29 grudnia 2013

nowe słowa 2013

Zbliżający się coraz większymi krokami koniec roku to okazja do podsumowań. Pod koniec roku Rada Języka Szwedzkiego publikuje tak zwaną "listę nowych słów" (nyordslistan). O tej liście pisałam już, tłumacząc, kim jest przytulający złodziej, popiołowy wdowiec czy inni zaskakujący goście w szwedzkim słowniku. Słowa, które zostają wpisane na listę to takie, które w pewien sposób "zrobiły karierę" w danym roku. Oznacza to, że Rada nie tyle oficjalnie przyjmuje je do języka, co bacznie przygląda się językowi mediów i sugestiom użytkowników języka, a potem opisuje pewne tendencje. Dzięki temu można też dostrzec, czym żył świat i czym żyli Szwedzi w danym roku.

Wśród popularnych słów i wyrażeń w 2013 roku znalazły się między innymi następujące pozycje:

  •  5:2-diät czyli zyskująca popularność w Polsce dieta 5 na 2, znana też jako dieta dr. Mosleya, według której można jeść do woli przez pięć dni w tygodniu, a przez pozostałe dwa należy pościć (nie przekraczając 600 kalorii dziennie).
  
  • bjudkaffe lub bjudkopp czyli to, co u nas przyjęło się pod nazwą "zawieszona kawa". 


Mamy "zawieszoną kawę". Kup jedną kawę dla siebie, a za jedną zapłać dodatkowo. Odłożymy ją dla kogoś, kto ma pusty portfel! - źródło

  •  dygnis czyli przedszkole (dagis) czynne całą dobę (dygnet runt).
  • embrejsa zapożyczone od angielskiego embrace, czyli obejmować.
  •  hikikomori to zapożyczone z japońskiego określenie młodej osoby, która zupełnie izoluje się od świata, mieszkając w domu rodziców, zamiast wejść w dorosłe życie.

źródło
  • hämndporr czyli w moim tłumaczeniu "mściwa pornografia" to nagie zdjęcia, udostępnione przez kogoś w ramach zemsty na swoim byłym partnerze.
  • hästlasagne to dosłownie lasagne z koniny. Słowo to pojawiło się po raz pierwszy w związku z głośną aferą wokół śladów koniny znalezionych w produktach, które miały zawierać wołowinę. Dziś tego pojęcia używa się także w sensie metaforycznym, jako coś niskiej jakości i nieznanego pochodzenia.
  •  kjolprotest można przetłumaczyć jako 'spódnicowy protest'. Wiąze się z sytuacją, kiedy pracownicy sztokholmskiej kolei aglomeracyjnej Roslagsbanan ubierali się w spódnice latem podczas upałów, protestując przeciwko regulaminowi, który nie uznawał krótkich spodenek jako części uniformu. W zapisach była mowa jedynie o spodniach lub...  właśnie spódnicy.

źródło
  • klicktivism czyli aktywność polegająca jedynie na masowym klikaniu krótkich komunikatów na portalach społecznościowych, takich jak "Lubię to!" na Facebooku, które właściwie nie zawsze wiąże się z faktycznym zaangażowaniem.
  • rutkod to kod kratkowy (np. kody QR), nowa wersja kodu kreskowego.
  • selfie, czyli nowoczesny autoportret (mój P. znalazł na to lepsze określenie, ale jest na tyle niecenzuralne, że nie zdecyduję się go przytoczyć). Selfie zostało też uznane słowem roku według twórców słowników Oxford.

źródło


Co Wy na to? Jak Wam się wydaje, jakie nowe słowa i wyrażenia gościły wyjątkowo często w prasie i na ustach Polaków w 2013 roku?
Źródła:

 
Follow on Bloglovin

23 grudnia 2013

God Jul!

