17 sierpnia 2019

Prawo Jante, Sandemose i Springer

Z klasykami literatury, tytułami kultowymi często jest tak, że to lektury niełatwe. Z jednej strony od razu mogą kojarzyć się z lekturami z czasów nauki w szkole lub na studiach. Mogą próbować narzucić nam, jak powinniśmy je odczytywać i odbierać ("jak zachwyca, kiedy nie zachwyca"). Z drugiej, to często pozycje, które zdążyły zacząć żyć własnym życiem, znalazły swoje miejsce w kulturze, cytaty z nich powtarzane są w oderwaniu od samego dzieła. A taka właśnie jest książka Uciekinier przecina swój ślad (przed tegorocznym wydaniem w Polsce znana z opracowań jako Uciekinier w labiryncie), którą w latach 30. napisał Aksel Sandemose.



To w niej sformułowane zostało tak zwane prawo Jante, jedno z pojęć, które nieustannie przewija się w rozważaniach nad skandynawską mentalnością. I choć powstała ponad osiemdziesiąt lat temu, w polskim tłumaczeniu ukazała się dopiero teraz. Co ciekawe, polskiej premierze Uciekniera... towarzyszy premiera nowej książki Filipa Springera Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz, w której autor opisuje swoją podróż na Północ w poszukiwaniu Jante - literackiego pierwowzoru, ale i tego skandynawskiego ducha, tkwiącego w ludziach na co dzień. Nie wiem, skąd wziął się ten pomysł, czy Springer napisał książkę wiedząc o planach wydania Uciekiniera..., czy wydanie książki duńsko-norweskiego autora miało niejako być odpowiedzią na padający w Dwunastym... zarzut, że mało kto z piszących o Jante tak naprawdę czytał oryginalne dzieło. Tak czy inaczej - pomysł Wydawnictwa Czarnego uważam za niezwykle ciekawy. I dający się podsumować tak, jak zresztą robi to jeden z bohaterów u Springera:
Niezły pomysł, trochę szalony.  [...] Bo kto dziś czyta Sandemosego? 
Dlaczego na Szwecjoblogu piszę o książce duńsko-norweskiego autora, którego akcja rozgrywa się w fikcyjnym duńskim mieście i o książce, która w większości opisuje właśnie Danię? Bo prawo Jante to tak właściwie pojęcie, które można odnieść do Północy w ogóle. Znów zacytuję Springera:
Duńczycy i Norwegowie mają Janteloven.
Szwedzi - Jantelagen.
Farerzy - Jantulógin.
Islandczycy - Jantelögin.
Finowie - Janten laki.
Ale wszyscy doskonale się rozumieją.
Wróćmy jednak do skandynawskiego autora. Aksel Sandemose pisał nowele i powieści po duńsku (np. Fortællinger fra Labrador - Opowiadania z Labradoru, Ungdomssynd - Grzech młodości), opierając się na swoich przeżyciach związanych przede wszystkim z pracą marynarza. Jego pierwszą książką po norwesku była En sjømann går i land (Marynarz schodzi na ląd) z bohaterem marynarzem Espenem Arnakke. Arnakke zabija człowieka, kierowany sprzecznymi uczuciami: podziwem i zazdrością, miłością i nienawiścią. Wierzy też, że do morderstwa w pewnym sensie doprowadziło go dzieciństwo przeżyte w zamknięciu opresyjnych zasad określających miejsce jednostki w niewielkiej społeczności miasta Jante. I to właśnie do tego powraca w Uciekinierze przecinającym swój ślad, noszącym zresztą podtytuł: Opowieść o dzieciństwie mordercy - książce, która przyniosła mu największy rozgłos.

