25 września 2017

Szwedzkie legendy miejskie przyprawiające o dreszcze

Przyszła jesień - na zewnątrz coraz wcześniej robi się ciemno i coraz częściej pada. Wydaje mi się, że taki czas doskonale pasuje do wsłuchiwania się i wczytywania w różne opowieści, a te, które zazwyczaj potrafią przyprawić o dreszcze, teraz działają na nas jeszcze bardziej. Wrześniową edycję akcji "W 80 blogów dookoła świata" poświęcamy w tym roku legendom miejskim, nieprawdopodobnym historiom (które z pozoru jednak wydają się prawdopodobne, bo często opowiadane są przez "znajomych znajomego"). Czasem są zabawne, czasem zastanawiające, a czasem naprawdę makabryczne! Które z nich wybrali dla Was blogerzy kulturowo-językowi? Listę linków do pozostałych tekstów w akcji jak zawsze znajdziecie na końcu wpisu. A ja zapraszam Was na szwedzkie opowieści tego rodzaju - w Szwecji określane jako skrönor, urbana myter, urbana legender czy vandringssägen.





Krzyki na kampusie - Flogstavrålet


Uppsala to miasto akademickie w środkowo-wschodniej Szwecji. Na przedmieściach, we Flogsta, mieszkają głównie studenci. Kiedy wybija dwudziesta druga, z okien, balkonów i dachów rozlegają się krzyki i wycia. Wystarczają, by zmrozić krew tym, którzy nie znają tego "zwyczaju". Flogstavrålet, wycie z Flogsta, obrosło już legendą. Nie wiadomo już do końca skąd się naprawdę wzięło. Jedni twierdzą, że w ten sposób studenci dają upust swoim emocjom, pozbywają się stresów i napięć, których przysparzają im nauka i egzaminy, a jednocześnie poprzez odwzajemniane okrzyki budują poczucie wspólnoty. Inni przekazują informację, że z początku (w latach 70.) wrzaski miały upamiętnić studenta, który popełnił samobójstwo, z krzykiem skacząc w nocy z okna... 
Tak jak to bywa w przypadku często powtarzanych miejskich legend, coraz więcej miejsc rości sobie do nich prawo. Wrzaski usłyszeć też można na kampusie w Lund (Delphivrålet) i w Sztokholmie (Lappkärrsskriket), codziennie lub w jeden dzień w tygodniu.





Błędne ogniki - Marteboljuset


Okolice Martebo na Gotlandii przyciągają miłośników nadprzyrodzonych zjawisk. Od początku dwudziestego wieku zdarza się tam widzieć błędne ogniki nazywane światłem z Martebo, Marteboljuset. Opisywane jest jako unosząca się nad ziemią i "płynąca" wzdłuż drogi świetlista, czerwonawa kula. Niektórzy mówią, że kiedy pojawia się światło, kompasy zaczynają wariować, a zwierzęta robią się niespokojne. Inni słyszeli metaliczne odgłosy. 
Próby wyjaśnienia pochodzenia światła bywały różne - małe wyładowania elektryczne, samozapłon gazów z gnijących roślin i szczątków zwierząt, reflektory samochodów widziane z odległości? Sprawą zainteresowała się szwedzka organizacja zajmująca się ufologią. Wiele doniesień o pojawianiu się światła i towarzyszących mu zjawiskach okazało się trudnych do wyjaśnienia.






Pociąg-widmo do stacji Kymlinge - Silverpilen


Sztokholmskie metro to nie tylko najdłuższa galeria sztuki na świecie. Ma też swoje mroczne tajemnice. I swoją stację-widmo - a raczej stację, której po wybudowaniu po prostu nigdy nie oddano do użytku, Kymlinge. Na tej stacji, według miejskich legend, zatrzymują się aluminiowe wagony pociągu typu C5, Silverpilen (srebrnej strzały), tak różne od niebieskich pociągów kojarzących się ze sztokholmskim metrem. Na stacji Kymlinge podobno wysiadają tylko zmarli...


21 września 2017

Podobni ale fałszywi! Polsko-szwedzcy fałszywi przyjaciele tłumacza - Miesiąc Języków

Czy Szwed i Polak trzymają te same rzeczy w portfelu i w neseserze? Jak nie pogubić się w terminach? I dlaczego szwedzkie ciastko może wydawać się Polakom niesmaczne? I skąd w ogóle przyszły mi do głowy takie pytania?

Za tym wszystkim stoją fałszywi przyjaciele (szw. falska vänner) - pary wyrazów, które brzmią lub wyglądają podobnie w różnych językach, ale znaczą coś innego, często ZUPEŁNIE innego. Bardzo łatwo przez nie wpaść w pułapkę i popełnić jakąś towarzyską lub zawodową gafę. Kilku takich fałszywych przyjaciół prezentowałam już w cyklu "Językowy smaczek tygodnia" - pojawił się wtedy kujon, który z nauką ma niewiele wspólnego, i konkurs, który w swoim szwedzkim znaczeniu odnosi się do porażki. 