Myślami jestem już znacznie bliżej polskich pierników, makowców, barszczy z uszkami, pierogów z kapustą i grzybami, śledzi w occie, kolęd i opłatka. Mam dziś dla Was tylko kilka migawek ze Szwecji Bożonarodzeniowej, ale przede wszystkim mam dla Was życzenia spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt oraz udanego rozpoczęcia Nowego Roku. God jul och gott nytt år!

źródło
źródło
Liseberg, Göteborg - źródło
Sztokholm - źródło
Skaftö - źródło

Stilla natt, heliga natt.
Allt är frid.Stjärnan blid
skiner på barnet i stallets strå
och de vakande fromma två
Kristus till jorden är kommen,
Oss är en frälsare född

Stora stund, heliga stund
Änglars här slår sin rund
kring de vaktande herdars hjord
Rymden ljuder av glädjens ord:
Kristus till jorden är kommen
Eder är frälsaren född

Stilla natt, heliga natt
Mörkret flyr, dagen gryr
Räddningstimman för världen slår
Nu begynner vårt jubelår
Kristus till jorden är kommen
Oss är en frälsare född.




Follow on Bloglovin

16 grudnia 2013

Jedz, śpij, umieraj. A w międzyczasie zawalcz o Oscara



Polska Komisja Oscarowa zdecydowała, że to „Wałęsa. Człowiek z nadziei” Andrzeja Wajdy będzie polskim kandydatem do nagrody amerykańskiej Akademii Filmowej w kategorii „film nieanglojęzyczny”. Podczas gdy my promujemy film o człowieku-legendzie, szwedzkie jury zgłosiło do tej nagrody obraz Gabrieli Pichler „Jedz, śpij, umieraj” (Äta sova dö) – opowieść o zwykłej, prostej dwudziestolatce z małego szwedzkiego miasteczka.

Raša (Nermina Lukač) nie jest postacią, która może zmienić bieg historii. Można nawet odnieść wrażenie, że ciężko przychodzi jej zmienić własną sytuację, kiedy zostaje zwolniona z fabryki przetwórstwa warzyw, gdzie pracowała od szesnastego roku życia. Z podobnymi problemami jak Raša muszą borykać się również inni jej znajomi z przetwórni, których obserwujemy, patrząc okiem kamery zza pleców głównej bohaterki, z czepkiem ochronnym na pierwszym planie lub podczas szkoleń w biurze pośrednictwa pracy. Niełatwo jest też ojcu Rašy (Milan Dragišic), który choć schorowany, decyduje się wyjechać za pracą dorywczą do Norwegii. W role bohaterów wcielili się nie profesjonalni aktorzy, lecz amatorzy. Wydają się bardzo wiarygodni, takie postaci znamy zresztą sami z naszej rzeczywistości.

W filmie nie usłyszymy bardzo wielu rozbudowanych dialogów. Sporo jest za to scen, które mnie kojarzą się z fragmentami teledysków, choć brakuje do nich muzyki. Zamiast niej słyszymy turkot fabrycznej taśmy produkcyjnej, łoskot od przejeżdżających ciężarówek czy zgiełk wesołego miasteczka. Niestety, mimo tej ciszy, odnoszę wrażenie, że film w jakiś sposób w swojej przewidywalności jest jednak „przegadany”.

„Jedz, śpij, umieraj” to poprawny film, który nie zaskakuje, nie ma w sobie wystarczająco siły, by poruszyć widza. Dotyka jednak ważnych, codziennych problemów i do pewnego stopnia mierzy się ze szwedzkimi stereotypami. Pokazuje, że bezrobocie, które dla jednych stanowi poważny problemem, dla innych jest rynkiem samym w sobie – okazuje się bowiem, że potrzeba specjalistów, którzy uczą, jak dobrze napisać CV, korzystnie wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej, uwierzyć w siebie i w to, że bezrobocie to raczej „przerwa w zatrudnieniu”. Jak się ma to do rzeczywistości? Raša sprawdzała się na swoim stanowisku, teraz w znalezieniu nowej pracy przeszkadzają jej arabsko brzmiące nazwisko, brak prawa jazdy i… ojciec, przez którego nie może się wyprowadzić z miasteczka. Jej przyjaciel Nicki (Jonathan Lampinen) marzy o karierze weterynarza, a jak na ironię losu zatrudnienie udaje mu się tylko znaleźć w ubojni bydła. Choć reklamy i trenerzy osobiści przekonują, że przed bohaterami przyszłość stoi otworem, inne czynniki wyraźnie dają im do zrozumienia, że nie zawsze sami mogą o niej decydować. Ale taką refleksją Gabriela Pichler nie odkrywa chyba Ameryki.