Uciekinier przecina swój ślad to z jednej strony portret Jante jako społeczności, zbiorowości, o prowincjonalnej mentalności, kształtowanej między innymi przez religię i abstynencję, gdzie nie ma miejsca na anonimowość. To także portret pojedynczych postaci, ludzi niewdzięcznych, ciągle obserwujących i oceniających siebie nawzajem. Jak opisuje je główny bohater-narrator:
Jante to miasto dla skromnych, ciężko pracujących ludzi. Jest pięknie położone, chociaż dość nisko, więc jesienią niektóre jego części bywają zalewane. Otoczenie miejscami jest naprawdę bardzo piękne - uśmiechnięty, zmienny krajobraz. [...] Ale dla mnie to najbardziej szare miejsce na świecie. Dla mnie to miasto jest czymś zupełnie innym, a mianowicie moim prywatnym stosunkiem do wielu postaci. Gdybym wychował się w Arendal albo w Jönköping, moje uczucia wobec tych miast byłyby przypuszczalnie takie same.
Uciekiniera... czytało mi się niełatwo. Miesza się tu realizm z majakami, perspektywa dziecka z perspektywą dorosłego. Bez wątpienia jednak najciekawsze było dotarcie do najsłynniejszego, cytowanego po wielokroć "dekalogu" Jante:



Kilkadziesiąt stron później uzupełnione zostaje o jeszcze jedno:
11. Myślisz, że nic o tobie nie wiemy?

A z tego miejsca rusza Filip Springer:


Prawo Jante, zakotwiczenie w skandynawskiej tożsamości, rzeczywiście fascynuje. Wspominałam zresztą o tym w I cóż, że o Szwecji:
Długo byłam przekonana, że obecnie Jantelagen to wyświechtane, puste hasło, że takimi kategoriami się już nie myśli, bo mamy przecież łowców talentów, wyścig szczurów. Miałam wrażenie, że o prawie Jante czyta się dziś tylko w podręcznikach do nauki języka szwedzkiego. Myślałam, że zapytanie Szweda, jak Jantelagen ma się do stereotypowego szwedzkiego umiarkowania i pokory, byłoby jak pytanie Polaków o to, jak postać Pana Twardowskiego ma się do stereotypowej polskiej zaradności i sprytu (do czego ostatnio nawiązują zresztą krótkometrażowe filmy w reżyserii Tomasza Bagińskiego). A tu proszę. Oglądam jeden z pierwszych odcinków nowego sezonu szwedzkiego Idola: prowadzący rozmawia z dwudziestotrzyletnią uczestniczką. Kiedy pada pytanie, dlaczego dziewczyna zgłosiła się do programu i czy sądzi, że może wygrać, zaczyna się krygowanie. Bo w Szwecji mamy przecież Jantelagen i właściwie nie wypada mówić, że wierzy się w swoje szanse na wygraną, ale z drugiej strony chciałaby rzucić zasadom Jante wyzwanie. Kilka dni później wybrałam się na plenerowy koncert w centrum Göteborga. Kiedy przychodzi moment dziękowania publiczności, wykonawców znów krępuje prawo Jante. Niby rozpiera ich duma z tego, co robią, i radość z tłumu zgromadzonych pod sceną słuchaczy. Ale żeby tylko nikt nie zaczął podejrzewać, że jako zespół myślą sobie, że są kimś, że są lepsi od innych, że publiczności na nich zależy!
Później słyszę jeszcze odcinek mojego ulubionego szwedzkiego podcastu Konsten att vara Clary Henry i Gustafa Jernberga poświęcony właśnie radzeniu sobie z Jantelagen: prowadzący przeciwstawiają zasady rodem z Jante odnoszeniu sukcesów, pewności siebie i głoszeniu "niepopularnych opinii", o których ostatnio tak często słyszę u szwedzkich influencerów. O konflikcie między Jante a sławą i sukcesami opowiadał też Alexander Skarsgård goszcząc u Stephena Colberta. 



W tych przykładach przestrzeganie prawa Jante kojarzy mi się z rozwijaniem syndromu oszusta: braku wiary we własne osiągnięcia, uważania ich za dzieło przypadku i lęku przed ujawnieniem niekompetencji. Jednocześnie wydaje mi się to - paradoksalnie - w nieco innym odczytaniu iść w parze z tak bardzo przecież skandynawską wiarą w równe traktowanie i tolerancję.

