13 września 2019

Czy język szwedzki jest trudny?

Czy język szwedzki jest trudny? Czy języka szwedzkiego trudno się nauczyć? Takie pytania słyszę bardzo często, i w prywatnych rozmowach, i na uniwersyteckich dniach otwartych drzwi i na spotkaniach autorskich. Tak naprawdę wcale nie tak łatwo na nie odpowiedzieć. Bo najlepszą odpowiedzią byłoby "to zależy".

Wiele zależy od tego, jaki jest nasz język ojczysty. Pewnie nie raz widzieliście w internecie zdjęcie z wykładu ze slajdem, prezentującym słowo 'gra' i utworzone od niego wyrazy pochodne odmienione na różne możliwe sposoby jako dowód na to, jak trudna jest polszczyzna.


źródło: Pintrest

Na co dzień pewnie nie myślimy, że polski jest trudny. Albo w ogóle nie zastanawiamy się nad tym, jaki jest. Języki jawią się nam jako łatwe lub trudne między innymi poprzez różnice między nimi, a wtedy mamy raczej na myśli trudności związane na przykład z wymową poszczególnych, "obcych" dźwięków czy z opanowaniem konkretnych kategorii gramatycznych. Na przykład: jeśli w naszym rodzimym języku nie ma rodzajników, trudność może sprawić nam ich opanowanie w szwedzkim czy niemieckim. Dodatkową trudnością i dodatkowym wysiłkiem związanym z nauką jakiegoś języka może być konieczność przyswojenia innego alfabetu czy systemu pisma.

Znajomość innych języków obcych i ogólne doświadczenie z uczeniem się języków także odgrywa rolę w ocenie języka jako trudny lub łatwy (o tym, jak najlepiej uczyć się języka szwedzkiego, napiszę w następnym poście). Powiedzenie, że ćwiczenie czyni mistrza, to nie kłamstwo i pewnie już przekonaliście się o tym na własnej skórze. Tak samo pewnie niejednokrotnie mieliście wrażenie, że łatwiej przychodzi zapamiętanie słownictwa czy konstrukcji w jednym języku obcym, jeśli możemy je porównać z innym językiem obcym. Na początku nauki szwedzkiego wszędzie w szwedzkich tekstach dostrzegałam niemieckie słówka. A na lekcjach poświęconych gramatyce przykładałam sobie chociażby użycie czasu perfect czy zdań wyrażających przyszłość do tego, co znałam z angielskiego, Har ni gjort läxan z Have you done your homework, Det kommer att regna z It's going to rain. Na dodatek konstrukcja Jag ser honom komma (Widzę, że przychodzi) od razu skojarzyła mi się z łacińskim ACI, którą tyle razy przecież ćwiczyliśmy na lekcjach w szkole.

O patrzeniu na języki jako łatwe i trudne przeczytacie też u Patryka Topolińskiego w ebooku Językowa siłka - skuteczne metody nauki języków. To właśnie rozdział na ten temat skłonił mnie, by odnieść się do Waszych pytań we wpisie. Chciałabym dziś zatem opowiedzieć w ogromnym skrócie, czego możecie spodziewać się, jeśli zaczniecie przygodę ze szwedzkim, co powinno iść gładko, a w jakich obszarach dobrze jest uzbroić się w cierpliwość w uczeniu się. Nie wiem, czy to dokładnie odpowie Wam na pytanie, czy język szwedzki jest trudny, ale może chociaż trochę pokaże, z czym to się je 😉


Bułka z masłem...

Alfabet

Na początek dobra wiadomość z kategorii chyba tych najbardziej oczywistych. Szwedzki alfabet składa się z 29 liter i oprócz standardowych liter alfabetu łacińskiego są w nim litery Å (zwane przez studentów często "świętym A", "A z aureolką" 😊), Ä i Ö. Tu zatem trudności nie trzeba się spodziewać.

Uwaga na marginesie: Å, Ä i Ö znajdziemy na końcu szwedzkiego alfabetu. Przyznaję, że czasem przy pracy zdarza mi się, że "szwedzki wjeżdża za mocno" i w polskim słowniku szukam wyrazów z Ą czy Ó za daleko!

Odmiana 

Pamiętacie tę scenę z Dnia świra z odmianą czasownika posiłkowego to be?


Byliście odpytywani z odmiany niemieckich czasowników w czasie teraźniejszym i brzmiała Wam trochę jak jakieś rymowanki, szczególnie z końcowym sie/Sie? W szwedzkim nie będziecie mieć takich problemów - czasowniki mają jedną formę dla różnych osób. Zamiast I am, you are czy sie/Sie sind usłyszelibyśmy jag är, du är, de är - do tego współcześnie zaimka formy grzecznościowej (jak niemieckie Sie czy hiszpańskie usted) czy też nie ma, bo w Szwecji wszyscy zwracają się do siebie po imieniu, na ty, a więc na du.

O przypadkach też zapomnijcie. No, może nie o dopełniaczu (we wpisie o tym, jak wymawiać nazwy szwedzkich dań, wspominałam o daniu [kogo? czego?] dnia, dagens rätt? Wytłuszczone w wyrażeniu -s to właśnie końcówka dopełniacza) i nie w kwestii zaimków (szwedzkie podręczniki częściej mówią tu jednak nie tyle o odmianie przez przypadki, co o 'formie podmiotu' i 'formie dopełnienia', subjektsform i objektsform, np. han - honom, on - jemu, mu, nim itd.).

Słownictwo

Pamiętacie, jak w I cóż, że o Szwecji pisałam o tym, jak Szwedzcy Demokraci chcieli wpłynąć na szwedzkie słownictwo?
Nie tak dawno Szwedzcy Demokraci (Sverigedemokraterna), skrajnie prawicowa partia, zrobili wokół siebie dużo zamieszania, kiedy wyszli z pomysłem, by ograniczyć używanie anglicyzmów i zatrzymać import obcych słów. Te, które już utarły się w języku, ale mają swoje rodzime odpowiedniki, też powinny znaleźć się na słownikowej czarnej liście. Rada Języka Szwedzkiego wprawdzie nie do końca wyobrażała sobie, w jaki sposób można byłoby przeprowadzić taki projekt, ale szwedzcy dziennikarze i komicy bardzo szybko podłapali temat i zaczęli wyliczać słowa, jakich należałoby zakazać, gdyby wniosek SD został przyjęty. Zaczęło się bardzo przyziemnie od ziemniaków (potatis) i toalety, by skończyć na prztyczkach kierowanych w stronę samej partii i jej polityków. Nieszwedzko brzmią przecież „strefy no-go”, „wrażliwe strefy miejskie” (przez naszych polityków chętniej określane „strefami szariatu”). Nie mówiąc o tym, że „demokraci” też szwedzkim słowem nie są.
Do tego pomysłu SD odniosła się też Elisabeth Åsbrink w tłumaczonej przeze mnie książce Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród. Zwraca tam uwagę na to, że język szwedzki nie jest samotną wyspą odizolowaną od świata, ale że przez stulecia ulegał wpływom innych języków, m.in. niemieckiego, francuskiego czy angielskiego:
Köpa, räkna, arbete, stad, rådman, hantverk, skomakare, snickare, hyvla, redskap, trappa, frukt, krydda, konst i kunskap (kupować, liczyć, praca, miasto, rajca, rzemiosło, szewc, stolarz, heblować, narzędzia, schody, owoc, przyprawa, sztuka, umiejętność) to kilka przykładów słów, które pojawiły się w języku szwedzkim dzięki ówczesnym imigrantom. [...] Badania z lat 70. XX wieku wskazują, że niemieckie zapożyczenia w języku szwedzkim stanowią 24–30% słownictwa, zależnie od sposobu liczenia. W XVII wieku do szwedzkiego przenika także parę francuskich słów, na przykład marmelad, audiens i familj (marmolada, audiencja, rodzina). A za nimi przychodzą ateljé, byrå, staty i medaljong (atelier, biuro, statua i medalion). [...] Do zapożyczeń dołączyły takie słowa jak möbel, maskerad, divan, soffa, frisyr (mebel, maskarada, kanapa, sofa, fryzura), a także kongress, officiell, jargong i journalist (kongres, oficjalny, żargon i dziennikarz). Zapożyczenia z francuskiego stanowią dzisiaj około 6% szwedzkiego słownictwa. Potem nadchodzi angielszczyzna. W XIX wieku język szwedzki wzbogacił się o takie słowa jak gentleman, panorama i klan. [...] Pojawiło się tego więcej. Biff (befsztyk), blunder (gafa), komfort oraz veranda, grill, turist, stenograf i lokomotiv. [...] Także w tym czasie, pod koniec XIX wieku, język szwedzki wzbogacił się o następujące słowa i wyrażenia: city, college, folklore, all right, intervju, anarkism, banta (odchudzać się), tippa (typować), reporter, agnostiker, slum, bojkott i räd (najazd). 
Jeśli uczycie się któregoś z tych języków obcych, pewnie to zestawienie Was ucieszyło. I pewnie zwróciliście też uwagę, że wiele z tych słów z niemieckiego, francuskiego czy angielskiego zapożyczyła też sobie polszczyzna i że można je uznać za internacjonalizmy. 
Dlatego też tak bardzo lubię, że podręcznik Rivstart rozpoczyna się ćwiczeniem, które pokazuje rozpoczynającym naukę szwedzkiego, że garść szwedzkich słówek już znają: hamburgare, advokat, bok, kaffe, potatis, papper czy mobil.