Przed fałszywymi przyjaciółmi często się ostrzega, a nawet wręcz nimi straszy. Ja natomiast uważam, że te pozorne podobieństwa mogą pomóc nam w wymyśleniu skojarzeń lub historyjek, które raczej pomogą nam w ich zapamiętaniu. Na dziś wybrałam kilkanaście przykładów, o których z doświadczenia wiem, że zaskakują, bawią, robią zamieszanie lub mogą wydawać się złośliwe. Rysunki do wpisu wykonała Aga - mam nadzieję, że pomogą Wam w zapamiętaniu różnic między podobnymi do siebie słowami!

KRUK



Potraficie odróżnić od siebie kruka, gawrona, wronę i kawkę? Ja już się nauczyłam, ale wiem też, że dla wielu osób to właściwie jedno i to samo zwierzę. Zanim zaczniemy zastanawiać się nad nazwami ptaków ich etymologią, uprzedzam: szwedzkie słowo kruka nie ma z latającymi stworzeniami nic wspólnego. To doniczka.

Z krukowatymi jest tak, że ich nazwy są dźwiękonaśladowcze, a więc stoi za nimi krakanie (podobno w dawnej polszczyźnie istniało krukanie). Z tym że po szwedzku za krakanie na "kra" odpowiada wrona - kråka, podobnie brzmi też gawron - råka. Szwedzki kruk to korp, niezwykle zresztą niepodobny do duńskiego i norweskiego ravn, islandzkiego hrafn czy nawet niemieckiego Rabe albo angielskiego raven. 



PORTFEL



Co trzymacie w portfelu? Monety, banknoty, kartę płatniczą? Może i dowód osobisty i bilety, a czasem stare paragony albo zdjęcie ukochanego albo dzieci? Ja ostatnio widziałam, że Szwedzi najczęściej przechowują wszystkie te rzeczy w otwieranych etui na telefon, nie zmienia to jednak faktu, że po szwedzku portfel to plånbok (potocznie mówi się czasem plåska lub plånka - taką nazwę nosi zresztą popularny producent etui na karty i bilety). Słowo portfölj oznacza natomiast aktówkę, neseser albo tekę (w języku szwedzkim istnieje też pojęcie minister utan portfölj - minister bez teki). 


NESESER



Jak już mówimy o teczkach różnego rodzaju: torba na dokumenty, którą my nazywamy aktówką czy neseserem, to właśnie portfölj albo attachéväska, tak zwana dyplomatka. Tu na boku ciekawostka, niezbyt pewnie przyjemna: zdarza się, że plastikowe reklamówki w Szwecji wciąż nazywa się potocznie polsk attachéväska, polską aktówką - tak najwyraźniej zapamiętano  sobie emigrantów z Polski w latach 70. i 80. (więcej o tym przeczytacie na blogu hemma hos Johanssons). Ale ja właściwie nie o tym chciałam. Bo ciekawe jest to, że szwedzki necessär to... kosmetyczka. Choć zdarza się, że gdy widzę panie, które na wakacje pakują swoje suszarki, prostownice i kremy na każdą okazję, myślę sobie, że rzeczywiście przydałby się im neseser.


SLIPY

Polacy noszą slipy na pupie, a Szwedzi... na szyi. No, może nie naprawdę. Ale to zdanie pomaga zapamiętać, że szwedzkie słowo slips oznacza krawat i jest zapożyczeniem od niemieckiego Schlips.


TAK



Wygląda (nie brzmi) jak nasze wyrażanie potwierdzenia, ale po szwedzku oznacza albo sufit albo dach. Albo-albo, bo nie ma na to dwóch osobnych słów, tak samo jak na ołówek i długopis, można najwyżej doprecyzować czy chodzi nam o "tak" zewnętrzne, yttertak, a więc dach, czy "wewnętrzne", innertak, czyli sufit. To, co brzmieniem może bardziej przypominać nasze potakiwanie, to szwedzkie "dziękuję", czyli tack.



TACKA


No właśnie, jak już mówiliśmy o dziękowaniu, to czasownik "dziękować", tacka wygląda dokładnie tak jak naczynie do przenoszenia dań.


SEMESTR, TERMIN i DATA



No dobrze, teraz trzymajcie się mocno, bo przed nami cały łańcuch fałszywych przyjaciół! Może pamiętacie już, że semestr, który nam kojarzy się z okresem nauki i ciężkiej pracy, dla Szwedów oznacza labę - semester to wakacje, ferie, urlop. O tym, jak to możliwie, a więc o tym, jak semester zaczęło w tym znaczeniu funkcjonować w języku, pisałam Wam w tekście o wakacjach. Jak w takim razie po szwedzku nazywają się części roku szkolnego albo akademickiego? To termin - semestry zimowy i letni to odpowiednio hösttermin i vårtermin (czyli tak naprawdę jesienny i wiosenny). No dobrze, a w takim razie jak przetłumaczyć termin w znaczeniu wizyty u jakiegoś specjalisty? Wtedy najczęściej używa się słowa tid, które dosłownie znaczy czas. Można na przykład zarezerwować termin u lekarza - boka tid hos läkare.

