03 kwietnia 2013

FIKuśni Szwedzi

Przypomniała mi się dziś taka scena z wakacji sprzed kilku lat: siedzimy w kuchni, w tle słychać szumiący ekspres do kawy, ze znajomym Szwedem toczymy ostatnie rozmowy przed moim powrotem do kraju.
- Wiesz, ja to chyba powinienem zamieszkać w Polsce. Zawsze, jak tam jestem, to Polacy zapraszają mnie na piwo. A ja bardzo lubię piwo.
- Widzisz, to ja w takim razie powinnam zamieszkać w Szwecji. Zawsze, kiedy tu jestem, Szwedzi zapraszają mnie na kawę. A ja bardzo lubię kawę.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhEx-xEqzXI_Asx_lpUbnzp4g9UpPfzzFaTUFwBnmnjRNN0RSwt6yo_KnnYzZuGY5HIor5rUw4r5i6BV3PrVuFO8pRyQWSCq4SLYkFteR0oLKicz5qAXQa24sphKq25AYhwDq6Ik2eHq3s/s1600/skanowanie0027.jpg

Kawę bardzo chętnie pija się właściwie w całej Skandynawii. Według statystyk, przeciętny Szwed spożywa ponad 8 kg kawy rocznie (dla porównania, na statystycznego Polaka przypada niecałe 2,5 kg rocznie).


http://chartsbin.com/view/581



Pisząc o piciu kawy w Szwecji, nie można nie wspomnieć o słowie fika, które rzekomo to powstało jako gra słowem "kawa" (ka-ffe/ka-ffi : fi-ka). Szwedzi uważają fikę za tak specyficzny dla swojego kraju fenomen, że nie do końca łatwo je przetłumaczyć jednym słowem. No bo nie chodzi tutaj o samą czynność picia kawy i ewentualnie podgryzania przekąsek. Szwedzka fika to przede wszystkim społeczny rytuał; chwila, kiedy można spotkać się z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, w domu, w pracy, w mieście, na świeżym powietrzu. Przerwa na kawę (fikapaus) to niemalże świętość, którą Szwedzi rozumieją samą przez się. W szkole, gdzie odbywałam praktyki, w pokoju nauczycielskim na kawę zbierali się wszyscy pracownicy. Kto pierwszy zjawiał się we wspólnym pokoju, zaparzał dla wszystkich dzbanek kawy, czasem był to woźny, czasem ktoś z nauczycieli, czasem też dyrektor. Kilka razy szkołę odwiedzili emerytowani nauczyciele, przynosząc ze sobą poczęstunek: chleb z domowego wypieku i własne przetwory.

Do kawy najlepiej pasują słodkie wypieki: fikabröd.

http://cdn1.cdnme.se/cdn/8-2/13230/images/2012/fika_50349be49606ee2934001890.jpg

Najczęściej są to bardzo popularne bułeczki cynamonowe (kanelbullar) albo widoczne na obrazki mazariner - kruche ciasteczka z masą migdałową i lukrem lub inny rodzaj migdałowego wypieku, mandelkubb, albo uwielbiane przeze mnie marcepanowe punschrullar (nazywane też dammsugare - "odkurzaczami"). Niektórzy preferują "fikać" z innymi przekąskami - na stołach często pojawiają się też kanapki i kawior.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgYhSadNO5s9KAansS_38CSLz7_2UX3eLuCNGntZHJ5ZnswLfD0jaEnXJ97xyqBRewS9JjBqusyzB2xCRc_VUJs4fP7yIG2Qhkj576C2YhdNupCwgbitl0PnqCZ5REboP6ahqGIeelHyGOe/s1600/fika+kubek+z+granatowym+paskiem+kawa+szwecja.jpg