... i twardy orzech do zgryzienia

Wymowa

Jak brzmi szwedzki? Zdaniem internautów: jak jazda na kolejce górskiej, jakby ktoś gwoździem po szybie jeździł, jakby ktoś usiłował połknąć gorącego kartofla, jak mowa ufoludków, jak chiński, jak muzyka. Tak przynajmniej podsumowała to Karolina Koszałkowska w artykule Czy język szwedzki jest trudny na portalu Woofla - Świat Języków Obcych. A Radosław Kotarski we Włam się do mózgu przyznał, że język szwedzki, którego nauczył się od zera w pół roku na poziomie wystarczającym, by zdać egzamin SWEDEX na poziomie średniozaawansowanym, wydaje mu się "równie dźwięczny co spadający z metalowych schodów kaloryfer". Niezależnie od tego, czy się z tymi komentarzami zgadzacie, czy też nie, na pewno pokazują one, że szwedzka wymowa jest - jakby to powiedzieć - specyficzna 😉
A to za sprawą kilku czynników: przede wszystkim długości samogłosek i spółgłosek (we współczesnej polszczyźnie długość głosek jest po prostu... jedna), akcentu zdaniowego (pewne wyrazy w zdaniu - części mowy lub części zdania - są akcentowane lub nie), a także obecności tonemów, to znaczy akcentu muzycznego w wyrazach. To wszystko sprawia, że szwedzki brzmi tak melodyjnie ("jak jazda na kolejce górskiej", dźwięki płyną w dół i w górę - mam nadzieję, że o to chodziło autorowi komentarza). A jednocześnie dla uczących się to właśnie oznacza, że trzeba się będzie nauczyć imitować tę melodyjność.
PS Dobrze jak najwięcej się osłuchiwać się i powtarzać - TUTAJ polecałam Wam szwedzkie podcasty.



Poza tym w szwedzkim mamy dźwięki, których nie ma w polszczyźnie, np. tak zwany SJ-ljudet, dźwięk zapisywany (między innymi) zbitką liter SJ, jak w słowach sju (siedem) czy sjuksköterska (pielęgniarka) - pisałam o nim TUTAJ. One też będą musiały z czasem "ułożyć się nam na języku" w trakcie nauki.


Dialekty

Szwedzki szwedzkiemu nierówny. Pisałam o tym w TYM WPISIE poświęconym szwedzkim dialektom i wspominałam tam, jak podczas praktyk w Skanii musiałam powoli przyzwyczajać się do innej melodii zdań, rozciągniętych samogłosek i oczywiście "charczącego R", które bardzo różniły się od rikssvenska, języka standardowego, neutralnego, który znałam z zajęć i podręczników.
Jakie znaczenie mają dialekty z perspektywy uczenia się języka? Spokojnie, w podręcznikach i na kursach będziecie mieć do czynienia z językiem standardowym (szwedzcy lektorzy mogą mówić z pewnymi cechami swojego dialektu). Ale warto osłuchać się z różnymi wariantami szwedczyzny w wykonaniu rozmówców z różnych regionów, by mieć jak najmniej trudności w komunikacji np. podczas różnego rodzaju spotkań.

Szyk zdania

Szwedzki jest pięknym językiem. Szwedzki jest pięknym językiem? Szwedzki pięknym językiem jest (no dobra, a Słowacki wielkim poetą był). Uczę szwedzkiego w Poznaniu. W Poznaniu uczę szwedzkiego. Szwedzkiego uczę w Poznaniu.
W przestawianiu elementów zdania w polszczyźnie mamy sporą dowolność. W szwedzkim w zasadzie też, z tym zastrzeżeniem, że w zdaniu oznajmującym czasownik musi znajdować się na drugim miejscu (V2): Svenska är ett vackert språk, a w pytaniach, które po polsku zaczynają się od "czy" - na pierwszym: Är svenska ett vackert språk? W szwedzkim zdaniu miejsce podmiotu musi być obsadzone, np. Jag undervisar i svenska i Poznań. W zdaniu głównym przeczenie nie stawiamy po czasowniku, np. jag vet inte, jag kan inte (w odróżnieniu od polskiego "nie wiem, nie znam się" 😉
Swój porządek mają też zdania podrzędne, bisatser. Tam działa tak zwana reguła BIFF (dosłownie: befsztyk - tak ma być łatwiej ją zapamiętać): I en bisats kommer inte före det finita verbet - W zdaniu podrzędnym [przeczenie] inte (a także inne tak zwane okoliczniki zdaniowe) występują przed czasownikiem w formie osobowej. Na przykład: Jag köper inga köttbullar, eftersom jag inte äter kött - Nie kupuję klopsików, ponieważ nie jem mięsa.
O ile samo nauczenie się zasad na pamięć nie wydaje się problemem, trudniejsze jest ich zautomatyzowanie i sprawowanie kontroli nad szykiem zdania, kiedy produkujemy teksty na piśmie, a szczególnie w mowie.

Przyimki

Pamiętacie, jak to miło, że szwedzkich rzeczowników nie trzeba odmieniać przez przypadki, uczyć się końcówek biernika, celownika itd.? Ale nie ma nic za darmo 😉 Za to trzeba nauczyć się przyimków. Piszę długopisem, więc med en penna, w marcu panowie kupują kwiaty kobietom, a więc åt kvinnor. I tak dalej. Owszem, po polsku też używamy przyimków, ale nie zawsze możemy je przełożyć jeden do jednego. Rozmawiam przez telefon, ale po szwedzku i telefon [w telefonie], jestem w sypialni, w salonie, w łazience, w toalecie, ale: i sovrummet, i vardagsrummet, i badrummet, på toaletten [na toalecie]. Połączeń z przyimkami trzeba uczyć się po prostu na pamięć.


