki, problemy z bagażem na lotnisku czy długie kolejki do sklepów monopolowych Systembolaget... 


Członkowie grupy Movits! sami podkreślają, że dla nich ważne jest, by trafić zarówno do tych, którzy chcą po prostu potańczyć przy fajnej, swingującej muzyce, ale też do tych, którzy słuchając jej na spokojnie w domu, mogą bardziej wsłuchać się w tekst, w to co mają do powiedzenia i czym chcą skłonić do refleksji.   W tekstach jest też trochę o ich muzyce z wcześniejszych lat, z której bardzo dużo czerpią i o tym, czy rzeczywiście kiedyś wszystko było lepsze:

    

 Tak naprawdę nie przepadam za słuchaniem raperów, ale w muzycznym tle i potoku słów od Johana jest coś takiego, co naprawdę przyciąga. A poza tym - świetnie się przy tym myje okna, odkurza i piecze ciasteczka.   
  
 Źródła:
Follow on Bloglovin

28 lipca 2013

niedoceniany Göteborg

Wczoraj znalazłam na stronie Szwecja Dzisiaj informację, że Göteborg zajął trzecie miejsce na liście dziesięciu najpiękniejszych i najbardziej niedocenianych miast w Europie według portalu turystycznego EscapeHere.com (na "podium" znalazły się też Kopenhaga oraz Budapeszt). Göteborg, który jest drugim co do wielkości miastem Szwecji, uchodzi podobno za "gorszego brata Sztokholmu". 

Sztokholm odwiedziłam raz, Göteborg dwa razy. To właściwie jedyne miasto, do którego w mojej chęci odkrywania coraz to nowych miejsc wróciłam po kilku latach od pierwszych odwiedzin. "Gorszy brat" przypadł mi do gustu zdecydowanie bardziej niż stolica. Często podkreślam, że nie lubię dużych miast: Męczy mnie zgiełk, tempo życia, męczy mnie także nagromadzenie turystów w jednym miejscu. Sztokholm zrobił na mnie wrażenie miasta lansu. Göteborg - miasta bardziej na luzie. Może też trochę kojarzył mi się z dwoma najbliższymi mi miastami w Polsce. Z Poznaniem, dlatego że oba miasta liczą sobie około 550 000 mieszkańców i także dlatego, że Göteborg jako jedno z niewielu miast w Szwecji ma aktualnie funkcjonującą, rozbudowaną komunikację tramwajową (charakterystycznego dźwięku tramwaju, sunącego po szynach, brakowało mi w większych miastach Skanii). Kojarzy mi się też z moją rodzinną dolnośląską Złotoryją poprzez ukształtowanie terenu - spacerowanie po Göteborgu to ciągłe chodzenie pod górkę lub z górki, czasem pokonywanie schodami różnic wysokości.

Lilla Bommen i żaglowiec Viking
Co zatem jest takiego atrakcyjnego w Göteborgu, co z pewnością należałoby polecić turystom? Kiedy my po raz pierwszy wjeżdżaliśmy samochodem do miasta, naszą uwagę przykuł charakterystyczny biało-czerwony budynek, który wyglądał trochę, jakby był zrobiony dla zabawy z gigantycznych klocków lego. To biurowiec Lilla Bommen, zwany też potocznie "Pomadką" (Läppstiftet). Na najwyższym piętrze znajduje się kawiarnia Götheborgsutkiken z punktem widokowym, z którego można podziwiać wspaniałe widoki na port i samo miasto.
  
widok na port z punktu widokowego Götheborgsutkiken
Już w samym porcie jest sporo do zobaczenia. Z pewnością charakterystycznym elementem jest Barken Viking z 1905 roku, prawdopodobnie największy żaglowiec, jaki kiedykolwiek wybudowano w Skandynawii. Dziś pełni funkcję hotelu, restauracji i centrum szkoleniowego. Ciekawym budynkiem jest też opera, która swoim kształtem ma przypominać statek (co lepiej widać może na zdjęciu z Utkiken), przez co idealnie wpisuje się w portowe okolice.
  

Ważnym miejscem w mieście jest Götaplatsen, z rozpoznawalną fontanną Carla Millesa Posejdon. Wokół Posejdona mieszczą się ważne instytucje kulturalne: Muzeum Sztuki, sala koncertowa, teatr miejski i biblioteka. 

Posejdon, w tle Muzeum Sztuki
Plac jest też po prostu miejscem spotkań, odbywają się tu także koncerty plenerowe - ja miałam okazję bawić się tu na koncercie Backyard Babies w ramach festiwalu Göteborgs kulturkalas w 2008 roku. (O moim innym muzycznym odkryciu z tego festiwalu możecie przeczytać tutaj.)

