04 września 2013

Półtoraroczny Patryk

Poznajcie sympatyczne małżeństwo: mieszkają w uroczej okolicy, bardzo się kochają, lecz do szczęścia brakuje im tylko dziecka. Tacy są właśnie Göran (Gustaf Skarsgård) i Sven (Torkel Petersson), główni bohaterowie filmu Półtoraroczny Patryk (Patrik 1,5) w reżyserii Elli Lemhagen.

źródło
Ich życie niedługo ma się zmienić: wreszcie dostają zgodę na adopcję. Wprost nie posiadają się z radości, kiedy dowiadują się, że wkrótce ich rodzina powiększy się o półtorarocznego Patryka. Radość trwa do czasu, kiedy przed ich drzwiami pojawia się Patryk. Problem polega na tym, że wiek chłopca to nie 1,5 roku lecz 15 lat - przecinek pojawił się w dokumentach tylko przez pomyłkę. 

źródło
Co gorsza - Patryk to niezłe ziółko z kryminalną przeszłością i homofobicznym nastawieniem. Nie tylko nie pasuje do niedawno urządzonego pokoiku dziecięcego, ale strach go nawet zostawić samego w kuchni z nożami. Sven i Göran będą musieli zmierzyć się nie tylko z Patrykiem, ale też sami ze sobą i swoimi oczekiwaniami.

źródło
Półtoraroczny Patryk to mój kolejny przykład na to, że Szwedzi robią nie tylko mroczne kryminały albo dramaty, które sprawiają, że po seansie trudno podnieść się z fotela. Kręcą też sympatyczne komedie, nie bojąc się poruszać przy tym poważnych tematów, takich jak uprzedzenia i tolerancja. Komedie romantycznie być może nie wymagają aż takiego zaangażowania widza, ale za to mają w sobie dużo ciepła i nie da się nie uśmiechnąć do ekranu. Ja uśmiecham się nawet, kiedy oglądam zwiastun:
 


Mnie do filmu przyciągnął dość zaskakujący zarys fabuły oraz nazwiska kapitalnych aktorów. Gustaf Skarsgård (tak, z TYCH Skarsgårdów!) był mi znany już z filmu Zło, gdzie wystąpił jako podły Otto Silverhielm. Zagrał drania tak dobrze, że patrząc na Silverhielma aż się we mnie gotowało ze złości. Ostatnio widziałam go też jako szalonego Flokiego w serialu Vikings. No i do tego ten dobroduszny Göran - mam wrażenie, że Gustaf Skarsgård potrafi zagrać wszystkich i wszystko! 


źródło







Torkel Petterson dla mnie już zawsze będzie jednym z najpiękniejszych i najbardziej męskich głosów Szwecji (tego wywiadu właśnie o filmie Półtoraroczny Patryk mogłabym słuchać bez końca), a z drugiej strony, będzie też głupkowatym policjantem Bennym z Kopps:
 


Jeśli obejrzycie Półtorarocznego Patryka, dajcie mi znać, jak się Wam podobało!


Źródła:

01 września 2013

słowo na niedzielę: RÓWNOUPRAWNIENIE

Dziś będzie o Szwecji trochę inaczej. Z trochę większym dystansem. I trochę z przymrużeniem oka. My, Polacy, lubimy sobie ponarzekać (tu właściwie można byłoby postawić już kropkę) na to, ile u nas absurdalnych przepisów i pomysłów polityków. Czasem jesteśmy prawie przekonani, że to nasz kraj ma chyba jakiś monopol na absurdy. No ale czy tak jest naprawdę? Poniżej kolekcja absurdalnych pomysłów z drugiej strony Bałtyku.

źródło
Jednym z najważniejszych pojęć, które kojarzy się Szwedom z ich szwedzkością i które są dla nich powodem do dumy jest równouprawnienie (jämlikhet), w szczególności równouprawienie płci (jämställdhet). Hasło to jest szczególnie ważne w debacie społecznej od lat siedemdziesiątych. Ideologia równouprawnienia oraz równie nośny dziś temat gender zaszły dziś w Szwecji naprawdę bardzo daleko. Pewnie wielu z Was słyszało już o sztokholmskich przedszkolu Egalia, gdzie dzieci wychowywane są w duchu neutralności płciowej, nie są określanie ani chłopcem, ani dziewczynką, mają między innymi specjalnie dostosowane zabawki i książeczki. Wszystko dlatego, że wyraźne podkreślanie płci sprzyja przypisywaniu ról i nijak się ma do równego traktowania. Egalia spędzała też sen z oczu językoznawcom, lansując słowo hen, które miało być alternatywą dla han (on) i hon (ona). Temat ten szybko podchwyciły media - wiecie, że można ściągnąć wtyczkę do swojej przeglądarki (nazywa się Henerator), która automatycznie zamienia wszystkie han i hon na hen na przeglądanych stronach  i "surfować po internecie neutralnie płciowo"?