Określoność

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze określoność: temat, w którym bardzo mocno "siedzę". W czasopiśmie naukowym "Kultura i Polityka" (21/2017) w artykule Określony, czyli jaki? O pośrednim użyciu formy określonej z perspektywy uczenia się i nauczania języka szwedzkiego jako obcego podsumowywałam tę kwestię tak (pozostawiam odniesienia bibliograficzne jak w oryginalnym tekście):
Choć we wszystkich językach istnieją różne sposoby wyrażania różnicy między tym, co znane i tym, co nieznane, rodzajniki określony i nieokreślony występują w zaledwie 8% języków świata (por. Dryer 2013a i 2013b). W języku polskim określoność nie jest kategorią zaznaczaną morfologicznie, a do wspomnianej mniejszości należy właśnie język szwedzki oraz inne języki germańskie. Opanowanie systemu rodzajników w języku angielskim, którego znajomość często deklarują polscy uczący się języka szwedzkiego, jest dla uczących się języka obcego jednym z najtrudniejszych zagadnień, niemal niemożliwym do przyswojenia (por. Liu, Gleason 2002: 2; Ekiert 2010: 125–126). Podobne trudności napotykają także osoby uczące się języka szwedzkiego, gdy muszą opanować użycie rzeczownika w czterech różnych formach:
(1) bez rodzajnika, np. flicka – dziewczynka, hus – dom,
(2) poprzedzonego rodzajnikiem nieokreślonym, np. en flicka – INDEF dziewczynka, ett hus – INDEF dom, 
(3) z sufigowanym rodzajnikiem określonym, np. flickan – dziewczynka.DEF, huset – dom.DEF
(4) z sufigowanym rodzajnikiem określonym i poprzedzonego rodzajnikiem określonym, np. den (glada) flickan – DEF (szczęśliwa) dziewczynka.DEF, det (gula) huset – DEF (żółty) dom.DEF (Eriksson, Wijk-Andersson 1988: 1).
Często jednak okazuje się, że relacja między formą a znaczeniem jest nieco bardziej skomplikowana – na przykład wtedy, kiedy we frazach o znaczeniu określonym nie występują rzeczowniki w formie określonej, a więc z sufigowanym rodzajnikiem określonym, lecz rzeczowniki w formie bezrodzajnikowej, np. min hund – mój pies (Nyqvist 2013a: 23).
Oznacza to, że dla przyswojenia sobie zasad związanych z użyciem rodzajników powinniśmy opanować odpowiedzi na pytania, czy do rzeczownika w ogóle potrzebujemy rodzajnika czy nie (wtedy potrzebujemy tak zwanej formy nagiej, naken form). Jeśli rodzajnik, to czy będzie to rodzajnik nieokreślony (en, ett) czy nieokreślony (den, det, de) - przy czym w języku szwedzkim rodzajnik nie zawsze stoi przed rzeczownikiem jak w niemieckim (np. eine Hand - die Hand), ale przede wszystkim jest doklejany do rzeczownika (np. en hand - handen). A gdy opanujemy już to, ważne jest, żeby się nie rozpędzać i nie doklejać go tam, gdzie mamy już na przykład zaimki - min hund, mój pies, a nie *min hunden, nawet jeśli wiemy, że ten pies jest określony 🙃
W teorii brzmi to pewnie skomplikowanie, ale mam nadzieję, że już niedługo uda mi się w osobnym tekście na blogu pokazać Wam  w przystępny sposób, że zagadnienia związane z określonością mogą być naprawdę fascynujące!


A jakie Wy macie doświadczenia i wrażenia? Czy język szwedzki jest trudnym językiem?

09 września 2019

"Dobry wilk" - dobry reportaż

W czerwcu 2012 roku w ogrodzie zoologicznym w szwedzkim Kolmården doszło do tragedii: Karolina, pracownica ogrodu, została rozszarpana przez stado wilków. O sprawie głośno zrobiło się też w polskich mediach. Dziewczyna opiekowała się zwierzętami, od kiedy były jeszcze szczeniętami, jej wejście na wybieg stanowiło jedną z rutyn w jej pracy. Podczas konferencji prasowej dyrektor zoo wyraził smutek z powodu wypadku, ale podkreślił też obawy, jak zdarzenie wpłynie na „markę wilka” w Szwecji. Lars Berge zastanawia się, co to właściwie znaczy: czy zwierzęta, przyroda traktowane są jak marka, jak produkt? 


W ogrodzie zoologicznym Kolmården od lat 80. trwały projekty, mające na celu socjalizację z wilkami. W ramach projektu pod nazwą Närkontakt Varg, Bliski Kontakt z Wilkiem, opiekunowie poznawali „od szczeniaka” stado wilków.  Wkrótce stało się ogromną atrakcją dla turystów: samo wejście na wybieg i doświadczenie kontaktu z wilkami w ostatnich latach wygenerowało dla parku ponad 8 milionów koron. Takiego bliskiego kontaktu ze zwierzętami doświadczyli m.in. król Szwecji Karol XVI Gustaw, najbardziej znany szwedzki piłkarz Zlatan Ibrahimović, czy aktor Mikael Persbrandt – w jego przypadku miało to związek z przygotowaniami do roli Beorna w filmie Hobbit Petera Jacksona.



Zadeklarowanym celem Bliskiego Kontaktu z Wilkiem była próba zmiany negatywnego stosunku do drapieżnika, który – jak utrzymywali autorzy projektu – wynikał z niewiedzy i strachu. Dlatego wypadek był nie tylko tragedią dla wszystkich uczestników, lecz stał się również kolosalnym marketingowym fiaskiem. Bo jedyny wniosek, który się nasuwa po analizie działalności prowadzonej na wybiegu dla wilków w Kolmården, jest taki, że wilki rzeczywiście są niebezpieczne. Jak się okazało, to drapieżniki, które są w stanie zabić człowieka. Zamiast nadal szukać odpowiedzi na pytanie, kto w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ewentualnie wprowadził wilki do szwedzkich lasów, niniejsza opowieść będzie starała się więc dociec, jak i kiedy ludzie zaczęli wchodzić na wybieg dla wilków w Kolmården.
Lars Berge (którego możecie znać jako autora powieści Korponinja) w Dobrym wilku. Tragedii w szwedzkim zoo (szwedzki tytuł Vargatacken znaczy dosłownie "Wilczy atak") postanawia zbadać, jak w Kolmården mogło dojść do tragedii. Sprawa długo pozostawała nierozwiązaną zagadką, choć zapadł wyrok wskazujący na winę ówczesnego dyrektora ogrodu zoologicznego. Berge przedstawia sprawę w znacznie szerszej perspektywie. Śledzi nie tylko sprawę tragedii z 2012 roku, ale zastanawia się nad tym, co o ludziach w ogóle mówi organizowanie tego typu atrakcji, przeprowadzenie takich eksperymentalnych projektów z udziałem zwierząt. Zwraca uwagę na to, że kontakt człowieka z dziką przyrodą i dzikimi zwierzętami to właściwie cała historia skomplikowanych relacji.

