29 października 2016

Komma Lika - gra w równouprawnienie

Jak tylko usłyszałam o grze Komma Lika, wiedziałam, że będę chciała przetestować na własnej skórze, czy raczej na własnym domu, jak to działa w praktyce. Trochę z czystej ciekawości i trochę dlatego, że po prostu spodobał mi się sam pomysł, który narodził się właśnie w Szwecji - kraju, który wielu osobom od razu kojarzy się przecież z pojęciem równouprawienia (jämställdhet). W zasadzie uważałam, że po roku małżeństwa nie potrzebujemy niczego wizualizować sobie żadnymi kolorowymi magnesami. Obawiałam się, czy liczenie sobie punktów na prawo i lewo nie odbierze nam radości z tego, co robimy codziennie. Ale bardzo byłam ciekawa, co z tego wyjdzie. 


O co chodzi?
Komma Lika (polska nazwa mogłaby brzmieć: "Dojść do równości") to szwedzka gra na lodówkę, stworzona w 2012 roku przez Marię Loohufvud ze studia graficznego Pasadena. Za wykonywanie codziennych prac: sprzątanie, gotowanie, naprawy zdobywa się punkty-magnesy, które układa się w wybrany wzór na lodówce. W tej grze zwycięstwem jest remis, a więc rozkładające się po równo kolory magnesów.



Szwedzi rzeczywiście bardzo często kojarzą nam się z równouprawnieniem płci. Parytety, podział urlopu rodzicielskiego, działalność rzeczników, zwalczających dyskryminację czy pozycja lidera w rankingu Global Gender Gap Report, badającego poziom równouprawnienia w sferze ekonomii, polityki, edukacji i zdrowia: o tym wszystkim się mówi, kiedy tylko w dyskusji pojawia się taki temat. To gorący temat przede wszystkim dla polityków. A w domu też wypada go poruszyć. 

Także w tej dziedzinie na przestrzeni dziesięcioleci robi się coraz bardziej "po równo". Ale wyniki badania OECD, w którym zmierzono czas, jaki kobiety i mężczyźni z różnych krajów poświęcają na codzienne domowe obowiązki, zaskoczyły w 2015 roku samych Szwedów. Szwecja uplasowała się bowiem dopiero na 11. miejscu, dość daleko za przodującymi Danią, Norwegią i Australią. Z raportu wynikało, że mężczyzna na codzienne, niepłatne prace w domu poświęca średnio 154 minuty, a kobieta 207 minut (dla Polski dane z raportu OECD z 2014 roku prezentują się następująco: mężczyzna spędza na sprzątaniu, gotowaniu i opiece nad dziećmi 157 minut dziennie, kobieta 296 minut). Także z badań szwedzkiego biura statystycznego SCB wynika, że choć kobiety i mężczyźni podobną część swojego dnia przeznaczają na pracę w ogóle, w przypadku mężczyzn większy jest udział płatnej pracy zawodowej, a u kobiet bezpłatnych prac domowych. I chyba potwierdza się wymówka, że "tak jesteśmy wychowywani": raport SCB z lat 2010/2011 pokazuje dalej, że w grupie szwedzkich nastolatków (15-19 lat) dziewczynki dwa razy więcej (pod względem czasu) angażują się w sprzątanie i gotowanie. Chłopcy w ciągu doby mają za to ewidentnie więcej wolnego czasu.

Co wobec tego daje partia gry Komma Lika? Czy warto się w to angażować, czy lepiej prychnąć i machnąć ręką? Przeczytajcie, jak nam poszło.



N:
No więc zaczęliśmy. Grzecznie, wspólnie wybraliśmy wzór, który mieliśmy układać, w widocznym miejscu wywiesiliśmy sobie punktację. Pierwszej rundy nie braliśmy chyba do końca na poważnie, choć dyskusje o grze i punktacji przewijały się ciągle. Rano prawie ścigaliśmy się do ekspresu, rywalizując, kto zgarnie pierwszy w ciągu dnia punkt za zaparzenie kawy. Mąż pod moją nieobecność gorliwie zabierał się za odkurzanie, bo to aż cztery punkty. Mopując podłogę, mnożyłam punkty za każde pomieszczenie. Negocjowaliśmy i wprowadzaliśmy zmiany w oryginalnie sugerowanej punktacji, gdy konkretna czynność była dla kogoś z nas wyjątkowo nieprzyjemna lub nielubiana. W żartach groziliśmy sobie wprowadzeniem karnych punktów ujemnych. I co? Pierwszą rundę zdecydowanie wygrał Mąż. Czyli w zasadzie przegraliśmy obydwoje. 



Do kolejnej rundy zabraliśmy się inaczej. Bardziej opłacało się robienie czegoś razem. I przyznaję, jeśli zdarzało nam się naciągać zasady, to na korzyść drugiej osoby. Wzór serduszka ułożyliśmy już jako remis. 