To, co zdecydowanie udaje się reżyserce, to pokazanie różnic społecznych na przykładzie niby-mikrokosmosów, jakim są przetwórnia warzyw i małomiasteczkowa społeczność. Żyją tu razem starzy i młodzi, zdrowi i chorzy, przedstawiciele różnych narodowości, religii i kultur, a także różnych warstw społecznych. Pichler wydaje się zadawać pytanie, czy rzeczywiście wszyscy mają równe szanse w Szwecji, kraju, gdzie tak często podkreśla się, jak ważna jest równość.

Problematyka poruszana w filmie wydaje się nie napawać optymizmem. Dodatkowo do takiej atmosfery przyczyniają się krajobrazy Skanii, przedstawione tu często jako mgliste, chłodne pustkowia. Bohaterom nie brakuje jednak poczucia humoru, a sporo ciepła płynie z niezwykłej relacji ojca i córki, która nie jest chyba aż tak popularnym tematem w kinie. Choć Raša i jej ojciec bardzo się od siebie różnią i nie brakuje między nimi napięć, łączy ich niezwykła, wzruszająca więź.

„Jedz, śpij, umieraj” przekonał jury przyznające najważniejsze wyróżnienie filmowe w Szwecji i otrzymał nagrodę Złotego Żuka w czterech kategoriach (najlepszy film, reżyser, scenariusz oraz najlepsza aktorka pierwszoplanowa). Czy zdoła przekonać członków amerykańskiej Akademii Filmowej? Lista nominowanych do Oscarów zostanie ogłoszona 16 stycznia 2014, a nagrodzonych statuetkami poznamy podczas ceremonii 2 marca.

Powyższy tekst powstał dla kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa, grudniowy numer możecie przeczytać, klikając w poniższy obrazek:

http://szafa.kwartalnik.eu/49/spis.html

Follow on Bloglovin

09 grudnia 2013

Święta Łucja



Co roku, około 13 grudnia, kiedy oglądam powyższy filmik, nie mogę powstrzymać jakiegoś takiego wzruszenia. Fakt, potrafię wzruszać się w najdziwniejszych momentach (na przykład przy dźwiękach orkiestry dętej), ale przyznajcie sami - jest coś niesamowitego wśród tych pustych, białych kościelnych ław, w tych anielskich żeńskich głosach, w tym półmroku przełamanym ciepłym blaskiem świec na głowie i w dłoniach dziewcząt, w ich powolnych, majestatycznych krokach... Mam też mnóstwo szalenie pozytywnych wspomnień z obchodów Dnia Świętej Łucji z pierwszego roku studiów, samego początku mojej przygody ze Szwecją i językiem szwedzkim, do których wracam z wielkim sentymentem. Poza tym, o ile potrafię skutecznie oprzeć się czekoladowym Mikołajom ustawianym na sklepowych półkach tuż po Zaduszkach, Last Christmas z głośników w sklepach czy choinek ustawianych na samym początku grudnia, to Dzień Świętej Łucji jednoznacznie wprowadza mnie w świąteczny nastrój.

Co to właściwie jest za święto i dlaczego w Szwecji, w jednym z najbardziej zateizowanych państw Europy, tak kultywuje się zwyczaj upamiętniający katolicką świętą?

