27 lutego 2015

Sentymentalne powroty - Ales Stenar i Ystad (zdjęcia)

Ostatnie dni ferii zimowych, tuż przed powrotem na uczelnię i do pracy, udało nam się wyjechać na kilka dni do Szwecji. Ponieważ tym razem płynęliśmy promem ze Świnoujścia , pierwszego i ostatniego dnia mogliśmy odwiedzić jedne z moich ulubionych miejsc w Skanii. Po pierwsze: kamienną formację z kamieni, Ales Stenar, po drugie: samo Ystad.

Z Ales Stenar miałam wcześniej wakacyjne wspomnienia, o których pisałam w tym poście. Wtedy to miejsce tętniło życiem: między kamieniami krążyli turyści, nad nimi unosili się paralotniarze, a na pastwiskach wzdłuż drogi pełno było owiec. Słońce grzało wtedy tak mocno, że wiatr od morza wydawał się wręcz zbawienny.

Teraz przy kamieniach pojawiliśmy się w zimowy poranek. Po drodze, jeszcze w wiosce, minęliśmy tylko jednego pana, który akurat wyprowadzał psa. Samą wioskę jeszcze oświetlały światła latarni, w oknach domów widać było lampki, a na dworze jeszcze było dość szaro. Na górze, przy kamieniach, wiało tak mocno, że aż ciężko było mi stabilnie utrzymać aparat w drżących od zimnego wiatru dłoniach. Ale dla tajemniczego klimatu tego miejsca było warto!







Ostatniego dnia, przed odpłynięciem promu, postanowiliśmy przespacerować się po Ystad, które też znałam wcześniej jedynie w letniej odsłonie, w takiej możecie je zobaczyć na zdjęciach w tym poście (bardzo uważny obserwator może znajdzie różnice na zdjęciach zrobionych z tego samego miejsca).

Miasto po raz kolejny oczarowało mnie swoim klimatem. Miałam ochotę zatrzymywać się z obiektywem niemal przed każdym domem, pomalowanym na ładne kolory czy też takim o starej konstrukcji szachulcowej. Cieszyłam się też, że tym razem udało nam się wpaść na fikę do słynnej dzięki serii o Wallanderze kawiarni Fridolfs konditori - zdecydowaliśmy się na Wallanderowe ciasto (Wallander bakelse), niebieskie jak policyjny mundur z czekoladowym "W" a zamiast wallanderowej kanapki śledziowej (sillamacka) spróbowaliśmy innego szwedzkiego specjału - tortu kanapkowego (smörgåstårta). No i oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym z wyjazdu nie przywiozła przynajmniej jednego zdjęcia kota.





















A po weekendzie będzie czekał na Was post o naszym spotkaniu z łosiami, nie przegapcie!

Źródła:
wszystkie zdjęcia z własnego archiwum


Follow on Bloglovin

25 lutego 2015

Alfabet szwedzkości

W dzisiejszej odsłonie "W 80 blogów dookoła świata" blogerzy i blogerki przeanalizują państwa świata lub ich regiony czy miasta - od A do Z (czasem też tak naprawdę od A do Ö czy innych liter). Dlaczego tak? Bo posty w jedenastej edycji przyjmą właśnie formę alfabetu.


Tym, którzy dopiero teraz dowiadują się o akcji tłumaczę, że "W 80 blogów dookoła świata" to inicjatywa blogerów i blogerek, którzy piszą o językach obcych lub kulturze obcych krajów. Raz w miesiącu, tego samego dnia, o tej samej porze, publikujemy jeden wpis na wspólny temat, dzięki czemu możecie od bloga do bloga przenosić się do różnych krajów świata. Moje wpisy z poprzednich edycjach, o filmach, książkach, językach, kuchni i innych ciekawostkach możecie przeczytać, klikając w ten linkJeśli macie ochotę dołączyć do naszej grupy, napiszcie na adres:blogi.jezykowe1@gmail.com. 



W tej odsłonie chciałabym przypomnieć Wam wpis sprzed dwóch lat, który idealnie pasuje do formuły, na która zdecydowaliśmy się w tym miesiącu.



Kiedy przeszukiwałam internet w poszukiwaniu grafik, które mogłabym wykorzystać na swoich zajęciach w grupach początkujących, natknęłam się na coś takiego:

http://www.giftchaletauburn.com/shop/images/32710%20ebay%20011.jpg

Urocze obrazki absolutnie złapały mnie za serce i zamarzyła mi się nawet płócienna torba z takim nadrukiem. Rysunki przedstawiają słowa, rozpoczynające się od kolejnych liter alfabetu, a w moim odczuciu wybrano wyjątkowo szwedzkie zjawiska związane z naturą lub kulturą.