Nasze dzieci nieustannie oglądają zwierzęta pod postacią uroczych rysunkowych stworzeń i miękkich pluszowych zabawek. My z kolei wpłacamy pieniądze na Światowy Fundusz na rzecz Przyrody i przejmujemy się losem zagrożonych gatunków. Zwłaszcza tych, które ładnie wyglądają na zdjęciach. Tymczasem prawdziwe, żywe zwierzęta, które oddychają i krwawią jak my, zniknęły z naszych oczu. Konsumujemy więcej mięsa niż kiedykolwiek, lecz masowa rzeź odbywa się w anonimowych obiektach w bezpiecznej odległości od nas.
Choć Berge opisuje przede wszystkim tragiczny wypadek w Szwecji, odwołuje się często do innych kontrowersyjnych historii, które obiegły serwisy informacyjne na całym świecie: niedźwiadka polarnego z Berlińskiego Ogrodu Zoologicznego, który stał się symbolem-maskotką ochrony zwierząt (szczególnie w czasie, kiedy jeszcze był mały i słodki), goryla Harambe z Cincinnati, zastrzelonego po tym jak kilkuletni chłopiec przeczołgał się pod barierką i spadł na wybieg, czy żyrafy Mariusa z kopenhaskiego zoo – zdrowego, ale „nadwyżkowego” zwierzęcia, którym na oczach odwiedzających nakarmiono drapieżniki. 

W reportażu Larsa Bergego czuć szczerość. Autor często podkreśla, że nie jest ekspertem od wilków, zaznacza swoją perspektywę dziennikarza, prowadzi czytelnika przez swój reporterski research: „wiem, że…”, „skontaktowałem się z…”, „przeczytałem...”. Bardzo dobrze zachowuje równowagę między fragmentami bardziej osobistymi, zwierzeniami, przemyśleniami czy wspomnieniami, a przedstawianiem faktów, referowaniem kolejnych zdarzeń i opinii ekspertów. Co ważne, w jego pisaniu czuć też szacunek wobec bliskich Karoliny, która zginęła w Kolmården – Berge nie szuka sensacji, ale w wyważony sposób dokonuje analizy. Bardzo podobało mi się to, że Berge nie tyle osądza, co zadaje pytania: sobie i czytelnikom.

Dobry wilk to mądry, poruszający i rzetelnie przygotowany reportaż. Przynosi odpowiedź na pytanie, jak mogło dojść do wypadku w Kolmården - historię poznacie w książce, ale już pewnie domyślacie się, że nie chodzi tu o rozważania, czy wilk jest zły czy to może jednak tytułowy "dobry wilk". Ocenić należy raczej człowieka. Choć punktem wyjścia była pojedyncza tragedia w Szwecji, reportaż skłania do myślenia o ludzkiej chęci zdominowania natury, jak również o relacjach z przyrodą i zwierzętami na tym bardziej codziennym, indywidualnym poziomie. Dotyka kwestii ekologii, bliskiego kontaktu z przyrodą - wartości, które w Szwecji są bardzo cenione, z którymi Szwecja kojarzy się też za granicą. Berge skupia się jednak na niewygodnych aspektach związanych z tymi wartościami. 
Rodzina nie rozumiała, dlaczego piszę tę książkę. Próbowałem wytłumaczyć, że w tragicznej śmierci Karoliny dostrzegam jakąś fundamentalną prawdę o ludzkiej kondycji; że nie był to tylko wypadek przy pracy spowodowany błędnymi procedurami bezpieczeństwa, lecz wydarzenie o znacznie większej wadze. Odnoszę wrażenie, że mówi ono o czymś niezwykle charakterystycznym dla Szwecji i o tym, jak sami siebie postrzegamy. W naszym własnym wyobrażeniu o sobie – poza tym, że kochamy przyrodę – jesteśmy postępowym i sprawiedliwym społeczeństwem, które nieustannie zmierza ku nowoczesności. Jesteśmy dumni z tego, że mamy najlepsze programy ochrony zwierząt i najbardziej zaawansowane prawo pracy na świecie. Przez dwieście lat, do czasu ataku w Kolmården, żaden szwedzki obywatel nie został zagryziony przez wilka.
Na koniec - na szwedzkiej okładce książki znajduje się trafne podsumowanie, które chciałabym przytoczyć w luźnym tłumaczeniu, bo moim zdaniem świetnie pokazuje, o czym jest ta książka i dlaczego warto po nią sięgnąć: „To nie jest książka przyrodnicza. To nie jest książka o wilkach w Skandynawii. To opowieść o ludzkości: ludzkiej obsesji, ambicji i chciwości. Ale też o niektórych ludziach, którzy chcą dobrze. Którzy chcą uratować świat. To książka, która opowiada o tym, jak przyroda stała się przemysłem rozrywkowym. Gdzie to, co dzikie, stało się przedmiotem naszych wyobrażeń, naszych wizji dobrego i złego. Wizji, jak powinno być zorganizowane społeczeństwo. To książka o ludzkim pragnieniu kontrolowania natury. Ogrody zoologiczne i to, co się tam dzieje, zdecydowanie pokazują raczej nas, ludzi, niż zwierzęta zamknięte na wybiegach. One bądź co bądź są tylko zwierzętami, podążającymi za instynktem. Ale przede wszystkim to książka o tym, co tak naprawdę wydarzyło się na wybiegu wilków tamtej niedzieli przed sześcioma [siedmioma] laty. I jak mogło do tego dojść.” To książka, o której chce się dyskutować. Jedna z najważniejszych, jakie przeczytałam w ubiegłym roku - dla Vargattacken zarwałam noc.

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo (Vargattacken
przeł. Irena Kowadło-Przedmojska 
Czarne 
2019


Premiera książki: 11.09.2019
Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przedpremierowego zapoznania się z polskim przekładem.

17 sierpnia 2019

Prawo Jante, Sandemose i Springer

Z klasykami literatury, tytułami kultowymi często jest tak, że to lektury niełatwe. Z jednej strony od razu mogą kojarzyć się z lekturami z czasów nauki w szkole lub na studiach. Mogą próbować narzucić nam, jak powinniśmy je odczytywać i odbierać ("jak zachwyca, kiedy nie zachwyca"). Z drugiej, to często pozycje, które zdążyły zacząć żyć własnym życiem, znalazły swoje miejsce w kulturze, cytaty z nich powtarzane są w oderwaniu od samego dzieła. A taka właśnie jest książka Uciekinier przecina swój ślad (przed tegorocznym wydaniem w Polsce znana z opracowań jako Uciekinier w labiryncie), którą w latach 30. napisał Aksel Sandemose.