Tak naprawdę historia tej szwedzkiej tradycji jest dość skomplikowana, a poszczególne elementy obchodów tego święta zmieniały się na przestrzeni czasu. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły - w zasadzie jest to mieszanka zwyczajów pogańskich i chrześcijańskich. Z jednej strony wiąże się ze św. Łucją z Syrakuz, z drugiej - ma podobno nawiązywać do szwedzkiej legendy o Łucji, pierwszej żony Adama, która miała spółkować z diabłem i być matką piekielnych stworzeń. Nie bez powodu też imię Łucji kojarzy się nie tylko ze światłem (łacińskie lux, szwedzkie ljus) ale też z Lucyferem.

Łucja, odziana w białe szaty, z płonącymi świecami na głowie, przynosi światło, które ma rozpraszać zimowe ciemności. W dawnym kalendarzu to właśnie noc na 13 grudnia była tą najdłuższą w roku, kiedy największe pole do popisu miały demony i złe moce. Po takiej nocy ludziom mogło rzeczywiście brakować sił, więc prawdopodobnie stąd mógł dużo później wziąć się zwyczaj, że dziewczynka przebrana za Łucję serwuje rodzinie na śniadanie kawę i szafranowe bułeczki.

źródło
Dziś Łucja, wraz z orszakiem dziewcząt (tärnor) ze świeczkami w dłoniach  oraz chłopców (stjärngossar) w wysokich czapkach ozdobionych gwiazdami, odwiedza szpitale, szkoły i urzędy. W miastach oraz w całej Szwecji odbywają się też wybory Łucji, którzy niektórzy porównują do wyborów miss. Świętowanie odbywa się z aromatem szafranu, kawy czy grzanego wina w tle, a także wśród dźwięków piosenek, których teksty najczęściej dotyczą kontrastów między zimnem a ciepłem, ciemnością  a jasnością.

źródło



Zainteresowani? Polecam Wam także film "Łucja dla żółtodziobów":


Źródła:
Follow on Bloglovin

01 grudnia 2013

lussekatter

Pierwszy dzień grudnia i pierwsza niedziela adwentu. Szwedzi już organizują spotkania z przyjaciółmi przy kieliszkach grzanego wina glögg, ich mieszkania rozświetlają białe gwiazdy w oknach. Domy zaczyna wypełniać charakterystyczny zapach goździków i przypraw do piernika.  Najlepszy znak, że zbliżają się święta.


O ile pierniczki są znane i na naszych stołach oraz na choinkach, to raczej obce wydają się skandynawskie bułeczki szafranowe, lussekatter, których nazwa współcześnie najczęściej tłumaczona jest jako "koty Łucji". Obchody Dnia Świętej Łucji przypadają na 13 grudnia i to z tym dniem najbardziej kojarzone są te wypieki. Post o tradycjach związanych z Łucją pojawi się na pewno w przyszłym tygodniu, tym razem zapraszam Was na na bułeczki:


Lussekatter, drożdżowe bułeczki, które swój żółciutki kolor zawdzięczają szafranowi (dzisiaj pewnie także dzięki innym spożywczym barwnikom, z racji tego, że szafran należy do najdroższych przypraw świata), są znane, popularne i chętnie zjadane w okresie około Bożego Narodzenia w całej Skandynawii, a także w szwedzkojęzycznej części Finlandii. Choć dziś, jak wspomniałam, nazwa bułeczek kojarzona jest ze świętą Łucją, to tradycja ich wypiekania prawdopodobnie  jest starsza i wiąże się raczej z imieniem Lucyfera. Lussekatter miały odstraszać złe moce, między innymi przez swój kolor słońca - demony miały bać się światła.

Istnieje kilka tradycyjnych kształtów, jakie nadaje się bułeczkom. Mają one nawet swoje własne nazwy. Najprostszy to julgalt, czyli "świąteczny knur", zwinięty jak literę S, ozdobiony rodzynkami w zawinięciach po dwóch stronach. Dwie takie bułeczki odpowiednio nałożone na siebie  tworzą julkuse czyli "świątecznego konia" albo gullvagn ("złoty wóz") znany też jako julkors ("świąteczny krzyż"). Inne formy to prästens hår ("włosy księdza") czy lindebarn ("dziecko w powijakach"). Najbardziej popularne formy nawiązują do prastarych wzorów zdobień, jakie można znaleźć na przykład na dawnej biżuterii i mogą sięgać nawet epoki brązu.