Uważajcie też na daty! Data jako oznaczenie dnia i miesiąca, to po szwedzku datum (np. Vad är det för datum idag? - Jaka jest dzisiaj data?). Słowo data w języku szwedzkim może być formą mnogą od tego właśnie datum, ale jako niepoliczalny rzeczownik oznacza dane, informacje.


KAKA



No dobrze, na koniec przechodzimy do słowa, którego właściwie nie ma w słowniku języka polskiego, ale które na pewno na pewnym etapie poznają dzieci (i wtedy przypominają sobie o nim rodzice). Szwedzkie słowo kaka nie tylko wymawia się inaczej niż dziecięce określenie na kupę, ale znaczy też coś zupełnie innego! Bo to ciasto albo ciastko - np. chokladkaka to ciasto czekoladowe a pepparkakor to pierniczki.

_______________________________



Wpis jest moim wkładem w celebrowanie września jako Miesiąca Języków, a konkretnie trzeciej edycji tej akcji organizowanej przez grupę Blogi językowe i kulturowe. Przez cały miesiąc na różnych blogach ukazują się wpisy poświęcone podobieństwom między językiem polskim a językami obcymi lub między Polską a innymi krajami. Dla przykładu, wczoraj Ola z Englishake pisała o czasach w języku angielskim i podobnych konstrukcjach w polszczyźnie, a jutro Justyna z bloga Daj Słowo zaprezentuje Wam idiomy polsko-angielsko-rosyjskie. Mój tekst o języku szwedzkim to nie jedyny wpis poświęcony Szwecji - zajrzyjcie jeszcze do Wojtka z Polskiego gadania o szwedzkich rzeczach i poczytajcie o (nie)porozumieniach między typowym Januszem a typowym Svenem.



Pełny harmonogram akcji dostępny jest TUTAJ. Jeśli spodobał się Wam nasz pomysł, chcecie poszukać z nami podobieństw językowych i kulturowych na wielu płaszczyznach, zajrzyjcie do spisu, zapoznajcie się z gotowymi tekstami i zapiszcie w kalendarzu, na które wpisy jeszcze czekacie. Możecie jeszcze dołączyć do naszego wydarzenia na Facebooku.

W całym przedsięwzięciu medialnie wspiera nas portal językowy bab.la.






Przeczytajcie też na Szwecjoblogu:

07 września 2017

Lagom - szwedzka sztuka życia

Wydawane ostatnio książki o skandynawskim szczęściu i skandynawskiej (a nawet polskiej!) sztuce życia (klik!) są do siebie podobne - podobny format, sztywna okładka i dość sztywny papier, kartki pełne ilustracji, zdjęć, wykresów, infografik, ramek z faktami, ważnymi cytatami z tekstu wydrukowanymi raz jeszcze ale większą czcionką. Hygge, które od zeszłego roku pojawia się wszędzie w rozmaitych kontekstach, tak że - jak to się mówi - niedługo strach będzie otworzyć lodówkę, zniechęciło niektórych do szukania szczęścia wśród mieszkańców Północy, którym w zasadzie chyba tylko świece i koce w głowie. Wciąż zastanawiam się, jak "hyggemania" wpłynęła na obraz Skandynawii w ogóle. Byłam więc dość sceptycznie nastawiona do poradnika na podobną modłę, tyle że w duchu szwedzkim, nie duńskim. Tym bardziej, że już wcześniej spotykałam się z nazywaniem lagom trendem i to w dziedzinach, w których kompletnie się tego nie spodziewałam.



Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że sama "czuję", o co chodzi z tym całym lagom. Poznałam to słowo po prostu jako... słowo. Kiedy ktoś w restauracji zamawiał lagom stark danie (czyli średnio ostre) albo kiedy dyskutowało się o tym, że egzaminy powinny być ułożone på en lagom nivå, na średnim poziomie, nie za wysokim, nie za niskim. Czyli, jak widzicie, zero "filozofii", "sekretu życia" czy "etosu". Oczywiście, nie raz prowadziło się wokół lagom językoznawcze debaty o (nie)przetłumaczalności i czytało się, że Szwecja to takie landet lagom, kraj lagom, co łączono z prawem Jante i ideałami tolerancji, demokracji i równouprawnienia, hasłami ważnymi współcześnie dla tego kraju. O landet lagom niektórzy znajomi wypowiadali się też raczej z przekąsem, a i z telewizyjnej ankiety sprzed kilku lat wynika, że nie wszyscy Szwedzi reagują na to hasło hurraoptymistycznie. Tymczasem w tym roku, Elle i Vogue okrzyknęły lagom nowym buzzwordem, trendem, no ogólnie: jest hype na lagom.