To w niej sformułowane zostało tak zwane prawo Jante, jedno z pojęć, które nieustannie przewija się w rozważaniach nad skandynawską mentalnością. I choć powstała ponad osiemdziesiąt lat temu, w polskim tłumaczeniu ukazała się dopiero teraz. Co ciekawe, polskiej premierze Uciekniera... towarzyszy premiera nowej książki Filipa Springera Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz, w której autor opisuje swoją podróż na Północ w poszukiwaniu Jante - literackiego pierwowzoru, ale i tego skandynawskiego ducha, tkwiącego w ludziach na co dzień. Nie wiem, skąd wziął się ten pomysł, czy Springer napisał książkę wiedząc o planach wydania Uciekiniera..., czy wydanie książki duńsko-norweskiego autora miało niejako być odpowiedzią na padający w Dwunastym... zarzut, że mało kto z piszących o Jante tak naprawdę czytał oryginalne dzieło. Tak czy inaczej - pomysł Wydawnictwa Czarnego uważam za niezwykle ciekawy. I dający się podsumować tak, jak zresztą robi to jeden z bohaterów u Springera:
Niezły pomysł, trochę szalony.  [...] Bo kto dziś czyta Sandemosego? 
Dlaczego na Szwecjoblogu piszę o książce duńsko-norweskiego autora, którego akcja rozgrywa się w fikcyjnym duńskim mieście i o książce, która w większości opisuje właśnie Danię? Bo prawo Jante to tak właściwie pojęcie, które można odnieść do Północy w ogóle. Znów zacytuję Springera:
Duńczycy i Norwegowie mają Janteloven.
Szwedzi - Jantelagen.
Farerzy - Jantulógin.
Islandczycy - Jantelögin.
Finowie - Janten laki.
Ale wszyscy doskonale się rozumieją.
Wróćmy jednak do skandynawskiego autora. Aksel Sandemose pisał nowele i powieści po duńsku (np. Fortællinger fra Labrador - Opowiadania z Labradoru, Ungdomssynd - Grzech młodości), opierając się na swoich przeżyciach związanych przede wszystkim z pracą marynarza. Jego pierwszą książką po norwesku była En sjømann går i land (Marynarz schodzi na ląd) z bohaterem marynarzem Espenem Arnakke. Arnakke zabija człowieka, kierowany sprzecznymi uczuciami: podziwem i zazdrością, miłością i nienawiścią. Wierzy też, że do morderstwa w pewnym sensie doprowadziło go dzieciństwo przeżyte w zamknięciu opresyjnych zasad określających miejsce jednostki w niewielkiej społeczności miasta Jante. I to właśnie do tego powraca w Uciekinierze przecinającym swój ślad, noszącym zresztą podtytuł: Opowieść o dzieciństwie mordercy - książce, która przyniosła mu największy rozgłos.

Uciekinier przecina swój ślad to z jednej strony portret Jante jako społeczności, zbiorowości, o prowincjonalnej mentalności, kształtowanej między innymi przez religię i abstynencję, gdzie nie ma miejsca na anonimowość. To także portret pojedynczych postaci, ludzi niewdzięcznych, ciągle obserwujących i oceniających siebie nawzajem. Jak opisuje je główny bohater-narrator:
Jante to miasto dla skromnych, ciężko pracujących ludzi. Jest pięknie położone, chociaż dość nisko, więc jesienią niektóre jego części bywają zalewane. Otoczenie miejscami jest naprawdę bardzo piękne - uśmiechnięty, zmienny krajobraz. [...] Ale dla mnie to najbardziej szare miejsce na świecie. Dla mnie to miasto jest czymś zupełnie innym, a mianowicie moim prywatnym stosunkiem do wielu postaci. Gdybym wychował się w Arendal albo w Jönköping, moje uczucia wobec tych miast byłyby przypuszczalnie takie same.
Uciekiniera... czytało mi się niełatwo. Miesza się tu realizm z majakami, perspektywa dziecka z perspektywą dorosłego. Bez wątpienia jednak najciekawsze było dotarcie do najsłynniejszego, cytowanego po wielokroć "dekalogu" Jante:



Kilkadziesiąt stron później uzupełnione zostaje o jeszcze jedno:
11. Myślisz, że nic o tobie nie wiemy?

A z tego miejsca rusza Filip Springer:


Prawo Jante, zakotwiczenie w skandynawskiej tożsamości, rzeczywiście fascynuje. Wspominałam zresztą o tym w I cóż, że o Szwecji:
Długo byłam przekonana, że obecnie Jantelagen to wyświechtane, puste hasło, że takimi kategoriami się już nie myśli, bo mamy przecież łowców talentów, wyścig szczurów. Miałam wrażenie, że o prawie Jante czyta się dziś tylko w podręcznikach do nauki języka szwedzkiego. Myślałam, że zapytanie Szweda, jak Jantelagen ma się do stereotypowego szwedzkiego umiarkowania i pokory, byłoby jak pytanie Polaków o to, jak postać Pana Twardowskiego ma się do stereotypowej polskiej zaradności i sprytu (do czego ostatnio nawiązują zresztą krótkometrażowe filmy w reżyserii Tomasza Bagińskiego). A tu proszę. Oglądam jeden z pierwszych odcinków nowego sezonu szwedzkiego Idola: prowadzący rozmawia z dwudziestotrzyletnią uczestniczką. Kiedy pada pytanie, dlaczego dziewczyna zgłosiła się do programu i czy sądzi, że może wygrać, zaczyna się krygowanie. Bo w Szwecji mamy przecież Jantelagen i właściwie nie wypada mówić, że wierzy się w swoje szanse na wygraną, ale z drugiej strony chciałaby rzucić zasadom Jante wyzwanie. Kilka dni później wybrałam się na plenerowy koncert w centrum Göteborga. Kiedy przychodzi moment dziękowania publiczności, wykonawców znów krępuje prawo Jante. Niby rozpiera ich duma z tego, co robią, i radość z tłumu zgromadzonych pod sceną słuchaczy. Ale żeby tylko nikt nie zaczął podejrzewać, że jako zespół myślą sobie, że są kimś, że są lepsi od innych, że publiczności na nich zależy!
Później słyszę jeszcze odcinek mojego ulubionego szwedzkiego podcastu Konsten att vara Clary Henry i Gustafa Jernberga poświęcony właśnie radzeniu sobie z Jantelagen: prowadzący przeciwstawiają zasady rodem z Jante odnoszeniu sukcesów, pewności siebie i głoszeniu "niepopularnych opinii", o których ostatnio tak często słyszę u szwedzkich influencerów. O konflikcie między Jante a sławą i sukcesami opowiadał też Alexander Skarsgård goszcząc u Stephena Colberta. 



W tych przykładach przestrzeganie prawa Jante kojarzy mi się z rozwijaniem syndromu oszusta: braku wiary we własne osiągnięcia, uważania ich za dzieło przypadku i lęku przed ujawnieniem niekompetencji. Jednocześnie wydaje mi się to - paradoksalnie - w nieco innym odczytaniu iść w parze z tak bardzo przecież skandynawską wiarą w równe traktowanie i tolerancję.

Czy Aksel Sandemose rzeczywiście wymyślił prawo Jante, czy tylko po prostu opisał panujące w tym czasie wartości, ukształtowane przez purytanizm i ruchy trzeźwościowe? Elisabeth Åsbrink o obecności Jante w Szwecji tak pisze w książce Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród (Wielka Litera):
Najważniejszą konsekwencją, jaką przyniósł purytanizm, był zakaz wywyższania się. Indywidualizm był w porządku – o ile tylko nie oznaczał zbytniej pewności siebie. Aż do 1934 roku było to szwedzką wartością, która nie doczekała się własnego określenia. Ale kiedy duńsko-norweski pisarz Aksel Sandemose wydał powieść Uciekinier w labiryncie, nagle stało się jasne, jakim pojęciem powinno się opatrzyć zasadę, którą wszyscy znali, stosowali, ale nikt jej nie nazwał: „Nie myśl, że jesteś kimś”. Prawo Jante. Zakaz zbytniej pewności siebie. Tu koło się zamyka. Ruchy społeczne wciąż zostawiają swój ślad. Sandemose zaczerpnął dziesięć przykazań Prawa Jante z duńskiego ruchu trzeźwościowego, w który zaangażowany był jego ojciec. Znalazł je w jego dzienniku, różniły się tylko tym, że każde zdanie kończyło się tymi samymi dwoma słowami: Nie myśl, że jesteś kimś, k i e d y   p i j e s z. 
Prawo Jante ukształtowało w pewnym sensie skandynawską tożsamość dlatego, że można się było w nim odnaleźć, że w istnienie Jante, nie tyle tego geograficznego, ale raczej mentalnego, dało się uwierzyć. Stwierdzić, że społeczność rzeczywiście tak działa i... ma działać. 