źródło

Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do wspólnego pieczenia!
Przepis znajdziecie na przykład na stronie Ambasady Szwecji w Polsce.


To co, przyłączacie się?



Źródła:
Follow on Bloglovin

25 listopada 2013

jak dogadać się po szwedzku ze zwierzętami

Podobnie jak wiele osób w ostatnim czasie stałam się ofiarą wirusa, stworzonego przez norweską grupę komików Ylvis i przez całe dnie nucąc, zadawałam sobie pytanie: Jak robi lis?



Później zdałam sobie sprawę, że nie tylko Norwegowie zrobili wielki hit z piosenką o tym, "jak robią" różne zwierzęta. Okazało się, że przebój o podobnej tematyce były też po włosku (a później też w innych językach) :




Jak nazwać dźwięki wydawane przez zwierzęta w różnych językach świata, to wbrew pozorom nie taka prosta sprawa. Koty na przykład w wielu językach wydają się wprawdzie brzmieć zgodnie:

źródło


Ale trudniej byłoby "dogadać się" na przykład z koniem lub świnią:

źródło



Oto krótki przegląd po "zwierzęcych" wyrazach naśladowczych w szwedczyźnie:

kot: mjau
koń: gnägg
świnia: nöff

pies: vov vov
krowa: mu
owca:
mysz: pip

kogut: kuckeliku
kurczak: kluck kluck
kaczka: kvack kvack 
wróbel: kvitt kvitt
wrona: krax 
żaba: ko ack ack ack


źródło

Równie ciekawe wydaje się, jak brzmią czasowniki, które opisują dźwięki zwierząt. O ile po polsku wydaje się logiczne, że krowa muczy, a kot miauczy, to pies niestety nie hauczy (choć założę się, że wiele małych dzieci jest przekonanych, że jednak tak jest) tylko szczeka, a kogut nie kukurykuje tylko pieje. Podobnie sprawa ma się w szwedzkim. "Świnia robi nöff" czyli Grisen nöffar, ale "pies robi vov" to już hunden skäller. Po więcej nazw zwierząt i ich dźwięków po szwedzku odsyłam jak zawsze do skarbnicy ciekawostek o szwedzkich słówkach, kanału TheSwedishLad:




Źródła:

Follow on Bloglovin

21 listopada 2013

niewidzialny kask dla rowerzystów

Dzisiaj coś specjalnie dla amatorów dwóch kółek. Ja akurat fanką nie jestem, ale sama wiadomość wydała mi się bardzo ciekawa i warta swojego miejsca na Szwecjoblogu.

Noszenie kasku, choć oczywiście bardzo przydatne, bezpieczne i jak najbardziej zalecane, może się czasami wydawać dość uciążliwe. Nie jest to najwygodniejsze nakrycie głowy, nie jest też najpiękniejsze. I rzeczywiście, widuję wiele świetnie ubranych dziewczyn na miejskich rowerkach, z zakupami w koszyku, ale żadnej z nich jeszcze nie widziałam w kasku. Prawdopodobnie po prostu nie pasował im do całej "stylizacji". No i poza tym - w kasku nie da się poczuć takiego wiatru we włosach.

Poniżej pokażę Wam kilka zdjęć. Panie i panowie z fotografii jeżdżą bezpiecznie. Mają na sobie kask. Naprawdę!