A jak alfabet - bo od czegoś trzeba zacząć.
B jak blomster (kwiecie) - każdej z historycznych krain Szwecji przypisano jako symbol pewien kwiat, najczęściej taki gatunek, który uważa się za typowy dla danego regionu (podobno "przydzielanie" kwiatów na początku dwudziestego wieku wywoływało całkiem spore dyskusje). I tak na przykład symbolem Jämtlandii jest brunkulla, bardzo rzadki gatunek orchidei, która występuje głównie w tej okolicy, a kwiatem Laponii jest fjällsippa, dębik ośmiopłatkowy, roślina typowo górska, rosnąca w okolicach polarnych.
C jak champinjon (pieczarka).
D jak Dalahäst (konik z Dalarny), drewniana figurka tradycyjnie wykonywana w regionie Dalarna. Chyba jeden najbardziej rozpoznawalnych symboli Szwecji i na pewno jedna z najchętniej kupowanych pamiątek. Oryginalne figurki są ręcznie malowane i dlatego niepowtarzalne - stąd koniki należą do raczej drogich drobiazgów, jakie można przywieźć sobie na pamiątkę.
E jak ekollon (żołądź). Jednym z najbardziej znanych dębów w Szwecji jest sztokholmski dąb Birgera jarla. Wiek dębu szacuje się na około 800 lat, a zatem drzewo jest równie stare jak Sztokholm, dlatego nazwano je imieniem historycznego założyciela miasta.
F jak fisk (ryba). Ze względu na szeroki dostęp do wód w Szwecji spożycie ryb jest wyjątkowo duże (w kwestii konsumpcji ryb w porównaniu ze Skandynawami wypadamy blado). Na uwagę zasługuje znany na całym świecie surströmming czyli kiszony, sfermentowany śledź, o zapachu tak... wyjątkowym, że rzekomo nie wolno wnosić puszek z rybą na pokład samolotu.
G jak glögg, czyli szwedzkie grzane wino, z przyprawami, najbardziej popularne w okresie bożonarodzeniowym.
H jak hjärta (serce).
I jak inlagd sill (marynowany śledź), obowiązkowy gość na szwedzkim stole na co dzień i podczas świąt. Najpopularniejsze marynaty to np. cebulowa, musztardowa czy sherry. Śledzie na szwedzki sposób mają często słodkawy smak.
J jak julbock czyli słomiany koziołek, popularna ozdoba bożonarodzeniowa, która swoimi korzeniami być może sięga aż do tradycji przedchrześcijańskich.
K jak kurbits czyli styl ornamentyki, z charakterystycznymi motywami dużych kwiatów i liści. Wywodzi się z prowincji Dalarna. Wzory w tym stylu zdobią koniki z Dalarny.
L jak ljus i Lucia (światło i Łucja), dwa najważniejsze pojęcia corocznie, na 13. grudnia. Tego dnia pije się grzane wino glögg, zajada pierniczki i szafranowe ciasteczka, a po miejscach pracy, szkołach i miastach kroczą pochody dzieci i młodzieży w białych szatach, ze świecami w dłoniach i pieśnią na ustach.
M jak Midsommar, uwielbiane przez Szwedów święto, które celebrują w weekend najbliższy nocy świętojańskiej. Ma charakter radosnego "festynu", dla rodzin i przyjaciół, wspólnego tańczenia, zabawy na łonie natury, wokół majowego drzewka.
N jak nyckelpiga (biedronka). Nazwa tego robaczka nawiązuje do... Maryi. Nyckelpiga początkowo była tą kobietą, która odpowiadała za klucze gospodyni, pani na włościach. Panią na włościach w niebiosach jest Maryja, a siedem kropek biedronki miało nawiązywać do siedmiu cnót. Co więcej, nawiązania do Maryi pojawiają się też w niemieckiej, angielskiej czy francuskiej nazwie tego żyjątka.
O jak ost (ser). Szwedzkie produkty nabiałowe są naprawdę wyśmienite! Ja uwielbiam pyszne jogurty o smakach niespotykanych w Polsce (waniliowy i waniliowo-owocowy, agrestowy, truskawkowo-rabarbarowy) oraz filmjölk czyli rodzaj kwaśnego mleka. Do szwedzkich serów należą: herrgårdsost, prästost, västerbottensost, grevéost czy sveciaost.
P jak pepparkakor, czyli szwedzkie pierniczki - najchętniej przywożona przeze mnie pamiątka z każdego wyjazdu do Szwecji.
Q jak quilta (szycie w formie dekoracyjnego pikowania, podobna do patchworku), czyli kolejny przykład szwedzkiego rękodzieła.
R jak risgrynsgröt (pudding ryżowy, danie z ryżu, mleka i cynamonu), który je się głównie na Boże Narodzenie (ale też przez cały rok, na przykład jako deser). W świątecznej wersji w niektórych domach do puddingu czasem wrzuca się obranego migdała, a osoba, która natrafi na niego w swojej porcji, według dawnych wierzeń, weźmie w następnym roku ślub (ja w Polsce spotkałam się z tradycją umieszczania grosika w wigilijnych pierogach, który ma gwarantować bogactwo w kolejnym roku. Zdecydowanie bardziej podoba mi się wersja migdałowa).
S jak Sverige - Szwecja. Tu nie trzeba już chyba nic tłumaczyć.
T jak tomte, czyli postać ze szwedzkich ludowych wierzeń, przypominająca krasnoludka, najczęściej z długą brodą i czerwoną czapeczką na głowie. Mieszkały w gospodarstwach, za pomoc w pilnowaniu domostwa i zwierząt  oczekiwały pożywienia (według opowieści najbardziej lubiły risgrynsgröt), a gdy nie okazywało im się należnego szacunku, potrafiły stawać się naprawdę nieprzyjemne... Dziś takie krasnale kojarzy się głównie z okresem Bożego Narodzenia, bo pomagają one Gwiazdorowi, który w Szwecji nazywa się Jultomte. 
V jak Var så god (Bardzo proszę) czyli przykład szwedzkiej uprzejmości.
Å jak årstid (pora roku). To pojęcie nie znalazło się przypadkowo, jeśli dotyczy kraju, gdzie zmiany pór roku znacznie wpływają na różnice w długości dnia i nocy.
Ä jak äpplen (jabłka). Szwedzkie jabłka to powód do dumy szczególnie w południowo-wschodnim regionie Österlen. Miasteczko Kivik, słynące z sadownictwa, celebruje corocznie Festiwal Jabłka z rozmaitymi atrakcjami związanymi z tym owocem. W Kivik produkuję się także znany cydr jabłkowy.
Ö jak öl (piwo). W Szwecji dziel się piwo na trzy "klasy": lättöl (dosł. lekkie piwo) o zawartości do 2,25% alkoholu, folköl (dosł. piwo "ludowe") o zawartości alkoholu między 2,25% a 3,5% oraz mellanöl/starköl (dosł. średnie piwo/mocne piwo) o zawartości alkoholu powyżej 3,5%. W zwykłych sklepach można kupić tylko piwo bezalkoholowe, lättöl oraz folköl. Po mocniejsze piwo trzeba wybrać się do państwowych sklepów monopolowych Systembolaget, zamkniętych całkiem w niedziele i czynnych do popołudnia w soboty. Oczywiście, mocnym piwem można raczyć się w barach, pubach czy restauracjach.