Jante dziś to inne Jante niż to sprzed osiemdziesięciu lat. Wyznaczają je nie ruchy religijne i trzeźwościowe, ale ruchy migracyjne (nawiązuje do tego jeden z rozmówców u Springera) i kult jednostki, kult celebrytów podsycany przez media.


PS Dla tych, którzy polubili pisanie Springera o architekturze i publicznej przestrzeni mam dobrą wiadomość. W moim odczuciu Dwunaste... to książka niejako złożona z kilku książek (taką myśl nasuwa zresztą forma przedstawienia spisu treści) - są tu reporterskie rozmowy o Jante, jest tu pogoń za fikcyjnym Olem (połączenie fiction z non-fiction od razu budzi skojarzenia z Sandemosem i Jante - fikcyjnym, choć podobno mającym przełożenie jeden do jednego na mieszkańców Nykøbing Mors), ale są tu też... mosty. Nie bez powodu poświęca się im uwagę w książce o Północy z ucieczką w tytule:
Poza tym, odkąd istnieją mosty łączące wyspę ze stałym lądem, nie ma już sensu uciekać. Mosty niweczą każdą próbę. Sprawiły, że każda ucieczka jest tylko złudzeniem, niczym więcej.
Aksel Sandemose, Uciekinier przecina swój ślad. Opowieść o dzieciństwie mordercy
(En flyktning krysser sitt spor. Fortelling om en morders barndom)
przeł. Iwona Zimnicka
Wydawnictwo Czarne
2019

Filip Springer, Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz
Wydawnictwo Czarne
2019

13 sierpnia 2019

Szwedzkie jedzenie - jak je wymówić?

Kto nigdy nie zastanawiał się, jak wymawia się croissant, de volaille, gnocchi, tagliatelle, guacamole czy inne chow mein? Kuchnia szwedzka nie jest tak popularna jak francuska, włoska czy azjatycka, więc okazji do zamawiania szwedzkich dań nie ma na co dzień tak dużo, ale co jeśli wyjedziecie do Szwecji i chcielibyście w restauracji albo kawiarni poprosić o jedzenie i być zrozumiani? Albo jeśli po powrocie z wycieczki chcielibyście opowiedzieć znajomym, co jedliście? Dlatego właśnie pomyślałam, że komuś z Was może przydać się taki wpis. Może nie będę miała tak zabawnych anegdot i ważnych ostrzeżeń jak to, by nazwę makaronu penne wymawiać zaznaczając wyraźnie podwójne N, żeby przypadkiem w knajpie nie poprosić o... penisa. Ze zbyt dokładnym wymawianiem zresztą też nie przesadzajcie, jak bohater tego filmiku:




No dobrze, od czego więc zaczniemy? Oczywiście od szwedzkich klopsików, köttbullar! Historii i popularności mięsnych kulek poświęciłam cały wpis - KLIK! Ale jak się je właściwie wymawia?


A więc niezależnie od tego, czy klopsiki lubicie czy nie, proszę, nie mówcie o nich jako shitbullar😉 Pamiętajcie też, że forma köttbullar to liczba mnoga od słowa en köttbulle. Często słyszałam, że ktoś w Ikei zamówił sobie "köttbullary" - na początku trochę mnie to raziło, ale z drugiej strony przecież zjadamy też krakersy i nuggetsy, z liczbą mnogą angielską i polską jednocześnie. A! I jeszcze jedno! Dżem, jaki dostajecie do klopsów, to nie tyle żurawina (tranbär) tylko borówka brusznica (lingon



Lubicie jedzenie w stylu zero waste, takie trochę dania "na winie", bo trafia do nich, co się nawinie? 😉 Pewnie polubicie potrawę pyttipanna (zapisywaną też jako pytt i panna, co trochę czytelniej może pokazywać znaczenie nazwy, dosłownie: drobne rzeczy na patelni). Do pyttipanny powinny nawinąć się drobno pokrojone ziemniaki, cebula i mięso (na przykład wołowina, wieprzowina albo po prostu kiełbasa czy klopsiki), często to typowe resztki z obiadu. Na talerzu towarzyszy jej zazwyczaj jajko smażone i marynowane buraczki.



Innym znanym klasykiem jest Janssons frestelse, dosłownie: pokusa Janssona, warstwowa zapiekanka z ziemniaków, cebuli i anchois w szwedzkim rozumieniu, czyli konserwy ze szprotek. Wymawia się ją tak:


A jeśli zamiast mięsnych i rybnych przysmaków wolelibyście po prostu wsunąć naleśniki, to poproście o pannkakor 


Pamiętajcie też, że wiele szwedzkich restauracji ma w ofercie dagens rätt/dagens lunch, danie/lunch dnia, nazywane często po prostu dagens. Serwowane jest oczywiście w określonych godzinach dnia (na przykład 11.00-15.00) i skorzystać można z niego w korzystnej cenie, często nawet 90-100 koron. W tę cenę zazwyczaj wliczony jest bar sałatkowy, pieczywo, zimny napój oraz kawa (o sposobach na w miarę tanie podróżowanie po Szwecji pisałam TUTAJ). Dagens wymawia się tak:
/


Naszym obowiązkowym zamówieniem podczas wycieczek po Szwecji jest kanapka z krewetkami, räksmörgås. Oprócz krewetek znajdziecie na niej sałatę, jajka, majonez, często także kawior, a do tego podawana z kawałkiem cytryny. Räksmörgås ma formę otwartej kanapki, przy czym samego pieczywa często nie widać nawet pod "obkładem". Kanapkę czytamy tak:



Jeśli rozmawiamy o szwedzkim jedzeniu, koniecznie trzeba wspomnieć o śledziach! Na przykład popularnych także i u nas klasycznych matiasów, czy właściwie śledziach à la matias, matjessill, w octowej zalewie z przyprawami.
Zbitkę TJ w słowie matjes można wymówić też tak, że przypomina trochę angielskie słowo matches - to wykorzystano w reklamie puszkowanych matiasów Abby:



Warto wspomnieć jeszcze o torcie kanapkowym, smörgåstårta, czyli takiej jakby wielkiej, wielopiętrowej kanapce, najczęściej z pieczywa tostowego, przekładanej rozmaitymi pastami lub serkami do smarowania i dekorowanej na przykład warzywami tak, by wyglądała jak tort - świetnie sprawdza się na przykład jako przekąska na imprezach. Ten nietypowy "tort" po szwedzku wymawiany jest tak:


No dobrze, to teraz pora na słodkości! Pewnie doskonale znacie bułeczki cynamonowe, kanelbullar. Ich nazwa ma w sobie tę samą cząstkę co klopsiki (te dosłownie są mięsnymi bułeczkami właśnie). Teraz już będziecie wiedzieć, że w szwedzkiej kawiarni czy piekarni możecie poprosić o:
(słyszycie tę charakterystyczną melodię w wyrazie? Tak właśnie brzmią szwedzkie złożenia, sammansättningar, pisałam o nich m.in. TUTAJ i TUTAJ)



Lubianą słodkością jest są też marcepanowo-ponczowa roladka punschrulle nazywana też odkurzaczem, dammsugare. Poznacie ją po charakterystycznym kształcie i zielonym kolorze marcepanu, na przykład na zdjęciu niżej z "łupami" z zimowej wycieczki do Sztokholmu. Jak wymówić nazwy takiej roladki? Tak (i to też złożenia):
/




Na zdjęciu widzicie też czekolady kultowej wręcz marki Marabou. Czy wiecie jak się ją czyta? Usłyszycie to na przykład w reklamie czekolady sprzed kilkunastu lat. Hasłem kampanii było: "Ile kostek cię uszczęśliwi" / "Po ilu kostkach się uśmiechniesz" - brzmi znajomo, prawda?