P:
Ciężko tak naprawdę powiedzieć, czy to gra rodzinna. Termin "gra rodzinna" kojarzy mi się głównie z Monopoly, gdzie zawsze wszyscy starali się oszukać. W Komma Lika nie ma sensu oszukiwać, bo innym wynikiem kończy się każda rozgrywka. Na początku pomyślałem: przecież ja nie potrafię przegrywać, koniecznie muszę wygrać. To wtedy dowiedziałem się, że to nie o to chodzi w tej grze. Pomyślałem od razu: to bez sensu. Po kilku rozgrywkach mogę jednak stwierdzić, że bardzo się myliłem. Pierwsza tura, w której układaliśmy dwóch biegnących ludzi, została zdominowana przez moje działania. Mój niebieski kolor opanował planszę, ale ten wynik nie przyniósł mi radości, tylko refleksję: MOJA ŻONA ROBI W DOMU STANOWCZO ZA DUŻO RZECZY. Starałem się zdobywać jak najwięcej punktów, wykonując domowe prace, o których nawet nie miałem pojęcia, że codziennie są wykonywane. Dowiedziałem się nawet, że zwykłe pościelenie łóżka (warte 1 punkt) jest czynnością, która od zawsze spoczywała na barkach mojej żony. Facetowi przecież nie przeszkadza łóżko w nieładzie, bo świetnie spełnia jednocześnie funkcje jadalni i biurka. A mojej żonie taki stan rzeczy przeszkadzał. Tak jak pozostawiane naczynia po porannym, szybkim śniadaniu przed wyjściem do pracy. O takich głupotkach się nie rozmawia, aż do czasu gdy się nagromadzą, by wybuchnąć tak jak tu: 



Ta gra pokazuje każdej stronie, że niektóre czynności wspólne w ogóle istnieją, a następnie można się nimi podzielić. Czary. 


N:
Gra na pewno nie zmieniła nas na zawsze, nie wywróciła naszego domu do góry nogami. Nie staliśmy się dzięki niej innymi ludźmi. Ale mieliśmy trochę więcej radości nawet przy porannych wyścigach do kuchni, a po zmywaniu naczyń można było poczuć się jak dzieci, nagrodzone pieczątką z ziemniaka (jestem pewna, że gra spodoba się też dzieciom i zachęci je do zaangażowania w domowe obowiązki). Okazji do dyskutowania na temat obowiązków domowych i równości, w różnych kontekstach, nie brakowało. I moim zdaniem o to w grze chodziło. Niekoniecznie o zmienianie świata. 


No i zobaczcie, do czego poza tym doszło: po raz pierwszy wpis na blog napisaliśmy razem.


Źródła:

25 września 2016

10 zabawnych szwedzkich słów

Na pewno podczas nauki słówek w jakimś języku obcym zdarzyło się Wam roześmiać. Albo dlatego, że słówko po prostu kosmicznie dziwnie i zabawnie brzmiało, albo dlatego, że kojarzyło się z czymś zupełnie innym w języku polskim, albo jeszcze z jakichś innych niezrozumiałych powodów.

Dzisiaj dwudziesty piąty dzień miesiąca, co oznacza kolejną odsłonę akcji "W 80 blogów dookoła świata", podczas której blogerki i blogerzy kulturowo-językowi tego samego dnia o tej samej porze publikują teksty na jeden, wspólnie wybrany temat. Dziś będzie śmiesznie, bo przedstawimy Wam zabawne słowa z różnych języków. 

Ja mam dla Was 10 słówek, które utkwiły mi w pamięci, bo za każdym razem, kiedy myślę o tym, jak brzmią, co znaczą, czy jak zostały utworzone, po prostu nie mogę się nie uśmiechnąć. No to zaczynamy!




1. bebis (bobas, dzidziuś)

2. muffins (muffin)

3. keps (czapka z daszkiem)



Dlaczego uważam bobaski, muffiny i czapki bejsbolówki za zabawne? Z racji wyglądu i pochodzenia tych słów. Poznajecie -s na końcu? Jeśli kojarzy się Wam z angielską formą liczby mnogiej, to słusznie! W podobny sposób do szwedzkiego weszły słowa na ciastko - kex od angielskiego cakes. Słówka te oczywiście tworzą liczbę mnogą w szwedzkim: bebisar, muffinsar, kepsar. 

I pomyśleć, że ja żartowałam z graczy, którzy inwestują w różne "ekstenszynsy" i że nigdy wcześniej nie zareagowałam na nuggetsy i krakersy!



4. ogräs (chwast)

5. odjur (potwór)


Co mają ze sobą wspólnego chwasty i powtory? I dlaczego i te słowa mnie bawią? Tu też chodzi o pochodzenie tych słów. O- jest szwedzkim przedrostkiem, tworzącym antonimy. Jak nasze nie-. Na przykład: trevlig (miły) - otrevlig (niemiły), gilla (lubić) - ogilla (nie lubić, dezaprobować), vän (przyjaciel) - ovän (nieprzyjaciel, wróg). Wróćmy do naszych chwastów i potworów. Szwedzkie gräs znaczy trawę, a djur zwierzę. Chwast okazuje się więc "nie-trawą", a potwór "nie-zwierzęciem". Logiczne, prawda?