Co Waszym zdaniem jeszcze powinno znaleźć się w takim szwedzkim alfabecie?
Jestem też bardzo ciekawa, co ukrylibyście pod poszczególnymi literami polskiego alfabetu kultury!



A oto wpisy od A do Z z innych krajów:


Chiny:

Esperanto:

Francja:

Gruzja: 

Hiszpania:

Holandia:

Kirgistan:

Niemcy:

Norwegia: 

Rosja: 

Stany Zjednoczone:

Wielka Brytania: 

Włochy: 



Follow on Bloglovin

16 lutego 2015

Nazwy szwedzkich miast

Zastanawialiście się może kiedyś, dlaczego Sztokholm nazywa się SztokHOLM, Göteborg to GöteBORG, a Nyköping (tam, gdzie lotnisko Skavsta) to akurat NyKÖPING? A może podczas podróży po Szwecji albo przyglądając się mapie zwróciliście uwagę, że w nazwach miast często pojawiają się takie elementy jak na przykład właśnie -holm, -borg albo -köping?

Dlaczego tak jest i co to oznacza dowiecie się z dzisiejszego posta, poświęconego właśnie nazwom szwedzkich miast.



Wspominałam na blogu nie raz, jak fascynują mnie szwedzkie złożenia (sammansättningar). Złożeniami jest też wiele szwedzkich nazw miast, miejscowości, miasteczek i wsi, a ostatnie ich człony (efterleder) często się powtarzają. Czasem są charakterystyczne dla danego regionu, a czasem można je zobaczyć na mapie w różnych częściach Szwecji.