Czy Aksel Sandemose rzeczywiście wymyślił prawo Jante, czy tylko po prostu opisał panujące w tym czasie wartości, ukształtowane przez purytanizm i ruchy trzeźwościowe? Elisabeth Åsbrink o obecności Jante w Szwecji tak pisze w książce Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród (Wielka Litera):
Najważniejszą konsekwencją, jaką przyniósł purytanizm, był zakaz wywyższania się. Indywidualizm był w porządku – o ile tylko nie oznaczał zbytniej pewności siebie. Aż do 1934 roku było to szwedzką wartością, która nie doczekała się własnego określenia. Ale kiedy duńsko-norweski pisarz Aksel Sandemose wydał powieść Uciekinier w labiryncie, nagle stało się jasne, jakim pojęciem powinno się opatrzyć zasadę, którą wszyscy znali, stosowali, ale nikt jej nie nazwał: „Nie myśl, że jesteś kimś”. Prawo Jante. Zakaz zbytniej pewności siebie. Tu koło się zamyka. Ruchy społeczne wciąż zostawiają swój ślad. Sandemose zaczerpnął dziesięć przykazań Prawa Jante z duńskiego ruchu trzeźwościowego, w który zaangażowany był jego ojciec. Znalazł je w jego dzienniku, różniły się tylko tym, że każde zdanie kończyło się tymi samymi dwoma słowami: Nie myśl, że jesteś kimś, k i e d y   p i j e s z. 
Prawo Jante ukształtowało w pewnym sensie skandynawską tożsamość dlatego, że można się było w nim odnaleźć, że w istnienie Jante, nie tyle tego geograficznego, ale raczej mentalnego, dało się uwierzyć. Stwierdzić, że społeczność rzeczywiście tak działa i... ma działać. 

Jante dziś to inne Jante niż to sprzed osiemdziesięciu lat. Wyznaczają je nie ruchy religijne i trzeźwościowe, ale ruchy migracyjne (nawiązuje do tego jeden z rozmówców u Springera) i kult jednostki, kult celebrytów podsycany przez media.


PS Dla tych, którzy polubili pisanie Springera o architekturze i publicznej przestrzeni mam dobrą wiadomość. W moim odczuciu Dwunaste... to książka niejako złożona z kilku książek (taką myśl nasuwa zresztą forma przedstawienia spisu treści) - są tu reporterskie rozmowy o Jante, jest tu pogoń za fikcyjnym Olem (połączenie fiction z non-fiction od razu budzi skojarzenia z Sandemosem i Jante - fikcyjnym, choć podobno mającym przełożenie jeden do jednego na mieszkańców Nykøbing Mors), ale są tu też... mosty. Nie bez powodu poświęca się im uwagę w książce o Północy z ucieczką w tytule:
Poza tym, odkąd istnieją mosty łączące wyspę ze stałym lądem, nie ma już sensu uciekać. Mosty niweczą każdą próbę. Sprawiły, że każda ucieczka jest tylko złudzeniem, niczym więcej.
Aksel Sandemose, Uciekinier przecina swój ślad. Opowieść o dzieciństwie mordercy
(En flyktning krysser sitt spor. Fortelling om en morders barndom)
przeł. Iwona Zimnicka
Wydawnictwo Czarne
2019

Filip Springer, Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz
Wydawnictwo Czarne
2019

13 sierpnia 2019

Szwedzkie jedzenie - jak je wymówić?

Kto nigdy nie zastanawiał się, jak wymawia się croissant, de volaille, gnocchi, tagliatelle, guacamole czy inne chow mein? Kuchnia szwedzka nie jest tak popularna jak francuska, włoska czy azjatycka, więc okazji do zamawiania szwedzkich dań nie ma na co dzień tak dużo, ale co jeśli wyjedziecie do Szwecji i chcielibyście w restauracji albo kawiarni poprosić o jedzenie i być zrozumiani? Albo jeśli po powrocie z wycieczki chcielibyście opowiedzieć znajomym, co jedliście? Dlatego właśnie pomyślałam, że komuś z Was może przydać się taki wpis. Może nie będę miała tak zabawnych anegdot i ważnych ostrzeżeń jak to, by nazwę makaronu penne wymawiać zaznaczając wyraźnie podwójne N, żeby przypadkiem w knajpie nie poprosić o... penisa. Ze zbyt dokładnym wymawianiem zresztą też nie przesadzajcie, jak bohater tego filmiku:




No dobrze, od czego więc zaczniemy? Oczywiście od szwedzkich klopsików, köttbullar! Historii i popularności mięsnych kulek poświęciłam cały wpis - KLIK! Ale jak się je właściwie wymawia?