źródło: Hövding.com, Jonas Ingerstedt
źródło: Hövding.com, Jonas Ingerstedt
źródło: Hövding.com, Julia Lindemalm
źródło: Hövding.com, Julia Lindemalm

Pamiętacie, jak pisałam Wam o nowych słowach w języku szwedzkim, które robią zawrotną karierę i trafiają na coroczną listę Rady Języka Szwedzkiego? W 2011 roku jednym z takich słów-hitów był airbaghjälm, kasko-poduszka powietrzna, która otwiera się podczas wypadku, osłaniając głowę rowerzysty z wielu stron. Dzisiaj hitem jest nie tylko samo słowo, ale sam "niewidzialny kask", tak zwany Hövding, zaprojektowany przez dwie Szwedki, Annę Haupt i Terese Alstin. Kask jest niewidzialny, ponieważ w zasadzie jest właśnie poduszką powietrzną, ukrytą w specjalnym kołnierzu wyposażonym w czujniki. Nazwa projektu nawiązuje przede wszystkim do głowy (huvud), ale hövding to też 'wódz, przywódca' - cóż, według badań Hövding jest znacznie skuteczniejszy niż tradycyjne kaski.

Nie dziwi mnie wcale, że takie rozwiązanie zostało wymyślone akurat przez Szwedki. Po pierwsze, rower jest jednym z najbardziej popularnych środków lokomocji w Skandynawii. Dobrze rozwinięta sieć ścieżek rowerowych, rozległe parkingi dla rowerów między innymi przy stacjach kolejowych czy kampusach uniwersyteckich - na to jeszcze w Polsce musimy trochę poczekać. Po drugie, dla Szwedów bezpieczeństwo jest naprawdę niezwykle ważne. Słyszałam kiedyś anegdotę, że Szwed najchętniej założyłby kask oraz zapiąłby pasy także siedząc na krześle przy obiedzie. Po trzecie - choć to może dość stereotypowe myślenie - to zapewne właśnie paniom najbardziej przeszkadza fakt, że w plastiku na głowie nie wyglądają za modnie.

źródło: Hövding.com

Garść informacji praktycznych: kask można kupić w kilku wariantach kolorystycznych - standardowym czarnym oraz kilku wzorzystych, które bardziej przypominają szale i dają się komponować z kolorowymi ubraniami. Niezależnie, jaki wariant wybierzemy jako podstawowy, możemy dokupić jeszcze kolorowe "nakładki". Hövding kosztuje 399 euro (około 1700 złotych), dodatkowa nakładka to wydatek 59 euro (około 250 złotych). Akumulator w kołnierzu można ładować przez USB. Włączony może pracować ciągle przez około 18 godzin.





Obejrzyjcie też krótki film dokumentalny o projekcie:



Co wy na to? Skusilibyście się na takie rozwiązanie?


Źródła:
Follow on Bloglovin

17 listopada 2013

szwedzkie dni tygodnia

Ostatnio pisałam o piątkowych zwyczajach. Dziś spróbuję wyjaśnić, skąd wzięły się szwedzkie (i nie tylko) nazwy dni tygodnia. Szykujcie się też na małą dawkę nordyckiej mitologii w pigułce!

źródło

Pamiętam jak dziś, że jako mała dziewczynka cieszyłam się ogromnie, gdy zrozumiałam, że polskie nazwy da się jakoś wytłumaczyć. No bo poniedziałek jest po niedzieli, środa jest pośrodku, czwartek jest czwartym dniem tygodnia, a piątek piątym. Brzmi przecież tak bardzo logicznie! 
Siedmiodniowy tydzień z nazwami poszczególnych dni związanych z nazwami ciał niebieskich, a przez to także i bogów, to spadek po starożytnych Grekach i Rzymianach. I tak odpowiednio: poniedziałek był dniem księżyca, wtorek dniem Marsa, środa - Merkurego, czwartek - Jowisza, piątek - Wenus, sobota Saturna, a niedziela Słońca.
 
źródło

W językach germańskich właściwie przyjął się taki system. Z tym że antyczne bóstwa zastąpili bogowie nordyccy.