Wiele z tych członów odnosi się bezpośrednio do samego zasiedlania danych okolic, często da się z nich od razu "wyczytać", jaki był pierwotny charakter osady lub jaka jest wielkość miasta. I tak, słowo torp, oznaczające zagrodę, ma dziś odzwierciedlenie w nazwach z -torp czy też -torpa, -torpet, a nawet -arp. Są one bardzo częste w rolniczej Skanii. Natomiast nazwy miast kończące się na -köping czy -köpinge (pamiętajcie, że K czytamy w tych nazwach jak Ś) pochodzą od czasownika köpa czyli 'kupować'. Miasta te były zatem dawnymi miejscami handlu. Dziś takie nazwy noszą najczęściej większe miasta. Człony -hus i -borg oznaczają 'twierdzę'. W swoich nazwach mają je nie tylko same twierdze (jak np. Glimmingehus) ale też miasta, które pełniły przede wszystkim funkcję obronną (Göteborg, Karlsborg). Zwróćcie uwagę, że miasta te są często położone w miejscach, które naturalnie są trudno dostępne i świetnie nadawały się na twierdze. Często występującym członemi są też -bo lub alternatywnie -boda. W starszych miejscowościach nawiązywały one do słowa bod czyli 'sklepik', 'kram', późniejsze -bo zaczęło oznaczać po prostu osadę, zabudowania. Równie często w wielu częściach Szwecji pojawiają się nazwy z -by/-byn. Jest to tak naprawdę bardzo stary człon, stąd wiele tych miast ma bardzo długą historię. Słowo by oznacza wieś i rzeczywiście, większość miejsc z tym członem w nazwie to wioski lub małe miejscowości. Tylko niektóre z nich rozrosły się do rozmiarów prawdziwych miast lub też ich nazwę tłumaczy się wpływami duńskimi, gdzie by oznacza właśnie miasto (jak np. Visby na Gotlandii). Pewnie większość z Was kojarzy za to by z fikcyjnym Bullerbyn, które akurat swój pierwowzór miało w smålandzkiej wiosce Sevedstorp.


Ale to nie wszystko. Do tego dochodzą jeszcze człony, które nawiązują do pojęć przyrodniczych, geograficznych, do ukształtowania terenu. Zacznijmy od miast z -holm lub -holme. Holme to po szwedzku wysepka. Nazwy z tym członem nadawano najczęściej miastom zakładanym na wyspach. Ponieważ miasta te miały często wysoki status, "holmu" zaczęto używać do nazywania także innych miejsc, na przykład dworów czy zamków. Także zatoki mają swoje odzwierciedlenie w nazwach miast, tych z -vik lub -viken. Wiele takich miejscowości można znaleźć na wschodnim wybrzeżu. Człon -fors natomiast oznacza wodospad albo bystrzycę, miejsce gdzie występuje przyspieszenie przepływu wody. Nazwę z tym członem nosi wiele miast, gdzie takie miejsca na wodzie wykorzystywano w przemyśle, gdzie znajdowały się np. papiernie czy huty. Fors pojawia się też w szwedzkiej nazwie Helsinek: Helsinfors. Jeśli przyjrzycie się mapie północnej części Szwecji, na pewno przy wschodnim wybrzeżu zwrócicie uwagę na nazwy miast, zakończone na albo -eå.  Å to po szwedzku strumień, rzeczka lub rzeka, a miasta rzeczywiście leżą nad rzeką. I tak Piteå leży nad rzeką Pite, a Umeå nad rzeką Ume. Być może dostrzeżecie też nazwy z -träsk. We współczesnym szwedzkim träsk oznacza bagno, ale dawniej było to określenie na jezioro, używane przede wszystkim na północy. Co ciekawe, wiele miejscowości z -träsk w nazwie leży nad jeziorem z -träsket, na przykład Glommersträsk leży nad jeziorem Glommersträsket.




Mogłabym tak opisywać jeszcze długo, bo takich powtarzających, charakterystycznych członów w nazwach jest ponad sto. Mam nadzieję, że zainteresowałam Was takim krótkim przeglądem przynajmniej na tyle, żebyście teraz uważniej zerkali na mapy czy baczniej przyglądali się drogowskazom.


Za inspirację do napisania (wreszcie!) tego postu dziękuję czytelniczce Sylwii, która podrzuciła mi ciekawy artykuł.

Źródła:




Follow on Bloglovin

11 lutego 2015

5 nietypowych szwedzkich komedii romantycznych na Walentynki



Jak myślicie, jakie filmy są najlepsze na Walentynki? Pewnie większość z Was od razu pomyślała o komediach romantycznych. Ja akurat nie jestem wielką fanką gatunku, ostatnio nawet coraz częściej zdarza mi się omijać takie filmy szerokim łukiem. Ale jest też wiele takich, do których chętnie wracam, nie tylko w Walentynki, i które nigdy się nie nudzą. Większość z nich ma jednak coś, przez co wymykają się trochę typowym schematom komedii romantycznych (złośliwi, tacy jak mój P., twierdzą, że dla Szwecji nietypowe jest już to, że film nie jest dołującym dramatem). Oto lista moich pięciu typów, w miłosno-romantycznym klimacie, które mogę Wam polecić do obejrzenia w Walentynki. Albo każdy inny dzień w roku.