Książka Linnei Dunne ładnie się w ten hype wpisuje i jest ładnie wydana. Ze spójnymi ilustracjami w odcieniach natury, odwołująca się do kwestii ważnych i codziennych: życie prywatne i zawodowe, jedzenie, styl, zdrowie, relacje międzyludzkie, środowisko i szczęście. Odnoszę wrażenie, że powinno się ją oceniać osobno, w dwóch różnych kategoriach, jakby były dwiema osobnymi pozycjami, z innych półek.

Lagom. Szwedzką sztukę życia można odebrać jako superprzyjemną książkę o urokach szwedzkiego życia. Zdjęcia i grafiki są trochę jak z folderu z biura turystycznego albo katalogu IKEA, z uśmiechniętymi rodzinami i pracownikami. Podobał mi się cytat z początku książki, który wydawał mi się zapowiedzią dystansu do tematu, szwedzką autoironią:

"Może i Szwedzi nie są najszczęśliwszym narodem na świecie, ale nieodmiennie plasują się w górnej dziesiątce najróżniejszych rankingów zadowolenia. Oto koronny przykład szczęścia w stylu lagom - umiarkowania, a nie euforii i uniesienia, a już zdecydowanie nie samozadowolenia."

Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy autorka jako jedną ze swoich inspiracji przywołuje postać Jonasa Gardella. Z Linneą Dunne mogłybyśmy sobie nawet przybić piątkę, bo tak skrupulatnie prezentuje ciekawe słowa - w książce znaleźli się nawet lattepappor, tatusiowie latte! Nie zabrakło oczywiście fragmentów o tym, co przyjemnie jest robić w Szwecji, a więc obowiązkowo fika, fredagsmys, lördagsgodis (choć piątkowe zajadanie się taco czy sobotnie wcinanie słodyczy z lagom mi się aż tak bardzo nie kojarzą)zakupy na loppis, a w sezonie uczty rakowe (kräftskivor) czy granie w kubb. Czyli wszystko, co tak mi bliskie i o co tak często sama jestem dopytywana. Autorka porusza też kwestię szwedzkiego work-life balance, fenomen zrzeszania się w społeczeństwie uznawanym za indywidualistów i frapujące obcokrajowców wspólne pranie. Jeśli podobała się Wam Nordicana Kajsy Kinselli, na pewno spodoba się Wam Lagom Linnei Dunne.

Dunne zapunktowała u mnie też opisem "ciemnych stron lagom", tu w książce jednoznacznie, w czarno-białym ujęciu, nazwanych mitami wokół lagom. Że niby gloryfikuje przeciętność. Że wprowadza policję obyczajową. Że potępia pewność siebie.

Z drugiej strony, warto pamiętać, że książka o lagom to wciąż lektura, którą można znaleźć na półkach oznaczonych etykietami "poradniki", "rozwój osobisty" czy "psychologia". W tych kategoriach wypada blado. Po pierwsze, nie do nie do końca rozumiem ideę zamieszczania przepisów kulinarnych w poradnikach tego typu. Po drugie, lagom, tak jak pisałam, dla mnie ma trochę inny wymiar, ale jeśli już ma urastać do rangi "filozofii" i "etosu" to trochę nie pasuje mi przykładanie ich do banalnych i często bardzo materialnych kwestii. Ale to może tylko moje odczucie. Oto wybrane cytaty z poradnikowej części, które pokazują, jak można wprowadzić lagom do swojego życia:
- "pamiętaj, żeby zawsze mieć w domu dużo świec",
- "szwedzkie tacos podnoszą samoobsługę do rangi sztuki",
- przejdź "na zieloną stronę mocy", a więc zostań wegetarianinem / weganinem, "choć trend wege nie jest wyłącznie szwedzki",
- "myśl piknikowo",
- "quiche dobrze pasuje do podejścia lagom",
- "uzupełnij stylizację prostym koczkiem, który kilka lat temu ochrzczono »kokiem Lykke Li«"
- "jedna ściana z kolorem albo tapetą jest akceptowalna, ale cały pokój to trochę za dużo. Jedna ściana jest lagom"
- "zacznij robić na drutach"
- "husvagnssemester - to najbardziej lagom urlop, jaki możesz sobie wyobrazić"
- "zgodnie z etosem lagom recycling nie powinien być trudny"

Inną rzeczą jest, że trochę smuci mnie, że potrzeba poradników, by dziś przypominać nam o prostych rzeczach, prostych przyjemnościach. Zgadzam się natomiast w stu procentach z pewnym zdaniem z książki, które podsumowuje tę całą lagom-filozofię: "Szczęście w sensie lagom nie polega na ekstremach". Prawda?