Szwedzka częstotliwość picia kawy bawiła nas podczas letniego kursu językowego w szkole Ålsta: dzień rozpoczynał  się oczywiście śniadaniem z filiżanką kawy. Na tej jednej filiżance najczęściej się nie kończyło, trzeba się przecież było rozbudzić na cały dzień, więc w grę wchodziła jeszcze "dolewka" (påtår). Po godzinie (!) porannych zajęć przychodził już czas na fikapaus. Następnie kawa pojawiała się oczywiście do deseru po lunchu. Po zajęciach, w porze dawno powieczorynkowej, zbieraliśmy się wspólnie na wieczorną fikę - kvällsfika. Także w weekendy, kiedy nasz czas nie miał takich stałych rutyn i kiedy wybieraliśmy się na wycieczki autokarowej, nie mogło zabraknąć fiki przed południem. Organizatorzy do autokaru pakowali wielkie termosy z kawą i "suchy prowiant", a potem zatrzymywaliśmy się gdzieś po drodze na leśnym parkingu, by wspólnie "pofikać" pod chmurką. Wszyscy stwierdziliśmy, że po powrocie do własnych krajów będzie nam brakować takiego zwyczaju, który rzeczywiście w głównej mierze był odpowiedzialny za zacieśnienie więzów między uczestnikami kursu. Ja zaś jako pamiątki z tego wyjazdu przywiozłam sobie duży kubek w łosie i opakowanie Zoégas Skåneröst, jednej z najstarszych marek z oferty palarni kawy ze skańskiego Helsingborga.

http://carolinerobertsartworld.files.wordpress.com/2010/10/fika.gif?w=500&h=454


Na zakończenie: powyższy obrazek niech będzie będzie Waszą myślą przewodnią na stresujące poświąteczne dni w szkole, na uczelni lub w pracy!

27 marca 2013

wielkanocne czarownice

Wszystkie moje dotychczasowe wyjazdy do Szwecji (te na krótko i te na trochę dłużej) miały miejsce w lecie (wcześniejszym lub późniejszym, cieplejszym lub zupełnie niepogodnym). Nie udało mi się przez to nigdy na własnej skórze doświadczyć ani zimowej atmosfery Bożego Narodzenia (Jul), ani wiosennego powiewu podczas Wielkanocy (Påsk). O tych świętach wiem tyle, co udało mi się zaobserwować na filmach, wynieść z uniwersyteckich zajęć czy zasłyszeć od znajomych Szwedów.

Myśląc o moich znajomych, których poznałam w ubiegłym roku w Szwecji, a którzy pochodzą z różnych części świata, z wielkim zaciekawieniem wczytywałam się w artykuł na stronie http://www.sweden.se/, w którym zaprezentowano opinie różnych nowoprzybyłych do Szwecji imigrantów na temat obchodów Wielkanocy w tym kraju. Uśmiechałam się sama do siebie, czytając wypowiedzi pewnego Brytyjczyka, dla którego szwedzka Wielkanoc to trochę jakby połączenie Bożego Narodzenia i Halloween. 

Po pierwsze dlatego, że Szwedzi ozdabiają brzozowe gałązki kolorowymi piórkami lub jajkami, co przecież łatwo może skojarzyć się z ubieraniem choinki. 


źródło

Po drugie - to, co pojawia się na szwedzkich stołach (podawane nomen omen na sposób szwedzkiego stołu) w tym okresie, niewiele różni się od bożonarodzeniowego menu. Królują jak zwykle śledź, łosoś czy "Pokusa Janssona" (Janssons frestelse), wielkanocną kropkę nad i stanowią oczywiście jajka. Jak to określił w kilku słowach respondent - Szwedzi podają to samo na wszystkie święta w roku: najważniejsze, żeby były ryby i wódka.

Skojarzenie z Halloween też nie jest bez powodu. W okolicach Wielkanocy, w większej części kraju w Wielki Czwartek (skärtorsdag), na ulice wychodzą dzieci przebrane za czarownice (påskkärringar)- w chustkach na głowach, z pomalowanymi na czerwono policzkami i dorysowanymi piegami. Odwiedzają sąsiadów z życzeniami, czasem własnoręcznie wykonanymi kartkami świątecznymi. Ci zaś odwdzięczają się słodyczami.