A więc niezależnie od tego, czy klopsiki lubicie czy nie, proszę, nie mówcie o nich jako shitbullar😉 Pamiętajcie też, że forma köttbullar to liczba mnoga od słowa en köttbulle. Często słyszałam, że ktoś w Ikei zamówił sobie "köttbullary" - na początku trochę mnie to raziło, ale z drugiej strony przecież zjadamy też krakersy i nuggetsy, z liczbą mnogą angielską i polską jednocześnie. A! I jeszcze jedno! Dżem, jaki dostajecie do klopsów, to nie tyle żurawina (tranbär) tylko borówka brusznica (lingon



Lubicie jedzenie w stylu zero waste, takie trochę dania "na winie", bo trafia do nich, co się nawinie? 😉 Pewnie polubicie potrawę pyttipanna (zapisywaną też jako pytt i panna, co trochę czytelniej może pokazywać znaczenie nazwy, dosłownie: drobne rzeczy na patelni). Do pyttipanny powinny nawinąć się drobno pokrojone ziemniaki, cebula i mięso (na przykład wołowina, wieprzowina albo po prostu kiełbasa czy klopsiki), często to typowe resztki z obiadu. Na talerzu towarzyszy jej zazwyczaj jajko smażone i marynowane buraczki.



Innym znanym klasykiem jest Janssons frestelse, dosłownie: pokusa Janssona, warstwowa zapiekanka z ziemniaków, cebuli i anchois w szwedzkim rozumieniu, czyli konserwy ze szprotek. Wymawia się ją tak:


A jeśli zamiast mięsnych i rybnych przysmaków wolelibyście po prostu wsunąć naleśniki, to poproście o pannkakor 


Pamiętajcie też, że wiele szwedzkich restauracji ma w ofercie dagens rätt/dagens lunch, danie/lunch dnia, nazywane często po prostu dagens. Serwowane jest oczywiście w określonych godzinach dnia (na przykład 11.00-15.00) i skorzystać można z niego w korzystnej cenie, często nawet 90-100 koron. W tę cenę zazwyczaj wliczony jest bar sałatkowy, pieczywo, zimny napój oraz kawa (o sposobach na w miarę tanie podróżowanie po Szwecji pisałam TUTAJ). Dagens wymawia się tak:
/


Naszym obowiązkowym zamówieniem podczas wycieczek po Szwecji jest kanapka z krewetkami, räksmörgås. Oprócz krewetek znajdziecie na niej sałatę, jajka, majonez, często także kawior, a do tego podawana z kawałkiem cytryny. Räksmörgås ma formę otwartej kanapki, przy czym samego pieczywa często nie widać nawet pod "obkładem". Kanapkę czytamy tak:



Jeśli rozmawiamy o szwedzkim jedzeniu, koniecznie trzeba wspomnieć o śledziach! Na przykład popularnych także i u nas klasycznych matiasów, czy właściwie śledziach à la matias, matjessill, w octowej zalewie z przyprawami.
Zbitkę TJ w słowie matjes można wymówić też tak, że przypomina trochę angielskie słowo matches - to wykorzystano w reklamie puszkowanych matiasów Abby:



Warto wspomnieć jeszcze o torcie kanapkowym, smörgåstårta, czyli takiej jakby wielkiej, wielopiętrowej kanapce, najczęściej z pieczywa tostowego, przekładanej rozmaitymi pastami lub serkami do smarowania i dekorowanej na przykład warzywami tak, by wyglądała jak tort - świetnie sprawdza się na przykład jako przekąska na imprezach. Ten nietypowy "tort" po szwedzku wymawiany jest tak:


No dobrze, to teraz pora na słodkości! Pewnie doskonale znacie bułeczki cynamonowe, kanelbullar. Ich nazwa ma w sobie tę samą cząstkę co klopsiki (te dosłownie są mięsnymi bułeczkami właśnie). Teraz już będziecie wiedzieć, że w szwedzkiej kawiarni czy piekarni możecie poprosić o:
(słyszycie tę charakterystyczną melodię w wyrazie? Tak właśnie brzmią szwedzkie złożenia, sammansättningar, pisałam o nich m.in. TUTAJ i TUTAJ)



Lubianą słodkością jest są też marcepanowo-ponczowa roladka punschrulle nazywana też odkurzaczem, dammsugare. Poznacie ją po charakterystycznym kształcie i zielonym kolorze marcepanu, na przykład na zdjęciu niżej z "łupami" z zimowej wycieczki do Sztokholmu. Jak wymówić nazwy takiej roladki? Tak (i to też złożenia):
/




Na zdjęciu widzicie też czekolady kultowej wręcz marki Marabou. Czy wiecie jak się ją czyta? Usłyszycie to na przykład w reklamie czekolady sprzed kilkunastu lat. Hasłem kampanii było: "Ile kostek cię uszczęśliwi" / "Po ilu kostkach się uśmiechniesz" - brzmi znajomo, prawda?



A skoro była już mowa o zielonym marcepanie, to wspomnijmy jeszcze o "torcie księżniczki", prinsesstårta, o którym pisałam na blogu w TYM wpisie. Lubicie? Czy to dla Was za dużo słodyczy? Tak czy inaczej, warto wiedzieć, jak tę słodycz nazywają Szwedzi:



Nie zapomnijcie też o innym ważnym słowie: fika! Poczytajcie o nim TUTAJ, a potem posłuchajcie, jak wymawiają je Szwedzi. I jak można kogoś na fikę zaprosić!






A na koniec: ciekawostka! Jest kilka takich produktów spożywczych, które Szwedzi nie wiedzą, jak wymówić! 😉 No dobrze, nie tyle nie wiedzą, co nie są zgodni, jak je wymówić, to znaczy nie ma jednego standardu wymowy, a akceptowanych jest kilka wariantów. Dotyczy to takich słówek jak:

kex
/


Całe zamieszanie bierze się tu stąd, że według zasad szwedzkiej wymowy K, po którym następuje samogłoska E, powinno się czytać jak "Ś". Tylko że słowo kex w języku szwedzkim to zapożyczenie: pochodzi od angielskiego cakes  czytanego przecież przez K (a pamiętacie, że wspominałam już o tym, jak można się obchodzić z obcą końcówką liczby mnogiej? Kex doświadczył tego samego co nasze czipsy!). O tym "konflikcie" między 'keksem' i 'sieksem' śpiewają Go Royal w piosence Swedish Fika, która jakiś czas temu stała się internetowym wiralnym sukcesem:



kaviar
/
Słyszycie pewnie, że to, którą sylabę zaakcentujemy, wpływa na długość i brzmienie samogłoski A. W reklamie popularnej pasty rybno-kawiorowej Kalles Kaviar nazwa produkty czytana jest jednak przez "A" (w reklamie pada komunikat: "Ważna wiadomość od Kalles Kaviar: bawienie się jedzeniem jest zupełnie okej")




lakrits
/


Z lukrecją jest ten sam problem, co z kawiorem! I nie mam tu na myśli wstrzelenie się w czyjś gust i upodobania kulinarne, ale kwestie akcentu i długości samogłoski w wyrazie. 

PS Wymowa, którą prezentuję Wam we wpisie, pochodzi ze strony Forvo. 
O Forvie napisałam już kiedyś osobny wpis, jeśli uczycie się języków, nie tylko szwedzkiego, albo w Waszej pracy zdarza się Wam zmierzyć na przykład z obcymi nazwiskami, ta strona bardzo może się Wam przydać, poczytajcie: KLIK!

10 sierpnia 2019

Szwecja, Szwajcaria, Swederland?