(tu zawsze przypomina mi się kawał z Jasiem: "Jak nie dźwiedź, to ja już nie wiem)


6. tjuvtitta (podglądać)

7. tjuvlyssna (podsłuchiwać)


Dziś dużo będzie rozbierania słów na kawałki! Bardzo lubię podglądanie i podsłuchiwanie - oczywiście, może nie same czynności, ale to, jak ich określenia wyglądają po szwedzku. Tjuv to po szwedzku złodziej, titta znaczy "patrzeć", a lyssna, jak możecie się domyślać, znaczy "słuchać". Podglądanie i podsłuchiwanie to więc trochę takie "złodziejskie" patrzenie i słuchanie, na granicy moralności i legalności.


8. lathund


Lathund to ściąga - taka skrótowa instrukcja obsługi, która ma pomóc początkującym w różnych dziedzinach, w zapamiętaniu co i jak po kolei mają robić. Pewnie zdarzało się Wam coś takiego wypisywać na karteczkach samoprzylepnych, umieszczanych nad biurkiem czy obok komputera. Lathund, jeśli podzielimy to słowo na części i potraktujemy dosłowie, to "leniwy pies". Mnie śmieszy.


9. knullrufs


Knullrufs bawi mnie dlatego, że w ogóle takie słowo istnieje. To określenie na rozczochraną fryzurę, którą ktoś ma po łóżkowych igraszkach. 


10. fiffig


Fiffig to taki zmyślny, sprytny, cwany. Słowo to bawi mnie bo... po prostu śmiesznie brzmi i równie śmiesznie wygląda. I jak na moje ucho - dźwiękiem całkiem fajnie oddaje własnie spryt!




Zobaczcie, jakie inne zabawne słowa w różnych językach wytropili dla Was blogerzy:

Chiny:

Finlandia:

Francja:

Hiszpania:

Japonia:

Kirgistan:

Niemcy:

Norwegia:

Rosja:

Wielka Brytania:

Włochy:


Macie swoje ulubione zabawne słowa w językach obcych, które znacie i których się uczycie? Podzielcie się nimi w komentarzach, pośmiejemy się razem!



12 września 2016

Marstrand wakacyjnie [zdjęcia]

Moja wakacyjna przygoda dobiegła końca. Od tygodnia jestem znów w domu, na swoim, przyzwyczajam się na nowo do zapełniającego się w nieokiełznanym tempie kalendarza, przestawiam się na niewakacyjne rutyny, więcej czytam, więcej piszę, ale w zasadzie za takim rytmem i za ludźmi z nim związanym zdążyłam już zatęsknić. Dziś mam dla Was fotorelację z jednej z moich ostatnich tegorocznych wakacyjnych wycieczek.


Do Marstrand wybraliśmy się "tak po prostu", nie wczytując się specjalnie w przewodnik, który wprawdzie zabrałam ze sobą do plecaka, nie wertując wcześniej za wiele w internecie i nie nastawiając się specjalnie na konkretne zwiedzanie. Chcieliśmy po prostu ruszyć poza Göteborg, pospacerować w słońcu, nacieszyć się jeszcze pobytem na zachodnim wybrzeżu.



Marstrand to miasteczko, które liczy sobie niewiele ponad 1300 mieszkańców, ale szczyci się tym, że w sezonie staje się "stolicą jachtingu" i że na jednego mieszkańca przypada tu prawdopodobnie najwięcej łodzi na świecie. Miasteczko położone jest na wyspach, więc do centrum trzeba dostać się promem - przeprawa trwa w mgnieniu oka, a prom linowy kursuje co kilka minut.






Marstrand często przedstawia się jako miasto snobów, spędzających tu swoje wakacje w drogich willach. W Marstrand znajduje się Societetshuset, lokal, w którym w XIX wieku spędzała czas śmietanka towarzyska, a dziś organizowane są tam przyjęcia, wesela, bale czy firmowe bankiety.









Nas dużo bardziej niż wille zainteresował szlak turystyczny, ciągnący się od kąpieliska, przez wąski przesmyk Nålsögat (Ucho igielne), przez który trzeba przedostać się bokiem(!), aż po długi odcinek, kiedy wędruje się po skałach - można zachwycać się czystą wodą, grą promieni słońca na falach i wiatrem we włosach!
















  


Największą atrakcją Marstrand jest granitowa twierdza Carlsten, której historia sięga XVII wieku i która w XIX wieku uważana była za jedną z najsilniejszych w Europie. Najsłynniejszym więźniem z lochów twierdzy był niewątpliwie Lasse-Maja, złodziej nazywany czasem szwedzkim Robin Hoodem, który w swojej przestępczej działalności przebierał się za kobietę.





Bardziej niż na oglądanie monumentalnej, złowieszczo wyglądającej twierdza mieliśmy ochotę na przytulne uliczki i drewniane domy - nie zabrakło więc okazji do przyglądania się wystawionym w oknach bibelotów (planuję poświęcić im wkrótce osobny wpis) czy wypatrywania lusterek w oknach, które mieszkańcom służą do podpatrywania, co dzieje się na ulicy. A koniec wycieczki i zbliżający się koniec wakacji uczciliśmy odświętną fiką.











Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...