Tak jak ważny jest plac, ważna jest też ulica, która do niego prowadzi - to Kungsportsavenyn, zwana też w skrócie Avenyn. Podobno wzorowana była na francuskich Champs-Élysées. Ulica jest świetnym miejscem dla osób, które podczas podróży uwielbiają zakupy i miejskie życie - wzdłuż bulwaru mieszczą się restauracje, kluby i mnóstwo sklepów. Mój ulubiony to Retrock, gdzie można kupić mnóstwo akcesoriów z Muminkami!

widok na kanał Stora Hamnkanalen
W mieście też znajduje się bardzo dużo kanałów i mostów. Świetną atrakcją turystyczną jest pływanie łódkami Paddan. Zwiedzanie odbywa się w tzw. systemie Hop on - Hop Off: łódki zatrzymują się w wybranych przystaniach, gdzie można wysiąść, pozwiedzać okolicę, a później wsiąść na kolejną łódkę i płynąć dalej. Podczas takich rejsów przewodnicy opowiadają o tym, co znajduje się na brzegach. Dużo radości daje przepływanie pod mostami. Szczególnie tymi, które są zawieszone naprawdę nisko nad kanałami - takie jak Osthyveln - Nóż do sera czy Frisören - Fryzjer. Pasażerowie przepływający pod mostem muszą wcześniej zejść ze swoich siedzeń i przykucnąć na dnie. Co dzieje się w przeciwnym razie? No coż, nazwy mostów mówią chyba same za siebie...
Charakterystycznym budynkiem jest też Fiskekyrkan (w oryginalnej pisowni Feskekôrka), czyli Rybny Kościół. Jest to hala targu rybnego, której budynek rzeczywiście przypomina kształtem gotycką świątynię. Gorąco polecam tam zajrzeć - oprócz części targowej znajdują się tam też restauracje serwujące ryby i owoce morza. 

Feskekôrka
Będąc przy Rybnym Kościele niedaleko już jest do mojej ulubionej części Göteborga -  przeuroczej dzielnicy Haga, z drewnianymi budynkami, nadającymi jej dziewiętnastowieczny charakter. Ja dotarłam tam w chłodne, deszczowe, wrześniowe popołudnie, kiedy w Szwecji zaczynało się już ściemniać. Zakochałam się wręcz w tej atmosferze wśród jasnym drewnianych fasad i ciepłych świateł z witryn kawiarni i sklepików. Oczami wyobraźni widziałam już, jak musi tu być pięknie w okresie bożonarodzeniowym, kiedy brukowane ulice pokrywa śnieg, a witryny rozświetlone są kolorowymi lampkami. Polecam kawiarnię Jakob's Café - wystrój wnętrza z masą dobrze dobranych antyków, tak dobrze pasujący do całej okolicy, sprawia, że kawa smakuje jeszcze lepiej.
  
Haga Nygata
Zwiedzanie miasta to jednak nie tylko czas spędzony na wolnym powietrzu na przechadzkach, przejażdżkach czy pływaniu łódką. To też kilka kapitalnych muzeów, które warto odwiedzić. Miłośników malarstwa nie trzeba będzie przekonywać do odwiedzenia Muzeum Sztuki, które w swojej zbiorach ma dzieła nie tylko nordyckich artystów, ale też Rembrandta, Moneta czy Warhola. Ja natomiast dużym i małym mogę zarekomendować Muzeum Historii Naturalnej z jego największą atrakcją - jedynym na świecie wypchanym płetwalem błękitnym. Rozmiary zwierzęcia robią wrażenie, zadziwia historia samego eksponatu. Z informacji z muzeum dowiedziałam się, że "paszcza" kiedyś umocowana była na zawiasach, zwiedzający mogli niczym Jonasz znaleźć się w brzuchu wieloryba. Okazało się jednak, że dla niektórym parom wnętrze wieloryba wydawało się miejscem wyjątkowo romantycznym i sprzyjającym miłosnym uniesieniom... Szczęki zwierzęcia obecnie pozostają więc zamknięte (podobno otwierane są raz na cztery lata na dzień wyborów parlamentarnych - valdagen - szwedzkie słowo val oznacza bowiem zarówno wybory, jak i wieloryba).

Koniecznie trzeba też zdecydować się na wycieczkę po Universeum. To fantastyczne interaktywne muzeum-centrum nauki. Znajdziecie tu wystawy poświęcone nowoczesnym technologiom, a także pomieszczenia, które zostały zamienione w las deszczowy (nie polecam zwiedzania w okularach), w którym w naturalnym środowisku mieszkają różne zwierzęta. Jest też ekspozycja z najbardziej niebezpiecznymi zwierzętami gadami i pająkami. Ja spędziłam najwięcej czasu w części z akwariami, szczególnie w akwariowym tunelu, gdzie rekiny i wielkie płaszczki przepływały za szkłem nie tylko obok mnie, ale nawet nade mną!

Dla spragnionych szalonych rozrywek - największy w Skandynawii lunapark Liseberg z mnóstwem karuzeli, kolejek i atrakcji, na sam widok większości z nich przewracało mi się w żołądku. W parku znajdują się też sceny i sale koncertowe, a w okresie bożonarodzeniowym odbywa się tu bardzo popularny świąteczny jarmark.

kolejka w lunaparku Liseberg
Na koniec bardzo praktyczna informacja. Jak zobaczyć wszystkie te miejsca (i jeszcze wiele innych) i nie wyczyścić sobie przy tym całkowicie portfela? Jeśli wybieracie się do Göteborga, zastanówcie się nad kupnem karty City Card. Karta na jedną dobę dla osoby dorosłej kosztuje 315 koron, trzydobowa 565 koron. Z kartą macie wolny wstęp na większość atrakcji turystycznych, darmowe parkingi, przejazdy tramwajami, autobusami i łodziami w mieście, a niektóre sklepy mają dla posiadaczy karty specjalne zniżki. Szczegółowe informacje o karcie i warunkach korzystania znajdziecie tutaj.

Sezon wakacyjny jeszcze trwa - zróbcie więc na przekór statystykom, co powiecie na wycieczkę do Göteborga?


Źródła:
wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...