A skoro była już mowa o zielonym marcepanie, to wspomnijmy jeszcze o "torcie księżniczki", prinsesstårta, o którym pisałam na blogu w TYM wpisie. Lubicie? Czy to dla Was za dużo słodyczy? Tak czy inaczej, warto wiedzieć, jak tę słodycz nazywają Szwedzi:



Nie zapomnijcie też o innym ważnym słowie: fika! Poczytajcie o nim TUTAJ, a potem posłuchajcie, jak wymawiają je Szwedzi. I jak można kogoś na fikę zaprosić!






A na koniec: ciekawostka! Jest kilka takich produktów spożywczych, które Szwedzi nie wiedzą, jak wymówić! 😉 No dobrze, nie tyle nie wiedzą, co nie są zgodni, jak je wymówić, to znaczy nie ma jednego standardu wymowy, a akceptowanych jest kilka wariantów. Dotyczy to takich słówek jak:

kex
/


Całe zamieszanie bierze się tu stąd, że według zasad szwedzkiej wymowy K, po którym następuje samogłoska E, powinno się czytać jak "Ś". Tylko że słowo kex w języku szwedzkim to zapożyczenie: pochodzi od angielskiego cakes  czytanego przecież przez K (a pamiętacie, że wspominałam już o tym, jak można się obchodzić z obcą końcówką liczby mnogiej? Kex doświadczył tego samego co nasze czipsy!). O tym "konflikcie" między 'keksem' i 'sieksem' śpiewają Go Royal w piosence Swedish Fika, która jakiś czas temu stała się internetowym wiralnym sukcesem:



kaviar
/
Słyszycie pewnie, że to, którą sylabę zaakcentujemy, wpływa na długość i brzmienie samogłoski A. W reklamie popularnej pasty rybno-kawiorowej Kalles Kaviar nazwa produkty czytana jest jednak przez "A" (w reklamie pada komunikat: "Ważna wiadomość od Kalles Kaviar: bawienie się jedzeniem jest zupełnie okej")




lakrits
/


Z lukrecją jest ten sam problem, co z kawiorem! I nie mam tu na myśli wstrzelenie się w czyjś gust i upodobania kulinarne, ale kwestie akcentu i długości samogłoski w wyrazie. 

PS Wymowa, którą prezentuję Wam we wpisie, pochodzi ze strony Forvo. 
O Forvie napisałam już kiedyś osobny wpis, jeśli uczycie się języków, nie tylko szwedzkiego, albo w Waszej pracy zdarza się Wam zmierzyć na przykład z obcymi nazwiskami, ta strona bardzo może się Wam przydać, poczytajcie: KLIK!

10 sierpnia 2019

Szwecja, Szwajcaria, Swederland?

Dokąd wybralibyście się chętnie na wakacje? Może do kraju, którego nazwa zaczyna się na SZ i kończy na JA? Uważajcie, żeby się nie pomylić. Do takiej pomyłki doszło zeszłym roku, kiedy szwedzki serwis Spotify debiutował na nowojorskiej giełdzie papierów wartościowych - na budynku giełdy obok wielkiego baneru z logo Spotifya zawisły flagi: amerykańskie i... szwajcarska.

Mylenie ze sobą Szwecji i Szwajcarii, szczególnie w kontekście anglojęzycznym (Sweden / Switzerland, Swedish / Swiss) jest w zasadzie dość częste. To trochę jak z myleniem przymiotników Dutsch i Danish (holenderski i duński), nazw państw Poland i Holland (tak, doświadczyłam tego na własnej skórze), ale także Słowacji i Słowenii albo Iraku i Iranu jak w znanym dowcipie o blondynce.

Na nowojorskiej giełdzie pomyłkę z flagami oczywiście poprawiono po kilkunastu minutach. Ale wiecie, jak to jest w internecie: tu nic nie zginie, co więcej - historia wpadki zaczęła żyć własnym życiem. Wystarczy tylko zobaczyć, jak potoczyła się dyskusja prowadzona przez profile konsulatów Szwajcarii i Szwecji w Nowym Jorku pod cytowanym wyżej tweetem. 

Udostępniano serie grafik, ilustrujących różnice między tymi dwoma krajami: od flagi, przez marki zegarków, czekolady po dumę z noży: w Szwecji - do sera, osthyvel, w Szwacjarii - niezawodnych scyzoryków.




The Local przygotował swoje zestawienie 12 faktów (UWAGA: z przymrużeniem oka!), których zapamiętanie może pomóc w odróżnieniu od siebie Szwecji i Szwajcarii. Między innymi:

król: Karol XVI Gustaw vs Roger Federer
plaże: 3218 km linii brzegowej vs brak dostępu do morza
czterotysięczniki: brak (Kebnekaise ma 2097 m n.p.m) vs kilkadziesiąt szczytów
wkład w świat alkoholu: brännvin vs absynt
zderzacze hadronów: brak vs jeden

Jeśli myślicie, że dobrze idzie Wam odróżnianie tych państw, możecie spróbować rozwiązać quiz, także przygotowany przez portal The Local: KLIK.

Żeby było zabawniej, śmieszkowanie z mieszania Szwecji i Szwajcarii trwało dłużej. Linie lotnicze SWISS już wcześniej podchwyciły temat w swoich działaniach marketingowych, organizując konkurs, w którym do wygrania były bilety lotnicze do nieistniejącego kraju: Swederland (Szwecjaria? 😉). Tak naprawdę były to wycieczki do Szwajcarii... ze szwedzkim przewodnikiem. 




+ filmik kampanii na Facebooku: KLIK!


Dlaczego Wam o tym wszystkim piszę? Bo tak się składa, że w tym roku ukazały się przewodniki moich dwóch koleżanek po piórze (po klawiaturze?) - właśnie po Szwecji i Szwajcarii. A że z dziewczyn jestem dumna, chciałabym Wam te książki gorąco polecić. Za "Praktyczny przewodnik" po Szwecji odpowiada Aldona Hartwińska z bloga Pofikasz? o Szwecji po polsku, a za "Inspirator podróżniczy" po Szwajcarii i Liechtensteinie odpowiedzialna jest Joanna Lampka, autorka bloga Szwajcarskie BlaBliBlu. Te dwie serie przewodników wydawnictwa Pascal trochę się od siebie różnią, ale w obu znajdziecie kompendium informacji na temat krajów, moc ciekawostek, interesujące, często nieszablonowe pomysły na zwiedzanie czy rekomendacje od autorek, gdzie i co warto zjeść. Obie książki na pewno zachęcą Was do wakacyjnych (i nie tylko) wyjazdów. A znajomym, szczególnie tym anglojęzycznym, może będzie warto je podsunąć, żeby raz a dobrze uporządkować, jak to ze SZ...JĄ jest 😉



Pozostałe źródła:

07 sierpnia 2019

Sztokholm: jedzenie i picie jako przeżycie

Pytania o rekomendacje, jakie atrakcje turystyczne i jakie lokale gastronomiczne warto odwiedzić w Sztokholmie, pojawiają się bardzo często na Facebooku i Instagramie. A gdyby tak połączyć je w jedno? Jakie lokale gastronomiczne w szwedzkiej stolicy mogą stanowić atrakcję turystyczną samą w sobie?