W kosmosie nie ma uczuć (I rymden finns inga känslor)


Ocena: ♥♥♥♥♥/5
Nietypowy za: pokazanie w krzywym zwierciadle, jakim "wzorem" mogą być komedie romantyczne i jak "działąją" kwestionariusze, mające pomóc dopasować do siebie ludzi. I za przekorne wybranie jako głównego bohatera filmu (właściwie) o miłości kogoś, kto ma problem ze zrozumieniem uczuć.

źródło
To mój naprawdę ulubiony szwedzki film, dlatego wybaczcie, że wspominam o nim po raz kolejny (wcześniej poświęciłam mu już cały wpis). Kapitalne połączenie komedii i dość trudnego tematu życia z zespołem Aspergera. Fantastyczne zdjęcia, sycące oko eksplozją kolorów, zaskakujące animacje, tłumaczące, jak Simon widzi świat oraz żywa, energiczna muzyka to niewątpliwe mocne strony filmu. Pięć serduszek na pięć, jeśli jeszcze nie widzieliście, to zobaczcie obowiązkowo.






Facet z grobu obok (Grabben i graven bredvid)

Ocena: ♥♥♥/5
Nietypowy za: miejsce, w którym poznają się bohaterowie i za sympatyczną ekranizację irytującej książki


źródło

Gdzie można spotkać miłość swojego życia? Słyszałam już różne historie: na ławce w parku, w windzie, w bibliotece, w autobusie... ale na cmentarzu? To brzmi naprawdę zaskakująco. I zdarzyło się filmowym bohaterom. Oprócz niezwykłego punktu wyjścia film właściwie ma bardzo zwykłą konstrukcję. On i ona, pochodzący z zupełnie różnych światów, zakochani, ale jednak wciąż podchodzący do siebie trochę jak żuraw i czapla. O ile mogę polecić filmową wersję jako lekki seans na luźny wieczór, to nie zachęcam do sięgania po książkowy pierwowzór (swoją drogą, zaskakuje mnie popularność książki i filmu jako materiału do wykorzystania na kursach języka szwedzkiego w Szwecji).




Półtoraroczny Patryk (Patrik 1.5)

Ocena: ♥♥♥♥/5
Nietypowy za: "tęczową" tematykę, poruszanie kwestii tolerancji w lekki, przyjemny i przesympatyczny sposób
Göran i Sven marzą o dziecku. Ich radość nie zna granic, gdy dostają zgodę na adopcję i dowiadują się, że wkrótce ich rodzina powiększy się o półtorarocznego Patryka. Okazuje się, że przez pomyłkę w dokumentach stają się rodzicami... piętnastoletniego, zbuntowanego chłopca. Nie jest to może typowa komedia romantyczna, ale na pewno jest to komedia, w której oprócz humoru nie brakuje też ciepła. Więcej przeczytacie tutaj.





Wspaniała i kochana przez wszystkich (Underbar och älskad av alla)

Ocena: ♥♥♥/5
Nietypowy za: bycie szwedzką Bridget Jones z dość przekornie, jak na tę konwencję, kończącym się wątkiem romantycznym


źródło
Isabella jest singielką po trzydziestce i uważa się za aktorkę. Postanawia zrobić coś ze swoją karierą i... fałszuje swoje CV, chwaląc się niesamowitymi umiejętnościami akrobatycznymi. Dostaje dzięki temu rolę u samego Bergmana. i tym samym, zamiast robić karierę, robi sobie jeszcze więcej problemów. Jest też oczywiście miejsce na miłość, choć ten wątek akurat kończy się zdecydowanym 1:0 dla kobiet. Polecam raczej na seans podczas babskiego wieczoru.





Fotograf weselny (Bröllopsfotografen)

Ocena: ♥♥♥♥/5
Nietypowy za: poruszanie kwestii różnic klasowych

źródło
Robin to prosty ale dobroduszny facet z małego miasteczka Molkom. Po zamknięciu lokalnej fabryki szuka pracy jako fotograf weselny. W ten sposób trafia na wesele "wyższych sfer" i zakochuje się w siostrze panny młodej. Chcąc zbliżyć się do jej świata, postanawia zmienić swój wizerunek i zachowanie. Ale czy można kompletnie uciec od tego, kim się jest? W tym filmie urzekają mnie przedstawienia dwóch ślubów kompletnie różnych ślubów, tego w Molkom i w Sztokholmie. Można też zastanawiać się, ile właściwie jest tu komedii, a ile dramatu obyczajowego. Polecam też dla posłuchania szwedzkich dialektów.




A Wy, macie jakieś swoje ulubione, walentynkowe kinowe lub telewizyjne hity?