Linnea Dunne Lagom. Szwedzka sztuka życia (Lagom. The Swedish Art of Balanced Living)
Wydawnictwo Burda Publishing Polska
2017
tłum. Agata Trzcińska-Hildebrandt


Na koniec jeszcze fun fact. Pod koniec września wychodzi jeszcze jedna książka o lagom, innej autorki. Tym razem w Marginesach. Czy okładka Wam czegoś nie przypomina? ;)

źródło


25 sierpnia 2017

Szwedzka łacina podwórkowa, czyli 6 ciekawostek o szwedzkich przekleństwach

Dwudziesty piąty dzień miesiąca może oznaczać tylko jedno - ruszamy w podróż W 80 blogów dookoła świata. Tym razem zapnijcie pasy, bo będzie ostro - temat miesiąca jest językowy i padło na... przekleństwa! Szwedzkie przekleństwa to jeden z tematów, których według statystyk bloga najczęściej tu szukacie. Proszę bardzo, dziś specjalnie dla Was: 6 ciekawostek o szwedzkich przekleństwach.




#1 
Niektórzy żartują, że przeklinanie po szwedzku brzmi raczej jak recytowanie wyrwanych z kontekstu fragmentów Biblii. 
W językach świata wulgaryzmy odnoszą się do kilku motywów: części ciała, wydzieliny ciała, stosunków płciowych... Szwedzi klną natomiast najczęściej wokół motywów religijnych. Przekleństwami są na przykład jävlar, fan, satan czyli diabły i szatany, oraz helvete - piekło.



#2 
Jak przeklinać, żeby... nie przeklinać? 
Przekleństwa związane z religią jeszcze jakieś kilkadziesiąt lat temu brzmiały naprawdę bardzo ostro! Z wulgarnego szatana robiono szable (satan → sablar), z diabłów żelazne gwoździe (jävlar → järnspikar) albo... Fabiana (fan → Fabian). To tak jak nasze wszystkie kurze stopy, motyle nogi, cholibki i inne kurczęta pieczone.

#3 
Ewolucja szwedzkiej łaciny podwórkowej 
Kiedy przekleństwa religijne przestały być takim tabu, automatycznie pojawiły się inne zakazane słowa. Teraz tym "ostrzejszym" motywem są wulgaryzmy związane z seksualnością. Prawdopodobnie pod wpływem innych języków, między innymi angielskiego. Ewolucję przeszło też słowo skit (dosł. gówno), które dziś może też stanowić wzmocnienie także pozytywnych przymiotników. Nikogo więc nie zdziwi, kiedy jakiś Szwed będzie zachwycony opowiadał, że na Tinderze poznał skitsnygg dziewczynę (dosł. gównoładną)...



źródło



#4 
The F Word 
W Szwecji zdarza się słyszeć przekleństwa po angielsku, prawdopodobnie dlatego, że ich wydźwięk nie zawsze odpowiada wtedy "kalibrowi" oryginału. Czy to dlatego w Szwecji przeszły takie tytuły Fucking Åmål Lukasa Moodysona (w anglojęzycznej dystrybucji Show me love) albo Aldrig fucka upp Jensa Lapidusa (w polskim wydaniu Zimna stal) i dlatego Robin Bengtsson najpierw śpiewał w swojej piosence I can't go on, że "you look so fucking beautiful", a podczas finałów Eurowizji musiał zmienić wersję na "freakin'"?


#5 
Parszywa dwunastka? 
W skandynawskiej tradycji istnieje "przeklinanie liczbami", na przykład sjutton (17), attan (forma od 18) czy tusan (forma od 1000) - prawdopodobnie pozostałość ze średniowiecza.


#6 
Z zawodu: przeklinacz (i pijak) 
Po polsku mówi się, że ktoś klnie jak szewc, po szwedzku: jak miotlarz (att svära som en borstbindare). Te same zawody, odpowiednio szewc i miotlarz, występują też w związkach frazeologicznych dotyczących nałogowego picia.

Więcej o szwedzkim przeklinaniu możecie oczywiście przeczytać w mojej książce, I cóż, że o Szwecji, w rozdziale zatytułowanym "Zakazane owoce i jabłka niezgody".



Nie byłabym też sobą, gdybym nie poleciła Wam tych dwóch filmików związanych ze szwedzkimi przekleństwami -



Po pierwsze, Martin z jednego z moich ulubionych kanałów The Swedish Lad:




Po drugie: PewDiePe - nie wiem, dlaczego, ale bardzo często zdarza się, że na wieść o moich zainteresowaniach językiem szwedzkim znajomi wysyłają mi filmiki, w których PewDiePie przeklina. Albo kompilacje z gier, kiedy wyrzuca z siebie całe serie dziwacznych połączeń wulgaryzmów, albo te, kiedy opowiada o szwedzkich przekleństwach. Najwyraźniej więc to jest trendy. I pewnie ktoś z czytelników i tak by to podesłał:






Zajrzyjcie, co o rzucaniu mięsem w różnych językach i krajach napisali inni blogerzy!