Czy restauracje kawiarnie i bary w ogóle można traktować jako atrakcje turystyczne? Oczywiście! W internecie pełno jest na przykład zestawień w stylu "5 najdziwniejszych restauracji na świecie", które prezentują lokale znajdujące się pod wodą czy na platformach zawieszonych w powietrzu na dźwigu. Są restauracje stylizowane na więzienie albo szpital. Atrakcją dla turystów są też lokale, które zagrały w filmach czy serialach albo pojawiają się na kartach książek (przypominam Wam na przykład o Fridolfs konditori w Ystad, gdzie Kurt Wallander przychodził na bułeczki cynamonowe lub kanapki i popijał je kawą lub mlekiem, a gdzie turyści najczęściej wybierają dzisiaj ciastko Wallandera,  Wallanderbakelse). Są miejsca słynne z tego, że serwują wyjątkowe rzeczy (na przykład w Göteborgu: ogromne bułeczki cynamonowe, Hagabullar, w Café Husaren).

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o dwóch takich miejscach w Sztokholmie, gdzie jedzenie i picie staje się właśnie takim przeżyciem!

Najpierw coś dla głodnych - restauracja Aifur. Jeśli wałęsacie się po Gamla Stan, na pewno rzucił się Wam w oczy nietypowy szyld z nazwą lokalu zapisaną runami (adres: Västerlånggatan 68b)


Doskonale zapowiada to, co znajduje się w środku. Wśród lokali z kuchnią włoską, tajską, indyjską czy japońską, Aifur jest perełką, bo to restauracja... wikińska.

Klimat czuć tu od początku. Wejdziecie do ciemnego wnętrza, gdzie od razu usłyszycie dźwięki ludowej muzyki (wieczorami granej na żywo na tradycyjnych instrumentach), a przywita Was herold, który jak tylko pozna Wasze imiona, zadmie w róg i przedstawi Was biesiadującym gościom. Zapomnijcie o kameralnych stolikach dla dwojga. Kolacja w tym miejscu przywodzi na myśl dawne uczty, siedzi się tu na przykrytych skórami ławach przy długich drewnianych stołach. Z początku zupełnie zbiło mnie to z tropu, ale szybko okazało się, że współbiesiadnicy już wcześniej zdążyli wczuć się w klimat lokalu i bardzo szybko nas w niego wciągnęli. Pracująca tu załoga od razu skojarzy się Wam z bohaterami serialu Wikingowie: długowłosi wytatuowani mężczyźni i kobiety o misternie zaplecionych fryzurach, wszyscy w lnianej odzieży. I wszyscy skorzy do zagadywania i żartów.

Jedzenie to nie tyle potrawy z epoki wikińskiej, ale mocno nią inspirowane: ryby i mięsiwa (m.in. dziczyzna i jagnięcina), przyprawy, które wikingowie z odległych krain przywozili na Północ. Napitki warte polecenia to przede wszystkim ogromna różnorodność miodów pitnych. Z menu możecie zapoznać się na stronie, poczytacie tam też ciekawostki dotyczące pochodzenia nazw poszczególnych pozycji w karcie. Jedzenie było naprawdę smaczne, ale lokal chyba jednak słynie bardziej z klimatu niż kuchni.

 I uważajcie! Widelcom brakuje zębów, a kieliszkom nóżek 😉




Wybierając się na wikiński obiad lub kolację, warto zarezerwować sobie miejsce  (szczególnie jeśli wybieracie się większą drużyną) - bardzo prosto można to zrobić przez stronę internetową lokalu. Można oczywiście wejść "z marszu", ale w godzinach gastronomicznego szczytu może to się wiązać z koniecznością czekania w kolejce.

A teraz coś dla spragnionych! Pewnie słyszeliście już o pierwszym na świecie lodowym hotelu - to ICEHOTEL w Jukkasjärvi w północnej Szwecji (ręka do góry, kto z tego pokolenia, że pamięta, że w lodowej kaplicy hotelu wziął ślub - jeden ze swoich ślubów - Michał Wiśniewski w reality show o własnym życiu). Mało kto wie, że w Sztokholmie znajduje się pierwszy na świecie permanentny lodowy bar - ICEBAR. Znajdziecie go w samym centrum, w budynku Hotel C Stockholm, (adres: Vasaplan 4).


Jego wnętrze stworzone jest z lodu z lapońskiej rzeki Torne i tworzą je rzeźbiarze odpowiedzialni za ICEHOTEL właśnie. Co roku w kwietniu motyw przewodni lodowych rzeźb (a także menu na barze) się zmienia. Obecnie jest to "Ziemia obiecana" (The Promised Land) i nawiązuje do fali migracji Szwedów do Stanów Zjednoczonych w XIX wieku. W zeszłym roku trafiłam na motyw wikingów - był wykuty w lodzie tron Odyna z krukami, wilk Fenrir, lodowe łodzie wikingów i dużo, dużo run!



W barze panuje temperatura -5°C (to może być idealne miejsce na ochłodzenie się w ciepłe, słoneczne dni - na przykład w lato, najpiękniejszy dzień w roku  😉 - a po więcej żartów m.in. ze szwedzkiej pogody zapraszam TUTAJ). Przed wejściem do baru wypożycza się specjalną pelerynę - żeby ochronić ciało przez zimnem lodu, a lód przed ciepłem od ciała. No i rękawiczki - z lodu są jest nie tylko wnętrze baru, ale też kieliszki, z których popija się drinki. Zdecydowana większość - jak można się spodziewać - na bazie szwedzkiej wódki Absolut (o miasteczku Åhus, "źródle Absolutu", pisałam TU), są też napoje bezalkoholowe i bar mogą odwiedzać też niepełnoletni.


Także tutaj warto zarezerwować sobie wcześniej wejście - tym razem nie tylko po to, żeby zagwarantować sobie miejsce, ale też żeby oszczędzić: opłata za wejście z rezerwacji jest niższa. I pamiętajcie, że kolejna kolejka nalana do tego samego, nieroztopnionego kieliszka 😉 także kosztuje mniej niż zamawianie drinka w nowym lodowym naczyniu. Informacje o aktualnych cenach znajdziecie na stronie ICEBARU.

Uprzedzając pytania: gdzie jeszcze w Sztokholmie można warto zjeść, niekoniecznie robiąc z tego jednak przygodę - polecam jeszcze dwa miejsca.

Przede wszystkim Hermans: Give Peas a Chance (adres: Fjällgatan 23B, Södermalm, niedaleko Fotografiska). Świetna restauracja z kuchnią roślinną, gdzie w tygodniu w porze lunchowej załapiecie się na bufet all you can eat w przyzwoitej cenie 140 SEK. Dania są rewelacyjnie pyszne i bardzo różnorodne, jestem pewna, że zasmakują nawet tym, którzy nie jedzą wege na co dzień. Do tego w lokalu panuje przyjemna, przyjazna atmosfera (jakby wpadało się na obiad do starych znajomych), a z restauracji jest świetny widok, m.in. na Gröna Lund.



Jeśli będąc w Szwecji zapragniecie klopsików, zajrzyjcie do Meatballs for the People (adres: Nytorgsgatan 30 w dzielnicy Södermalm), do lokalu specjalizującego się w mięsnych kuleczkach. Ja podczas ostatniego pobytu nie zdążyłam tam dotrzeć, ale poleciłam to miejsce przyjaciółce, która wybrała się na wycieczkę do Sztokholmu - pochwaliła! Oprócz klasycznych, wieprzowo-wołowych klopsików, które pewnie znacie np. z restauracji IKEA, możecie tam spróbować klopsików z łosia czy dzika lub w wersji wegetariańskiej.



Smacznego i na zdrowie! 😊
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...