Problem z językiem i równouprawnieniem to nie tylko domena Egalii, ale też na przykład szwedzkiej straży pożarnej. Kiedy pewnego majowego popołudnia słuchałam sobie szwedzkiego radia, każde wydanie wiadomości powtarzało ciągle następującą informację: pojawił się pomysł "płciowego zneutralizowania" słowa "strażak" (po szwedzku: brandman). Gdyby innowacyjny pomysł się przyjął, szwedzkie dzieci nie marzyłyby już o tym, by zostać strażakiem, ale żeby w przyszłości być "administratorami do spraw obrony cywilnej i ratownictwa" (handläggare inom samhällsskydd och beredskap). Rąk do pracy w straży potrzeba dużo, nowa nazwa być może zwiększyłaby liczbę zainteresowanych pracą kobiet. Podobało mi się pytanie, jakie pojawiło się wśród komentarzy od słuchaczy: czy komuś, komu pali się dom, naprawdę będzie to robiło różnicę?



Na stronie tygodnika "Wprost" wyczytałam, że: "W Szwecji nie będzie kobiet w ciąży. Będą osoby". Jest to propozycja rządowa, która wiąże się z projektem ustawy, znoszącym obowiązkową sterylizację po operacji zmiany płci. Będzie z tego wynikać, że mężczyzna, który kiedyś był kobietą, w dalszym ciągu będzie mógł rodzić dzieci. Wówczas sformułowanie "kobieta w ciąży" może dyskryminować i na pewno nie będzie poprawne politycznie, w duchu równouprawnienia.

Słyszeliście kiedyś o Dniu Świętej Łucji? W dużym skrócie - jednym z najbardziej charakterystycznych elementów świętowania jest pochód dzieci w białych szatach, z "Łucją" na czele - długowłosą blondynką, z wiankiem z płonącymi świecami na głowie. Swoją "Łucję" wybierają miasta, gminy, a także szkoły. Kilka lat temu blondwłosy jedenastolatek z Lund zapragnął zagrać Łucję i spotkał się z odmową dyrektora szkoły. Sprawa od razu trafiła do gazet i na blogi, wzbudzając spore emocje czytelników. No bo tradycja tradycją, ale gdzie tu równouprawnienie?

źródło
No i jeszcze dwa moje ulubione niusy. Można się uśmiechnąć pod nosem albo złapać za głowę. "Szwedzcy posłowie chcą zdelegalizować oddawanie moczu na stojąco" - głosi nagłówek artykułu na Onecie. Pomysłodawcy takiego projektu przepisu oprócz kwestiami równościowymi tłumaczą się także względami medycznymi. Jeszcze dziwniejsza wydaje się propozycja wprowadzenia... podatku dla mężczyzn, który ma być odpowiedzią na różnicą w zarobkach kobiet i mężczyzn. Panowie, co Wy na to?

Wybrane przykłady to oczywiście same najbardziej przejaskrawione sytuacje i uważam, że w Polsce moglibyśmy dużo się nauczyć od Szwedów. Cieszyłam się, oglądając jakiś czas temu ambasadora Staffana Herrströma w jakimś programie śniadaniowym, kiedy opowiadał o szwedzkim urlopie "tacierzyńskim" i wielu innych sprawdzonych rozwiązaniach. Spodobał mi się też tekst Krystyny Romanowskiej o Komma lika, "grze w równouprawnienie" w którą każdy może zagrać w swoim domu.

A jako podsumowanie obrazek ze Szwecji, który moim zdaniem pasuje też do polskiej rzeczywistości:

źródło
 w wolnym tłumaczeniu:
- Ale czy to nie jest tak, że gender i równouprawnienie, to kwestie, które dotyczą wszystkich, także ciebie i mnie?
- Dopiero co przyzwyczaiłem się do sortowania śmieci. Mogę sobie też chyba trochę pożyć?

Źródła:

Follow on Bloglovin

29 sierpnia 2013

Lund - moje top 5!

Lund to jedno z tych miast, które na każdym robi dobre wrażenie. Wystarczy jeden spacer cichymi uliczkami, żeby się w nim zakochać, a później tęsknić po powrocie. Kiedy wybrałam się na pierwszą przechadzkę po mieście, zrobiłam od razu setki zdjęć pojedynczych ulic, domków, drzwi, okien... Mój absolutny numer jeden, jeśli chodzi o to, co robić i co zobaczyć w mieście: spacerować bez końca i podziwiać te kolory!