Austria:


Brazylia:


Chiny:


Dania:

Finlandia:

Francja:

Hiszpania:
Kirgistan:

Niemcy:
Niemiecki w Domu - Przekleństwa po niemiecku

Norwegia:

Polska

Rosja:

Turcja:

Wielka Brytania:
Angielski dla każdego - Angielskie przekleństwa

20 sierpnia 2017

Prasówka Szwecjobloga #2

Oto kolejna porcja szwecjoblogowych internetowych wykopalisk i niusów!




  • Jak nazywają się te warzywa - quiz dla znających szwedzki

Brokuł, jagody goji, oberżyna, acerola, physalis czy oregano - wiele z tych roślin znamy właśnie pod takimi międzynarodowymi nazwami. Okazuje się, że mają swoje szwedzkie odpowiedniki. Ba! Nawet u nas występują pod zwyczajowymi polskimi nazwami. Jeśli nie znacie szwedzkiego i nie możecie rozwiązać quizu, polecam Wam poszukanie tych polskich ekwiwalentów - ja kilka razy nieźle się zdziwiłam!


  • Zlatan bohaterem gry na urządzenia mobilne

Zlatan Ibrahimović to już cały biznes. I to nie tylko związany z piłką nożną. Szwed zadebiutował już w branży odzieżowej, ma też swoją linię perfum. Teraz startuje z grą na urządzenia mobilne: Zlatan Legends, w której jego postać przypomina Iron Mana. Premiera miała miejsce w 17 sierpnia, początkowo będzie dostępna na iOS, zapowiadana jest też wersja na Androida.


  • Co będziemy czytać jesienią
Serwis LubimyCzytać zaprezentował niedawno listę jesiennych zapowiedzi wydawniczych. Miłośników książek, szczególnie miłośników kryminałów, pewnie ucieszy kilka szwedzkich nazwisk. Już 7 września premierę będzie mieć wyczekiwana kolejna część serii Millenium napisana przez Davida Lagercrantza: Mężczyzna, który gonił swój cień (Wydawnictwo Czarna Owca, tłum. Maciej Muszalski). W listopadzie premierę będzie mieć kolejna odsłona tajemnic Fjällbacki, Czarownica Camilli Läckberg (Wydawnictwo Czarna Owca, tłum. Inga Sawicka)

Muszę też podzielić się jeszcze jedną zapowiedzią, szczególnie dla mnie ważną. 8 listopada polską premierę będzie mieć książka Elisabeth Åsbrink 1947. Świat zaczyna się teraz (Wydawnictwo Poznańskie). Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie podczas lektury i wzbudziła równie wiele emocji, kiedy pracowałam nad jej przekładem. Mam nadzieję, że po nią sięgniecie.


  • Wywiad z Martą z bloga Veganama
Blog Marty śledzę od pewnego czasu - zaimponowała mi swoim podejściem do życia, przykuła uwagę pięknymi zdjęciami. Bije od niej spokój i szczerość. W wywiadzie w cyklu rozmów z mamami na emigracji opowiada o życiu w leśnym domku, o pierwszych krokach w Szwecji, rozwoju zawodowym, życiu "po wegańsku". Lubię czytać rozmowy z blogerami, których czytuję/oglądam. To trochę jakby rozsiąść się obok nich na kanapie i posłuchać, co mają do opowiedzenia.


  • Darmowy ebook "Wakacje z blogami"
Stworzyliśmy dla Was ebooka! My, to znaczy część składu grupy Blogi językowe i kulturowe. Zaplanowaliśmy dla Was najciekawsze wycieczki po wybranych miejscach w "naszych" krajach: Francji, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii, Szwecji (tu - jak się domyślacie - mój wkład) Wielkiej Brytanii, Czech, Gruzji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tak powstało 87 stron wyjątkowego przewodnika ilustrowanego zdjęciami.


  • Nadchodzi wrzesień, a z nim Miesiąc Języków
Czekałam, kiedy wreszcie będę mogła zapowiedzieć Wam to wydarzenie!
Miesiąc Języków to doroczne wydarzenie organizowane przez blogerów językowych i kulturowych dla uczczenia Europejskiego Dnia Języków, 26 września. Ale ponieważ my lubimy języki, rozciągamy świętowanie na cały miesiąc. Przez cały wrzesień będziecie mogli codziennie przeczytać nowe wpisy poświęcone wybranemu językowi lub krajowi, ale połączone tematycznie z językiem polskim i Polską. Co wyniknie z takiego połączenia? Zobaczymy! Ale mamy nadzieję, że zainspiruje Was to do odkrywania i poznawania nowych języków. Żeby nie przegapić wpisów, śledźcie nasz grupowy fanpage na Facebooku, pierwszego września pojawi się pełny harmonogram, z informacjami o uczestnikach i przyjaciołach akcji. Przypomnijcie sobie, na czym polegały poprzednie edycje.