♡♡♡

No i oczywiście pora na wyniki konkursu, ogłoszonego w piątek. Do zdobycia był egzemplarz książki Marii Ernestam Córki marionetek. Dziękuję serdecznie za wszystkie komentarze o tym, jakie skojarzenia budzą w Was marionetki. Wszystkie bardzo mi się podobały, wiele dawało do myślenia, ale oczywiście zwycięzca może być tylko jeden. Za najciekawszą wypowiedź uznałam komentarz Isiliel i to do niej trafi nagroda. Bardzo podobało mi się wieloaspektowe potraktowanie problemu, które i tak potem wróciło do wspólnego mianownika. Cieszę się też, że dzięki Isiliel nauczyłam się nowego słowa - pediofobia - nie wiedziałam, że lęk przed lalkami zasłużył na własną nazwę! 
Isiliel, skontaktuj się ze mną mailowo lub przez fanpage na Facebooku i podaj adres, na jaki mam przesłać książkę!



Follow on Bloglovin

06 lutego 2015

Wywiad z Marią Ernestam, autorką "Córek marionetek" // Polsk intervju med Maria Ernestam

Minął ponad tydzień od premiery polskiego wydania Córek marionetek Marii Ernestam. W wywiadzie, którego dla Szwecjobloga udzieliła Maria, zapytałam autorkę o jej pisarstwo oraz o to co i kto ją inspiruje. Opowiedziała też o odwadze cywilnej Szwedów, a także o książce, nad którą teraz pracuje. No i oczywiście nie zabrakło pytania o marionetki.


[SV]
För över en vecka sedan hade Maria Ernestams Marionetternas döttrar sin premiär i Polen. I intervjun för bloggen Szwecjoblog.pl har jag frågat Maria om hennes författarskap samt om vad och vem som inspirerar henne. Hon har dessutom berättat om det svenska civilkuraget och boken hon arbetar på just nu. Självklart har jag också ställt en fråga om marionetter.
Om du vill läsa intervjun i den originella, svenska versionen, klicka här.



fot. Richard Ryan



Córki marionetek to Twoja pierwsza książka, która ukazała się w Polsce, ale w Szwecji opublikowałaś właściwie siedem powieści. Mogłabyś opowiedzieć, jak doszło do tego, że zaczęłaś pisać książki? Czy Twoje wcześniejsze zajęcia miały coś wspólnego z książkowym światem?

Zawsze dużo czytałam, a w okresie dorastania ciągle uciekałam do świata książek. Pisanie też łatwo mi przychodziło, lubiłam to. Ale właściwie nigdy nie marzyłam o tym, by zostać pisarką. Moje zainteresowanie pisaniem sprawiło jednak, że postanowiłam zostać dziennikarką i przez wiele lat pracowałam w Niemczech jako korespondent zagraniczny dla szwedzkich gazet. Równocześnie poświęcałam się też moim innym wielkim zainteresowaniom – śpiewowi, tańcowi i teatrowi. Pewnego dnia oglądałam film Woody’ego Allena, w którym śmierć puka do drzwi domu, gdzie odbywa się przyjęcie. I zostaje wyrzucona. Jednocześnie pisałam wtedy artykuł o niemieckiej dyskusji nad inżynierią genetyczną. Scena z filmu i artykuł połączyły się ze sobą i nagle przyszła mi do głowy historia, którą zaczęłam spisywać i która stopniowo stała się moją debiutancką powieścią, Caipirinha med Döden [pl. Caipirinha ze Śmiercią]. To, że w tym czasie dużo zajmowałam się śpiewem i tańcem, też pewnie odegrało swoją rolę. Odkryłam, że potrafię łączyć moje wielkie życiowe pasje, pisanie i fantazję, dzięki książkom. Poza tym, z dziennikarstwa zostało mi to, że traktuję pisanie jako pracę, a nie coś, co przychodzi samo z siebie. Uświadomienie sobie tego jest bardzo pomocne.


Twoje książki doceniane są przede wszystkim ze względu na Twój wyjątkowy styl pisania, czasami określany jako „czarowanie językiem” albo nawet „ernestamski styl”. Jak sama opisałabyś ten „ernestamski świat”, który wyczarowujesz swoim czytelnikom?