Bardzo podobały mi się też budynki o konstrukcji szachulcowej, których tu w Skanii jest dużo (najwięcej w Ystad, bardzo stare znajdują się też w Helsingborgu). Mniej podobało mi się jednak, kiedy mieściły się w nich "kebabiarnie".




Numer dwa - katedra. Przede wszystkim podczas spaceru po mieście po prostu nie da się przegapić tej monumentalnej budowli z dwiema wieżami. Przybrudzony piaskowiec sprawiał dość smętne wrażenie, szczególnie w ciemniejsze, deszczowe dni. Kiedy natomiast świeciło słońce, można było tu spotkać wielu Szwedów siedzących na drewnianych ławeczkach, opartych o ściany katedry i głęboko zaczytanych w przyniesione przez siebie książki. 
Kościół pochodzi z XII wieku i jest jedyną budowlą romańską w Szwecji. Do piętnastego stulecia odbywały się tu koronacje królów Danii (Skania przez długi czas należała bowiem do Duńczyków). Zaczarowało mnie wnętrze katedry. Duże wrażenie w środku robi cisza. Na placu przed wejściem jest dość gwarno, ustawiają się zorganizowane grupy wycieczek, rozmawiają turyści, obok przejeżdżają samochody i autobusy. W środku jednak każdy milknie, a dźwięków miasta nie słychać. Po przejściu nawami kościoła warto zwrócić uwagę na znajdujący się tu zegar astronomiczny, który ożywa dwa razy w ciągu dnia (o 12.00 i o 15.00, w niedzielę tylko o 13.00, by nie zakłócać mszy). Kiedy rozbrzmiewa kurant, otwierają się drzwiczki, z których "wychodzą" postaci astrologów i ich służących, kłaniają się przed figurą Maryi i Jezusa, by schować się w drzwiczkach po drugiej stronie. Nad zegarem wojują dwaj rycerze, uderzając mieczami do rytmu wybijanych godzin. Wnętrze katedry a także krypty możecie wirtualnie zwiedzić na stronie illustrata.com.




Numer trzy - uniwersytet. Piękny główny budynek uczelni znajduje się niedaleko katedry. Warto też w ogóle spędzić trochę czasu w parku obok, przypatrzeć się innym budynkom, rzeźbom czy kamieniom runicznym (tu mnie zaczęły się świecić oczy), zebranym tutaj z różnych miejsc południowej Szwecji. Lundeński uniwersytet to druga najstarsza uczelnia w Szwecji (założony w 1666 roku). Obecnie plasuje się w setce najlepszych uniwersytetów na świecie. Studenci stanowią pokaźną grupę wśród mieszkańców Lund. Ja mieszkałam w tym mieście przez trzy letnie miesiące, podobno najgorszy okres, by tak naprawdę poczuć jego specyficzny klimat. Na wakacje robi się tu po prostu pusto i leniwie. Lund zaczyna tętnić życiem i rozbrzmiewać wieloma językami świata razem z początkiem roku akademickiego i powrotem studenckiej braci.


Numer cztery - ogród botaniczny i park miejski. Dwa najprzyjemniejsze i najbardziej zielone miejsca, by po prostu usiąść na ławce i poczytać książkę (patrz: ja) lub zrobić sobie rodzinny piknik (patrz: rodziny). W ogrodzie botanicznym można też zwiedzać palmiarnię (wstęp wolny) i podziwiać różne egzotyczne rośliny.

Numer pięć - skansen Kulturen. Ponad czterdzieści zabytkowych budynków i ciekawe czasowe wystawy. Ja akurat nie zwiedzałam, ale udało mi się podpatrzeć to miejsce z ulicy. Wyglądało zachęcająco. Zresztą samo podpatrywanie małego miasta w mieście było też całkiem sympatyczne.



Co jeszcze będzie mi się kojarzyć z Lund? Wszystkie takie niby zwyczajne codzienne sytuacje, które dawały powody do uśmiechu. Kiedy połasił się rudy kot sąsiadów, który przypominał mi o własnym czworonożnym rudzielcu, czekającym w domu. Kiedy ludzie, których spotykałam kolejny raz w porannym autobusie zaczęli mnie rozpoznawać i pozdrawiać. Kiedy wyszłam rano z mieszkania, a na asfalcie tuż pod budynkiem zobaczyłam napisane kredą słowo kärlek (miłość). 
 
Źródła:
wszystkie zdjęcia z mojego archiwum

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...