źródło

Poniedziałek, måndag, wziął swoją nazwę od uosabiającego księżyc boga Mániego. Nazwa niedzieli, söndag, nawiązuje natomiast do słońca - jego uosobieniem była Sol. Według mitologii Sol i Máni przemierzali nieboskłon na rydwanach, ścigani przez chcące ich pożreć wilki, Skölla i Hatiego. 




źródło





Wtorek, tisdag, był tak właściwie dniem Tyra, boga wojny oraz sprawiedliwości. Mitologia wspomina Tyra między innymi jako tego, który poświęcił się dla innych bogów. By mogli poskromić straszliwego wilka Fenrira, Tyr musiał stracić dłoń.








źródło


Środa, onsdag, upamiętniała najważniejszego spośród nordyckich bogów - Odyna, na ilustracjach najczęściej  włócznią w dłoni i w towarzystwie dwóch kruków. Odyn był bogiem o wielkiej mądrości, który podarował ludziom pismo runiczne. Co ciekawe, jego postać często porównywana jest z Chrystusem - Odyn też w pewien sposób poniósł ofiarę wisząc przez dziewięć dni na drzewie Yggdrasil.








źródło




Czwartek to dzień Thora - torsdag. Thor to syn Odyna, silny bóg piorunów i burzy, jego nieodłącznym atrybutem jest młot Mjöllnir. Postać Thora staje się coraz bardziej popularna dzięki kolejnym częściom filmów o superbohaterach na podstawie komiksów Marvela - Thor jest tam tym przystojnym osiłkiem o niemal zawsze idealnie ułożonych włosach (!).








źródło


Fredag, piątek, najprawdopodobniej odnosi się do pięknej bogini miłości i piękności Frei, często przedstawianej na swoim rydwanie zaprzężonym w koty. Niektórzy twierdzą, że nazwa fredag nawiązuje raczej do żony Odyna, Frigg.








źródło
Nieco inaczej ma się sprawa z sobotą, lördag. Jej nazwa w języku szwedzkim pochodzi od czasownika löga, oznaczającego kąpiel lub pranie. Prawdopodobnie ten dzień dla dawnych Skandynawów był dniem czystości. Czy tylko mnie kojarzy się to z naszym polskim powiedzeniem "Dziś jest sobota, mama myje kota"? Dzisiaj Szwedom sobota kojarzy się zdecydowanie bardziej słodko, z tradycją lördagsgodis.


O pochodzeniu nazw dni tygodnia opowiada w swoim cyklu poświęconym mitologii nordyckiej Martin z kanału TheSwedishLad, którego przedstawiałam Wam między innymi jako zabawnego nauczyciela szwedzkich słówek:



 Źródła:
Follow on Bloglovin

08 listopada 2013

Co to jest fredagsmys?

Piątek, piątek, tygodnia koniec i weekendu początek! 

Nie znam nikogo, kto nie cieszyłby się z nadejścia piątku - niezależnie od tego, jak bardzo kocha się swoją pracę, szkołę czy studia. W piątek można pójść na imprezę i wytańczyć z siebie wszystkie tygodniowe stresy albo wręcz przeciwnie -  wreszcie posiedzieć w domu, zamienić elegancki kostium czy garnitur na dres i usiąść przed telewizorem z nogami na stoliku.

Wydaje mi się, że Szwedzi w zasadzie podobnie do nas spędzają swoje weekendy. Z jednej strony po ostatnim pobycie w Szwecji, tamtejszy piątek wciąż kojarzy mi się z widokiem ludzi wyposażonych w fioletowe reklamówki ze sklepu monopolowego Systembolaget oraz z pobrzękiwaniem butelek w miejskim autobusie na każdym zakręcie. Z drugiej strony, jest jeszcze szwedzka tradycja fredagsmys. Co to takiego?

źródło
Fredag to "piątek", mysig znaczy tyle co "przytulny", "przyjemny". Słowo fredagsmys po raz pierwszy pojawiło się w połowie lat dziewięćdziesiątych, więc wydaje się, że nie jest to tradycja o wyjątkowo długiej historii. Ta "piątkowa przytulność" to dla Szwedów czas, który spędzają najczęściej z najbliższymi na odpoczynku.