Chętnie tworzę światy, w których nic nie jest takie, jakie się wydaje. Jestem też mocno przekonana, że tak to właśnie jest. Za różne zajściami i wydarzeniami kryję się tak naprawdę więcej niż to, co widać na zewnątrz, a ludzie mają w sobie tajemnice i sprawy, o których nikt nic nie wie. Ktoś kiedyś powiedział, że moje opowieści to współczesne baśnie o tym, jak to, co nierzeczywiste, może zdarzyć się w rzeczywistym świecie. To prawda. Opowiadam historię, ale często podkręcam ją tak, żeby cały czas balansowała na granicy tego, co może być prawdziwe… albo i nie? Poza tym chętnie mieszam poważną historię z elementami humoru, często czarnego. Dorastałam z tym i wydaje mi się, że to wpływa na klimat moich książek. Ernestamski świat to taki świat, w którym czytelnik ma być obecny, ma czuć się zaangażowany, gdzie wszystko może się wydarzyć, ale też gdzie wszystko jest logiczne, kiedy już wejdzie się do środka. Staram się też, żeby ten świat był jeszcze bardziej przekonujący, pracując dużo nad językiem, żeby był piękny i rytmiczny.


Mariana, Elena i Karolina, bohaterki Córek Marionetek, są uzdolnione artystycznie. Mimo że tworzą różne przedmioty, czerpią inspirację mniej więcej w podobny sposób – obserwując i dokładnie analizując zachowanie innych ludzi. Czy to w jakiś sposób odzwierciedla Twój sposób tworzenia bohaterów powieści?

Tak, zgadza się. Zawsze chyba byłam kimś, kto często się przygląda, kto od czasu do czasu ma wrażenie, że stoi obok tego, co się dzieje, zamiast być w centrum wydarzeń. Wcześnie nauczyłam się obserwować ludzi, żeby rozpoznawać ich nastrój i dopasowywać się do niego, zostało mi to w dorosłym życiu. Bohaterowie powstają jako połączenie ludzi, których spotkałam, o których czytałam i o których myślałam. Często zastanawiam się, dlaczego ludzie robią to, co robią i jakie są przyczyny ich działania.


Akcja Córek marionetek rozgrywa się w małym miasteczku na wybrzeżu. Biorąc pod uwagę jedynie jego mieszkańców, można odnieść wrażenie, że miasteczko mogłoby znajdować się gdziekolwiek na świecie. Wszędzie przecież ludźmi kierują te same uczucia: miłość, nienawiść, zazdrość i przyjaźń. Z drugiej strony, samo miejsce wydaje się magiczne i baśniowe. Czy ma może jakiś pierwowzór w rzeczywistości?

Urodziłam się i dorastałam w Uppsali, ale każde lato spędzałam na zachodnim wybrzeżu Szwecji, w małym miasteczku o nazwie Frillesås. Te tygodnie nad morzem, spędzone razem z moimi wakacyjnymi przyjaciółmi, były najszczęśliwszym czasem w roku. Dużo czasu spędzaliśmy na morzu, żeglowaliśmy albo pływaliśmy na odleglejsze wyspy, a wieczorami wędrowaliśmy i wymyślaliśmy różne rzeczy, prawie cały czas na świeżym powietrzu. Było tam też poczucie wielkiej wspólnoty ponad pokoleniami, małe i duże dzieci bawiły się razem, a czasami nawet i rodzice. Frillesås powraca w wielu moich książkach i na pewno w Córkach marionetek. Ale to prawda, że podobne miasteczka są wszędzie na świecie. Dlatego nie nadałam mu w książce żadnej nazwy. Wielu z nas ma gdzieś w sobie swoje własne Frillesås.


W Córkach marionetek baśnie i teatr lalek odgrywają szczególną rolę. Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie akurat takimi dziełami?

Baśnie są wspaniałe pod wieloma względami. Wiele z nich przetrwało stulecia i wciąż przekazuje się je dalej. To wynika z historii samej w sobie, że zawsze jest aktualna i porusza ludzi. Ale też technika narracyjna baśni jest bardzo efektywna. Dzięki jasnemu i prostemu językowi, powtórzeniom oraz oddziaływaniu na emocje, które przeżywają i noszą w sobie wszyscy ludzie, ciągle można tworzyć nowe interpretacje. Zawsze chętnie czytałam baśnie i polecam to ludziom, którzy chcą zacząć pisać. Marionetki i teatr lalek to inna forma sztuki, która w bardzo dużej mierze opiera się na ludzkiej wyobraźni. Lalka nie ma przecież innego wyrazu twarzy poza tym, który nadał jej twórca. A mimo to ludzie „widzą”, jak lalka się śmieje, płacze albo złości, bo nasz mózg tak tłumaczy sobie sztukę. To naprawdę ciekawe. Poza tym marionetka sama w sobie jest źródłem tak wielu skojarzeń. Na przykład, że ktoś pociąga za sznurki i sprawia, że lalka się porusza. Kto tak właściwie steruje kim? Kupiłam kiedyś marionetkę, a lalkarz powiedział, że najsilniejszą i najważniejszą marionetką jesteśmy my sami, kiedy szarpiemy i pociągamy za własne sznurki. Nigdy tego nie zapomnę.