Co mają wspólnego czarownice z Wielką Nocą? Okazuje się, że według dawnych szwedzkich wierzeń ludowych całkiem sporo. To właśnie nocą z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek czarownice miały siadać na swoje miotły i udawać się na zlot na górę Blåkulla, a po spotkaniu z Diabłem wrócić w wielkanocną  niedzielę. Co więcej - kiedy wpisałam w Google wielkanocne życzenia Glad Påsk w poszukiwaniu grafik, mogących posłużyć jako pocztówki, oprócz standardowych kurczaczków i zajączków znalazłam bardzo dużo obrazków przedstawiających wiedźmy. Część z nich była autentycznymi pocztówkami z dawnych lat:


źródło
źródło
źródło

Szwedzkie wielkanocne tradycje wydają się zupełnie odmiennie od tego, co znamy z naszego podwórka, ale także
i w Polsce zwyczaje świąteczne różnią się od siebie. Na Dolnym Śląsku, skąd pochodzę, mogłam tylko pomarzyć o Zającu, który zostawiałby dzieciom prezenty, a baranki z masła do tej pory widziałam tylko u rodziny na Wielkopolsce (i dziś w jednym z osiedlowych sklepów w Poznaniu!).

Niezależnie od tego, co położymy na wielkanocnym stole i jakie zwyczaje pielęgnujemy, a jakim dajemy popaść w zapomnienie - najważniejsze chyba, żeby tych kilka świątecznych dni stało się okazją do przyjemnych rodzinnych spotkań oraz czasem odpoczynku i wytchnienia. I tego właśnie Wam serdecznie życzę.

Źródła:

17 marca 2013

w szachy ze Śmiercią

http://filopoloath.files.wordpress.com/2010/01/dance-macabre1.jpg
Ten kadr z "Siódmej pieczęci" (1957) Ingmara Bergmana pamiętam dokładnie z licealnego podręcznika do języka polskiego. Mroczna atmosfera "wieków ciemnych" z lekcji i bergmanowska wizja tańca śmierci sprawiły, że od razu zapragnęłam zobaczyć ten film. Jedyną wersją, jaką udało mi się odnaleźć, był szwedzki oryginał bez możlwiości włączenia napisów. Oglądałam film jednym tchem. Symboliczne obrazy, wtedy tak bardzo obco brzmiący język, aktor grający Śmierć, wypowiadający słowa Jag är Döden (Jestem Śmierć) z kamienną twarzą - wszystko to jeszcze długo po seansie przyprawiało mnie o gęsią skórkę.

Wtedy nie mogłam jeszcze mieć pojęcia, że za jakieś sześć lat zupełnym przypadkiem stanę na tej samej kamienistej plaży Hovs Hallar, gdzie fimowy rycerz Antonius Block (Max von Sydow) zaproponuje Śmierci (Bengt Ekerot) partię szachów. 

Znalazłam się tam przypadkiem, bo cel wycieczki miał być dla mnie niespodzianką. Wiedziałam tylko, że wybieramy się na północ Skanii i że to miejsce na pewno mi się spodoba. Z urwiska na schodziłam bardzo ostrożnie i specjalnie nie rozglądałam się dookoła, ale dosłownie oniemiałam, kiedy dotarliśmy już na kamienistą plażę i moim oczom ukazał się taki widok:


Do niesamowitego wrażenia przyczyniał się jeszcze dość silny wiatr i fale, które z niesamowitym hałasem uderzały o skały. Gęsia skórka wróciła. 


Oprócz niezwykłej natury fascynują też tajemnicze "słupki" z kamieni ustawionych ludzką ręką jeden na drugim, wzdłuż całego brzegu.


Próbując znaleźć jakiekolwiek informacje o tym dziwnym zjawisku, dotarłam do artykułu z Helsinborgs Dagblad z połowy września 2008, kiedy gazeta poinformowała czytelników o pojawieniu się "budowli". Nikt nie potrafił ustalić, kto, po co, ani dokładnie kiedy je tam ustawił. Teraz za to wznoszenie kamiennych wieżyczek przejęli turyści, którzy odwiedzając Hovs Hallar traktują ustawienie kamieni na sobie jako symbol szczęścia czy nadzieję na powrót w to miejsce.

Źródła:
zdjęcia z Hovs Hallar z własnego archiwum
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...