Dokąd wybralibyście się chętnie na wakacje? Może do kraju, którego nazwa zaczyna się na SZ i kończy na JA? Uważajcie, żeby się nie pomylić. Do takiej pomyłki doszło zeszłym roku, kiedy szwedzki serwis Spotify debiutował na nowojorskiej giełdzie papierów wartościowych - na budynku giełdy obok wielkiego baneru z logo Spotifya zawisły flagi: amerykańskie i... szwajcarska.

Mylenie ze sobą Szwecji i Szwajcarii, szczególnie w kontekście anglojęzycznym (Sweden / Switzerland, Swedish / Swiss) jest w zasadzie dość częste. To trochę jak z myleniem przymiotników Dutch i Danish (holenderski i duński), nazw państw Poland i Holland (tak, doświadczyłam tego na własnej skórze), ale także Słowacji i Słowenii albo Iraku i Iranu jak w znanym dowcipie o blondynce.

Na nowojorskiej giełdzie pomyłkę z flagami oczywiście poprawiono po kilkunastu minutach. Ale wiecie, jak to jest w internecie: tu nic nie zginie, co więcej - historia wpadki zaczęła żyć własnym życiem. Wystarczy tylko zobaczyć, jak potoczyła się dyskusja prowadzona przez profile konsulatów Szwajcarii i Szwecji w Nowym Jorku pod cytowanym wyżej tweetem. 

Udostępniano serie grafik, ilustrujących różnice między tymi dwoma krajami: od flagi, przez marki zegarków, czekolady po dumę z noży: w Szwecji - do sera, osthyvel, w Szwacjarii - niezawodnych scyzoryków.




The Local przygotował swoje zestawienie 12 faktów (UWAGA: z przymrużeniem oka!), których zapamiętanie może pomóc w odróżnieniu od siebie Szwecji i Szwajcarii. Między innymi:

król: Karol XVI Gustaw vs Roger Federer
plaże: 3218 km linii brzegowej vs brak dostępu do morza
czterotysięczniki: brak (Kebnekaise ma 2097 m n.p.m) vs kilkadziesiąt szczytów
wkład w świat alkoholu: brännvin vs absynt
zderzacze hadronów: brak vs jeden

Jeśli myślicie, że dobrze idzie Wam odróżnianie tych państw, możecie spróbować rozwiązać quiz, także przygotowany przez portal The Local: KLIK.

Żeby było zabawniej, śmieszkowanie z mieszania Szwecji i Szwajcarii trwało dłużej. Linie lotnicze SWISS już wcześniej podchwyciły temat w swoich działaniach marketingowych, organizując konkurs, w którym do wygrania były bilety lotnicze do nieistniejącego kraju: Swederland (Szwecjaria? 😉). Tak naprawdę były to wycieczki do Szwajcarii... ze szwedzkim przewodnikiem. 




+ filmik kampanii na Facebooku: KLIK!


Dlaczego Wam o tym wszystkim piszę? Bo tak się składa, że w tym roku ukazały się przewodniki moich dwóch koleżanek po piórze (po klawiaturze?) - właśnie po Szwecji i Szwajcarii. A że z dziewczyn jestem dumna, chciałabym Wam te książki gorąco polecić. Za "Praktyczny przewodnik" po Szwecji odpowiada Aldona Hartwińska z bloga Pofikasz? o Szwecji po polsku, a za "Inspirator podróżniczy" po Szwajcarii i Liechtensteinie odpowiedzialna jest Joanna Lampka, autorka bloga Szwajcarskie BlaBliBlu. Te dwie serie przewodników wydawnictwa Pascal trochę się od siebie różnią, ale w obu znajdziecie kompendium informacji na temat krajów, moc ciekawostek, interesujące, często nieszablonowe pomysły na zwiedzanie czy rekomendacje od autorek, gdzie i co warto zjeść. Obie książki na pewno zachęcą Was do wakacyjnych (i nie tylko) wyjazdów. A znajomym, szczególnie tym anglojęzycznym, może będzie warto je podsunąć, żeby raz a dobrze uporządkować, jak to ze SZ...JĄ jest 😉



Pozostałe źródła:

07 sierpnia 2019

Sztokholm: jedzenie i picie jako przeżycie

Pytania o rekomendacje, jakie atrakcje turystyczne i jakie lokale gastronomiczne warto odwiedzić w Sztokholmie, pojawiają się bardzo często na Facebooku i Instagramie. A gdyby tak połączyć je w jedno? Jakie lokale gastronomiczne w szwedzkiej stolicy mogą stanowić atrakcję turystyczną samą w sobie?