Córki marionetek robią wrażenie także przez to, że historia jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Poruszany przez ciebie temat jest częścią takiego rozdziału historii Szwecji, o którym nie wszyscy chcą rozmawiać i który nie jest tak znany za granicą. Chciałaś nauczyć czegoś czytelników? Sądzisz, że tę powieść można odczytać inaczej w krajach, które mają odmienne tło historyczne?

Oczywiście, że chcę czytelników czegoś nauczyć, nawet jeśli powinni też po prostu cieszyć się dobrą historią. Szwecja była z dala od wojny przez tak wiele lat, że nie mamy żadnych konkretnych wspomnień ani opowieści o jej aktywnym prowadzeniu. Byliśmy neutralni – a jednocześnie nie. Przez cały czas szliśmy na ustępstwa, żeby utrzymać kraj z dala od obu wojen światowych. Taką postawę można zrozumieć, takie działania polityków. Jednocześnie trzeba też pokazać odwagę cywilną. My, Szwedzi, musimy zrozumieć, że nawet jeśli byliśmy neutralni, to tu i tam pojawiały się różne poglądy. Dyskryminacja i rasizm występowały tu tak samo jak wszędzie indziej w Europie. Mój dziadek, którego szlachetna postawa zainspirowała mnie do napisania książki, był wzorem dla mnie i dla wielu innych osób. Poza tym sądzę, że książka na pewno będzie odebrana inaczej w krajach, które były bezpośrednio dotknięte wojną i brutalnym prześladowaniem różnych grup etnicznych. Wielu czytelników może odnajdzie się w niej lepiej niż miało to miejsce w Szwecji. A tradycja teatru lalek i marionetek jest dużo silniejsza w Europie kontynentalnej, nie tylko w Polsce, niż w Szwecji.


Wgląd w psychikę bohaterów oraz napięcie to cechy charakterystyczne dla Twojego pisarstwa. Czy są to też cechy, których szukasz w książkach, które sama czytasz? Jaka są Twoja ulubione lektury?

Na pewno szukam tych elementów, wybierając książki, jakie czytam. Szukam też tematów, które są wciąż aktualne i ciekawe, które uczą mnie czegoś o charakterze człowieka. Trudno mówić o ulubionych lekturach, czasami bardziej podobają mi się konkretne książki niż konkretni autorzy. Pisarzem, którego bardzo cenię, jest Brytyjczyk John Fowles, napisał między innymi Kochanicę Francuza. Podobały mi się Dom duchów Isabel Allende i pierwsze książki Johna Irvinga, Świat według Garpa i Hotel New Hampshire. Oraz niektóre książki Neila Gaimana. W nich wszystkich jest to, czego szukam – epickie opowieści, które opowiadają o warunkach życia ludzi na ziemi i robią to z powagą, ale też z humorem i odrobiną pozytywnego szaleństwa. Nawet w tragediach musi być błazen, który żartuje i nas rozśmiesza.


Mogłabyś zdradzić, nad czym teraz pracujesz?

Piszę moją następną książkę pod tytułem Den sårade pianisten [pl. Zraniony pianista]. Książka opowiada o dwóch kobietach, które od dziecka były przyjaciółkami. Jedna z nich dorastała u swojej ciotki i na początku powieści ta ciotka umiera. Ciotka prowadziła spokojne życie nauczycielki, ale na wakacje każdego roku jeździła zawsze w te same miejsca w tym samym czasie, przez ponad czterdzieści lat. Obie kobiety ruszają w podróż jej śladami i odkrywają, że prowadziła drugie życie. Jednocześnie spotykają pianistę, który kiedyś był sławny na całym świecie, a teraz gra po barach i hotelach po traumatycznym wypadku. Okazuje się, że coś łączy losy tych osób. Książka opowiada o przyjaźni, która czasami opiera się na fałszywych założeniach, o rolach, jakie gramy, o wielkiej miłości albo marzeniu o niej oraz o tym, co może sprawić tłumiona wściekłość, kiedy da się jej upust. Na pewno znów będzie to ernestamski świat.





UWAGA, NIESPODZIANKA!
źródło: Czwarta Strona

Zainteresowała Was powieść Marii Ernestam? Mam dla Was egzemplarz Córek marionetek. Jeśli chcecie go otrzymać, odpowiedzcie w komentarzu pod postem na pytanie:

Jakie skojarzenia w Was budzą marionetki?

Na odpowiedzi czekam do wtorku, 10.02.2015, do godziny 23.59. Książkę otrzyma autor/ka najciekawszego, najbardziej oryginalnego komentarza (nagrodę wysyłam tylko na terenie Polski, jeśli nie prowadzisz bloga, zostaw w komentarzu także swój adres mailowy). Zwycięzcę poznacie w środę.

Linki:
Czwarta Strona: http://czwartastrona.pl/




Follow on Bloglovin