18 sierpnia 2017

Rozmównik i Sprytny słownik - czy polubimy się z takimi materiałami?

Wakacje powoli dobiegają końca, nie dziwcie się więc, że zaczęłam dość intensywnie rozglądać się za nowymi materiałami przydatnymi na zajęciach języka szwedzkiego. Zazwyczaj szukam szwedzkich książek, tym razem wydawnictwo Lingea zaskoczyło mnie wprowadzeniem nowych pozycji: Rozmównika polsko-szwedzkiego i Sprytnego słownika szwedzko-polskiego i polsko-szwedzkiego. O materiałach tego wydawnictwa - gramatyce i rozmówkach - pisałam już kiedyś na blogu. Nie wszystkie rozwiązania zaproponowane w tych książkach mi się spodobały, ale nie da się ukryć, że kieszonkowa gramatyka w pigułce opisana po polsku czy kieszonkowy słownik tematyczny o (bo tak traktuję raczej rozmówki, o czym przeczytacie w poprzedniej recenzji) to pozycje, których brakowało. Rozmównik i sprytny słownik to dla mnie rozwiązania zupełnie nowe, dlatego bardzo chciałam zapoznać się z ich formułą.




Rozmównik, czyli co?


Rozmównik polsko-szwedzki bardzo mi się spodobał, chociaż ja raczej nazwałabym tę książkę "tekstownikiem" albo "pisannikiem" - ciężko mi uwierzyć, żeby ktoś przy jej pomocy nauczył się rozmawiać, skoro w żadnym miejscu nie ma informacji o wymowie.



Autorzy we wstępie tłumaczą, że Rozmównik to połączenie słownika i rozmówek - bo zawiera nie tyle tłumaczenie słów, co całe zdania, zwroty i idiomy zawierające dane hasła, które nie są uporządkowane tematycznie, a alfabetycznie (według polskich haseł). Dlatego właśnie tak trudno mi uwierzyć, żeby ktoś rzeczywiście ratował się rozmównikiem w trakcie konwersacji, ale mam wrażenie, że świetnie sprawdzi się jako pomoc przy pisaniu wypracowań - kiedy trzeba sprawdzić, z jakim czasownikiem łączy się dany rzeczownik albo kiedy chcemy poszukać szwedzkiego odpowiednika jakiegoś polskiego powiedzenia czy zwrotu i uniknąć przy tym językowych kalk i wpadek w rodzaju "thank you from the mountain".


Podobało mi się też to, że autorzy zwracają uwagę na trudniejsze słowa, które uczącym się mogą się często mylić, tak jak przymiotnik "ciężki", który w zależności od kontekstu możemy przetłumaczyć jako tung, svår czy grov. W niektórych wprawdzie dopatruję się jakichś regionalizmów, np. Har du nyckar med dig? tłumaczone jako Masz u siebie klucze?, z lektorskiego doświadczenia chętnie dopisałabym też kilka swoich uwag w przypadku innych haseł, jak chociażby różnica między sämre värre tłumaczonymi jako "gorszy".




Rozmównik przyda się początkującym uczącym się, którzy czują się jeszcze niepewnie jeśli chodzi na przykład o kolokacje - wreszcie będzie można to sprawdzić w książkowym, kieszonkowym wydaniu, na którym można robić notatki ołówkiem, kiedy jeszcze nie ma się śmiałości szukać w korpusach i kiedy Google wypluwa dużo różnych wyników. Na pewno ucieszy też trochę bardziej zaawansowanych uczniów i studentów, którzy mogą go potraktować jako fajną kopalnię ciekawych wyrażeń.


Sprytny słownik - czy na pewno taki sprytny?

Tak jak Rozmównik bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, tak Sprytny słownik okazał się pod wieloma względami rozczarowujący. Sprytność tego słownika miała polegać na tym, że łączy w sobie cechy "dwustronnego" słownika oraz dodatkowo zawiera jeszcze 70 stron rozmówek (w środkowej części), skrócone kompendium zasad gramatyki (na końcu), a do tego dla trudniejszych słówek adnotacje dydaktyczne - czyli wszystko, czego życzyliby sobie uczniowie i studenci (i wszyscy przeżywający swoją przygodę ze szwedzkim) w jednym miejscu, w kieszonkowym formacie. Tak to mniej więcej wygląda w środku:




Jeśli przyjrzycie się układowi haseł w szwedzko-polskiej części, wszystko wydaje się być w porządku. Jest zapis wymowy - tym razem za pomocą uniwersalnych symboli, a nie "spolszczony", jak we wcześniej wydanych rozmówkach, są dodatkowe informacje o tym, jak odmieniać słowa. Dobór haseł czasem zaskakuje. Jeśli korzystacie ze słownika Kubitskyego albo śledzicie fanpage Jacek Kubitsky, pewnie nie raz zaintrygowały Was tłumaczenia, np. snitseljakt - 'polowanie na koniu za tropem zamarkowanym skrawkami papieru' albo dansa långdans genom rummen - 'przelecieć w tanecznym korowodzie przez pokoje'. W Sprytnym słowniku takich smaczków prawdzie nie znalazłam, ale i tak nieźle zdziwiłam się, że w słowniku bądź co bądź kieszonkowym i o charakterze ogólnym znalazły się takie hasła jak 'sowa pójdźka' (pod hasłem 'sowa'), 'słup totemiczny' (pod hasłem 'słup' - tu bardziej na miejscu w związku ze szwedzką kulturą byłby chyba słup majowy...), czy nazwy chorób, np. 'pryszczyca' (no dobra, wiem, że w pierwszym rozdziale podręcznika dla zaczynających naukę Rivstart w zwykłym dialogu w rodzaju "Jak się nazywasz" / "Miło cię poznać" pojawia się słowo 'próchnica', ale to wciąż inny kaliber niż 'pryszczyca') albo roślin, np. 'mieczyk' (dla ciekawych: gladiolus albo sabellilja).

To wszystko mogłoby wyglądać na to, że się czepiam, ale w słowniku znajdziemy hasła 'pryncypium', 'pryszczyca' i 'sowa pójdźka' (nigdy w życiu nie użyłam ich ucząc się szwedzkiego na poziomie podstawowym a nawet średniozaawansowanym, ale dajcie znać, jeśli ktoś z Was miał okazję, to musiała być fascynująca rozmowa), ale za to nie dowiemy się, co to tak naprawdę jest fika, nie ma też hasła lagom (tym istotniejsze, bo to bardzo modne słowo przecież), a to dwa pojęcia ważne dla szwedzkiej kultury, które na pewno pojawią się i podczas nauki, i podczas codziennych sytuacji. Nie ufam też słownikowi, który tłumaczy słowa na korpojęzyk albo sugeruje, że wszystko było tłumaczone za pośrednictwem języka trzeciego - angielskiego - i że takich kwiatków może być więcej (patrz: genomgång jako 'briefing'). Nie zaufam też słownikowi, który jako szwedzkie tłumaczenie podaje słowa w szwedzkim słowniku oznaczone komentarzem "obraźliwe" (patrz: Murzyn - svart person i Murzynka - negress. Czy to dlatego w stopce redakcyjnej nikt nie chciał podpisać się nazwiskiem tylko ukryć się pod pojęciem "zespołu redakcyjnego Lingea"? 


Co jeszcze? Dobrym pomysłem było umieszczenie na końcu gramatycznego kompendium, takie rzeczy zawsze się przydają przy słownikach, kiedy od razu możemy sprawdzić, co z danym słowem można dalej zrobić. Szkoda tylko, że i tam napotkałam te kwestie, które przeszkadzały mi w Gramatyce i Rozmówkach: objaśnienia symboli wymowy, w tyɕ, o którym debatowałam już w poprzednim wpisie i na Facebooku, które tu znów zapisane jest innym symbolem i tym razem opisane już nie jako "sz", ale "głoska podobna do polskiego cz, ale wymawiana bardziej miękko". Chodzi o dźwięk w słowach kjol, tjugo, kärlek, köpa, kilometer, a objaśnienia powinny dotyczyć wymowy standardowej a nie dialektalnej. Znów mam wrażenie, że jeśli książka nie jest typowym słownikiem, a tak chyba chcieli autorzy, dodając część rozmówkową, przydałaby się płyta z nagraniami. W rozmówkach i w tej wersji brakuje rodzajników w części, gdzie wypisane są w słupku - narzekałam na to poprzednio, teraz można się bronić tym, że jest przecież obszerna część słownikowa, w której wszystko można sprawdzić od razu.



Podsumowując: Rozmównik na pewno trafi na moją półkę jako źródło inspiracji i materiał do inspirowania innych. Cieszę się, że zwraca się uwagę na to, jak ważne jest, by uczyć się słów w kontekście, z konkretnymi zwrotami, w całych wyrażeniach, by unikać wpadek dosłownego tłumaczenia. Sprytny słownik bardzo mnie zawiódł. Formuła sama w sobie wydała się atrakcyjna, ale sama książka zamiast słownictwa uczy raczej tego, jak wiele ostrożności potrzeba przy korzystaniu ze słowników...



Na jakie rzeczy Wy zwracacie uwagę przy wyborze materiałów do języka obcego? Jakich materiałów do języka szwedzkiego Wam najbardziej brakuje, czy jest coś, co chcielibyście zobaczyć w polskich księgarniach, w porównaniu z szeroką ofertą materiałów do języków "popularnych", np. angielskiego czy niemieckiego? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...