Czy restauracje kawiarnie i bary w ogóle można traktować jako atrakcje turystyczne? Oczywiście! W internecie pełno jest na przykład zestawień w stylu "5 najdziwniejszych restauracji na świecie", które prezentują lokale znajdujące się pod wodą czy na platformach zawieszonych w powietrzu na dźwigu. Są restauracje stylizowane na więzienie albo szpital. Atrakcją dla turystów są też lokale, które zagrały w filmach czy serialach albo pojawiają się na kartach książek (przypominam Wam na przykład o Fridolfs konditori w Ystad, gdzie Kurt Wallander przychodził na bułeczki cynamonowe lub kanapki i popijał je kawą lub mlekiem, a gdzie turyści najczęściej wybierają dzisiaj ciastko Wallandera,  Wallanderbakelse). Są miejsca słynne z tego, że serwują wyjątkowe rzeczy (na przykład w Göteborgu: ogromne bułeczki cynamonowe, Hagabullar, w Café Husaren).

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o dwóch takich miejscach w Sztokholmie, gdzie jedzenie i picie staje się właśnie takim przeżyciem!

Najpierw coś dla głodnych - restauracja Aifur. Jeśli wałęsacie się po Gamla Stan, na pewno rzucił się Wam w oczy nietypowy szyld z nazwą lokalu zapisaną runami (adres: Västerlånggatan 68b)


Doskonale zapowiada to, co znajduje się w środku. Wśród lokali z kuchnią włoską, tajską, indyjską czy japońską, Aifur jest perełką, bo to restauracja... wikińska.

Klimat czuć tu od początku. Wejdziecie do ciemnego wnętrza, gdzie od razu usłyszycie dźwięki ludowej muzyki (wieczorami granej na żywo na tradycyjnych instrumentach), a przywita Was herold, który jak tylko pozna Wasze imiona, zadmie w róg i przedstawi Was biesiadującym gościom. Zapomnijcie o kameralnych stolikach dla dwojga. Kolacja w tym miejscu przywodzi na myśl dawne uczty, siedzi się tu na przykrytych skórami ławach przy długich drewnianych stołach. Z początku zupełnie zbiło mnie to z tropu, ale szybko okazało się, że współbiesiadnicy już wcześniej zdążyli wczuć się w klimat lokalu i bardzo szybko nas w niego wciągnęli. Pracująca tu załoga od razu skojarzy się Wam z bohaterami serialu Wikingowie: długowłosi wytatuowani mężczyźni i kobiety o misternie zaplecionych fryzurach, wszyscy w lnianej odzieży. I wszyscy skorzy do zagadywania i żartów.

Jedzenie to nie tyle potrawy z epoki wikińskiej, ale mocno nią inspirowane: ryby i mięsiwa (m.in. dziczyzna i jagnięcina), przyprawy, które wikingowie z odległych krain przywozili na Północ. Napitki warte polecenia to przede wszystkim ogromna różnorodność miodów pitnych. Z menu możecie zapoznać się na stronie, poczytacie tam też ciekawostki dotyczące pochodzenia nazw poszczególnych pozycji w karcie. Jedzenie było naprawdę smaczne, ale lokal chyba jednak słynie bardziej z klimatu niż kuchni.

 I uważajcie! Widelcom brakuje zębów, a kieliszkom nóżek 😉




Wybierając się na wikiński obiad lub kolację, warto zarezerwować sobie miejsce  (szczególnie jeśli wybieracie się większą drużyną) - bardzo prosto można to zrobić przez stronę internetową lokalu. Można oczywiście wejść "z marszu", ale w godzinach gastronomicznego szczytu może to się wiązać z koniecznością czekania w kolejce.