Czego potrzeba do fredagsmys? Tak właściwie zależy to od osoby i jej indywidualnych preferencji. Wśród ankiet najczęściej jednak pojawiają się następujące elementy: sofa, telewizor, słodycze, czipsy i inne przekąski, świece, koc, wino i napoje gazowane. No i oczywiście towarzystwo bliskich osób. 

źródło
Dlaczego "mysowanie" urosło do rangi takiego rytuału? Według etnologa Charlotte Hagström z Uniwersytetu w Lund (tutaj jej wykład na ten temat) przede wszystkim właśnie dlatego, że potrzebujemy rytuałów do zaznaczania zmian w naszym życiu, takich momentów przejścia. Celebrujemy duże wydarzenia - narodziny, śluby, pogrzeby - ale rytuały mogą dotyczyć też sfery życia codziennego. Piątkowy wieczór jest właśnie takim momentem przejścia od dość rutynowego tygodnia w szkole lub w pracy do weekendu, który również ma swoje rutyny, mniej lub bardziej przyjemne (np. robienie zakupów, sprzątanie czy chodzenie na piłkę lub odwiedzanie krewnych). Piątkowy wieczór to taki jakby moment zawieszenia między jedną rzeczywistością a drugą, stąd ta chęć zaznaczania go w jakiś szczególny sposób. Dlatego tak ważne jest spędzanie tego czasu z kimś bliskim - mężem, żoną, dziećmi, partnerem, przyjaciółmi. Wszyscy razem, bo przecież zdarza się nam mijać na co dzień nawet we własnym gronie. Także wybór jedzenia na fredagsmys ma wyraźnie różnić się od tego codziennego. Pamiętacie, jak wspominałam o lördagsgodis, "sobotnich słodyczach"? Dzisiaj dla dzieci okazją do podjadania słodyczy w wielkich ilościach jest właśnie piątek. Z badania Hagström wynika, że w do piątkowego "menu" trafiają najczęściej: tacos i pizza, a później czipsy, chrupki, orzeszki czy popcorn.

źródło

Co sami Szwedzi mówią o tym zwyczaju? Jedni go uwielbiają, bo to wypoczynek, przyjemność i poczucie wspólnoty (we wspólnym siedzeniu z rodziną jak i ze świadomością, że w takim rytuale uczestniczy wielu innych Szwedów, być może oglądających ten sam kanał telewizyjny, z podobnymi przekąskami na stole). Inni podkreślają, że to tylko stwarzanie pozorów - ktoś z przekąsem powiedział, że jeśli w piątek o 19.00 nie napiszesz na swoim Facebooku "Fredagsmys!", to możesz zostać posądzony o bycie złym rodzicem. Albo że takie radosne obwieszczenie w statusie raczej nie ma nic wspólnego z prawdziwą "piątkową przytulnością", a jest raczej wołaniem w stylu "Jak to dobrze, że ten pieprzony tydzień się już skończył!". Jeszcze inni podkreślają, jak niezdrowa jest ta tradycja, promująca złe nawyki żywieniowe.

Jak myślicie, może dla nas w Polsce hasło "niedzielny obiad" oznacza właśnie jakieś takie wspólne, rodzinne świętowanie swojego rodzaju rytuału przejścia pomiędzy kończącym się już weekendem a nowym tygodniem, z rosołem i schabowym jako sztandarowym elementem? Wydaje mi się też, że wielu Polaków na swój sposób celebruje fredagsmys, nie wymyślając na to zjawisko osobnej nazwy. Wystarczy powiedzieć sobie: "piąteczek" i już od razu robi się jakoś przytulniej. Na "piąteczek" pewnie wszyscy czekają tak jak bohaterowie reklamy czipsów OLW (szwedzkie słówka o  czipsach i nie tylko znajdziecie na blogu Talar du svenska?)


Źródła:




Follow on Bloglovin