A teraz coś dla spragnionych! Pewnie słyszeliście już o pierwszym na świecie lodowym hotelu - to ICEHOTEL w Jukkasjärvi w północnej Szwecji (ręka do góry, kto z tego pokolenia, że pamięta, że w lodowej kaplicy hotelu wziął ślub - jeden ze swoich ślubów - Michał Wiśniewski w reality show o własnym życiu). Mało kto wie, że w Sztokholmie znajduje się pierwszy na świecie permanentny lodowy bar - ICEBAR. Znajdziecie go w samym centrum, w budynku Hotel C Stockholm, (adres: Vasaplan 4).


Jego wnętrze stworzone jest z lodu z lapońskiej rzeki Torne i tworzą je rzeźbiarze odpowiedzialni za ICEHOTEL właśnie. Co roku w kwietniu motyw przewodni lodowych rzeźb (a także menu na barze) się zmienia. Obecnie jest to "Ziemia obiecana" (The Promised Land) i nawiązuje do fali migracji Szwedów do Stanów Zjednoczonych w XIX wieku. W zeszłym roku trafiłam na motyw wikingów - był wykuty w lodzie tron Odyna z krukami, wilk Fenrir, lodowe łodzie wikingów i dużo, dużo run!



W barze panuje temperatura -5°C (to może być idealne miejsce na ochłodzenie się w ciepłe, słoneczne dni - na przykład w lato, najpiękniejszy dzień w roku  😉 - a po więcej żartów m.in. ze szwedzkiej pogody zapraszam TUTAJ). Przed wejściem do baru wypożycza się specjalną pelerynę - żeby ochronić ciało przez zimnem lodu, a lód przed ciepłem od ciała. No i rękawiczki - z lodu są jest nie tylko wnętrze baru, ale też kieliszki, z których popija się drinki. Zdecydowana większość - jak można się spodziewać - na bazie szwedzkiej wódki Absolut (o miasteczku Åhus, "źródle Absolutu", pisałam TU), są też napoje bezalkoholowe i bar mogą odwiedzać też niepełnoletni.


Także tutaj warto zarezerwować sobie wcześniej wejście - tym razem nie tylko po to, żeby zagwarantować sobie miejsce, ale też żeby oszczędzić: opłata za wejście z rezerwacji jest niższa. I pamiętajcie, że kolejna kolejka nalana do tego samego, nieroztopnionego kieliszka 😉 także kosztuje mniej niż zamawianie drinka w nowym lodowym naczyniu. Informacje o aktualnych cenach znajdziecie na stronie ICEBARU.

Uprzedzając pytania: gdzie jeszcze w Sztokholmie można warto zjeść, niekoniecznie robiąc z tego jednak przygodę - polecam jeszcze dwa miejsca.

Przede wszystkim Hermans: Give Peas a Chance (adres: Fjällgatan 23B, Södermalm, niedaleko Fotografiska). Świetna restauracja z kuchnią roślinną, gdzie w tygodniu w porze lunchowej załapiecie się na bufet all you can eat w przyzwoitej cenie 140 SEK. Dania są rewelacyjnie pyszne i bardzo różnorodne, jestem pewna, że zasmakują nawet tym, którzy nie jedzą wege na co dzień. Do tego w lokalu panuje przyjemna, przyjazna atmosfera (jakby wpadało się na obiad do starych znajomych), a z restauracji jest świetny widok, m.in. na Gröna Lund.



Jeśli będąc w Szwecji zapragniecie klopsików, zajrzyjcie do Meatballs for the People (adres: Nytorgsgatan 30 w dzielnicy Södermalm), do lokalu specjalizującego się w mięsnych kuleczkach. Ja podczas ostatniego pobytu nie zdążyłam tam dotrzeć, ale poleciłam to miejsce przyjaciółce, która wybrała się na wycieczkę do Sztokholmu - pochwaliła! Oprócz klasycznych, wieprzowo-wołowych klopsików, które pewnie znacie np. z restauracji IKEA, możecie tam spróbować klopsików z łosia czy dzika lub w wersji wegetariańskiej.



Smacznego i na zdrowie! 😊