29 sierpnia 2013

Lund - moje top 5!

Lund to jedno z tych miast, które na każdym robi dobre wrażenie. Wystarczy jeden spacer cichymi uliczkami, żeby się w nim zakochać, a później tęsknić po powrocie. Kiedy wybrałam się na pierwszą przechadzkę po mieście, zrobiłam od razu setki zdjęć pojedynczych ulic, domków, drzwi, okien... Mój absolutny numer jeden, jeśli chodzi o to, co robić i co zobaczyć w mieście: spacerować bez końca i podziwiać te kolory!





Bardzo podobały mi się też budynki o konstrukcji szachulcowej, których tu w Skanii jest dużo (najwięcej w Ystad, bardzo stare znajdują się też w Helsingborgu). Mniej podobało mi się jednak, kiedy mieściły się w nich "kebabiarnie".




Numer dwa - katedra. Przede wszystkim podczas spaceru po mieście po prostu nie da się przegapić tej monumentalnej budowli z dwiema wieżami. Przybrudzony piaskowiec sprawiał dość smętne wrażenie, szczególnie w ciemniejsze, deszczowe dni. Kiedy natomiast świeciło słońce, można było tu spotkać wielu Szwedów siedzących na drewnianych ławeczkach, opartych o ściany katedry i głęboko zaczytanych w przyniesione przez siebie książki. 
Kościół pochodzi z XII wieku i jest jedyną budowlą romańską w Szwecji. Do piętnastego stulecia odbywały się tu koronacje królów Danii (Skania przez długi czas należała bowiem do Duńczyków). Zaczarowało mnie wnętrze katedry. Duże wrażenie w środku robi cisza. Na placu przed wejściem jest dość gwarno, ustawiają się zorganizowane grupy wycieczek, rozmawiają turyści, obok przejeżdżają samochody i autobusy. W środku jednak każdy milknie, a dźwięków miasta nie słychać. Po przejściu nawami kościoła warto zwrócić uwagę na znajdujący się tu zegar astronomiczny, który ożywa dwa razy w ciągu dnia (o 12.00 i o 15.00, w niedzielę tylko o 13.00, by nie zakłócać mszy). Kiedy rozbrzmiewa kurant, otwierają się drzwiczki, z których "wychodzą" postaci astrologów i ich służących, kłaniają się przed figurą Maryi i Jezusa, by schować się w drzwiczkach po drugiej stronie. Nad zegarem wojują dwaj rycerze, uderzając mieczami do rytmu wybijanych godzin. Wnętrze katedry a także krypty możecie wirtualnie zwiedzić na stronie illustrata.com.




Numer trzy - uniwersytet. Piękny główny budynek uczelni znajduje się niedaleko katedry. Warto też w ogóle spędzić trochę czasu w parku obok, przypatrzeć się innym budynkom, rzeźbom czy kamieniom runicznym (tu mnie zaczęły się świecić oczy), zebranym tutaj z różnych miejsc południowej Szwecji. Lundeński uniwersytet to druga najstarsza uczelnia w Szwecji (założony w 1666 roku). Obecnie plasuje się w setce najlepszych uniwersytetów na świecie. Studenci stanowią pokaźną grupę wśród mieszkańców Lund. Ja mieszkałam w tym mieście przez trzy letnie miesiące, podobno najgorszy okres, by tak naprawdę poczuć jego specyficzny klimat. Na wakacje robi się tu po prostu pusto i leniwie. Lund zaczyna tętnić życiem i rozbrzmiewać wieloma językami świata razem z początkiem roku akademickiego i powrotem studenckiej braci.


Numer cztery - ogród botaniczny i park miejski. Dwa najprzyjemniejsze i najbardziej zielone miejsca, by po prostu usiąść na ławce i poczytać książkę (patrz: ja) lub zrobić sobie rodzinny piknik (patrz: rodziny). W ogrodzie botanicznym można też zwiedzać palmiarnię (wstęp wolny) i podziwiać różne egzotyczne rośliny.

Numer pięć - skansen Kulturen. Ponad czterdzieści zabytkowych budynków i ciekawe czasowe wystawy. Ja akurat nie zwiedzałam, ale udało mi się podpatrzeć to miejsce z ulicy. Wyglądało zachęcająco. Zresztą samo podpatrywanie małego miasta w mieście było też całkiem sympatyczne.



Co jeszcze będzie mi się kojarzyć z Lund? Wszystkie takie niby zwyczajne codzienne sytuacje, które dawały powody do uśmiechu. Kiedy połasił się rudy kot sąsiadów, który przypominał mi o własnym czworonożnym rudzielcu, czekającym w domu. Kiedy ludzie, których spotykałam kolejny raz w porannym autobusie zaczęli mnie rozpoznawać i pozdrawiać. Kiedy wyszłam rano z mieszkania, a na asfalcie tuż pod budynkiem zobaczyłam napisane kredą słowo kärlek (miłość). 
 
Źródła:
wszystkie zdjęcia z mojego archiwum

Follow on Bloglovin

28 sierpnia 2013

Zbrodnie namiętności

źródło


No i stało się. Obejrzałam ostatnio pierwszy odcinek serialu kryminalnego Zbrodnie namiętności - Śmierć ukochanych (tytuł oryginału: Mördaren ljuger inte ensam), emitowanego teraz na kanale ale kino+. I dałam się wciągnąć. Bezpowrotnie.

Zbrodnie namiętności to ekranizacje powieści Marii Lang, porównywanej czasem do Agathy Christie. Mördaren ljuger inte ensam to nie tylko pierwszy odcinek serialu, ale też debiut literacki autorki. Poznajemy tu Puck Ekstedt (w tej roli prześliczna Tova Novotny), która pisze doktorat o mordercach w literaturze. To pewnie przez swoje naukowe zainteresowania tak ciągnie ją do rozwiązywania zagadek, tym bardziej, że dziwnym trafem ciągle wokół niej zdarzają się jakieś morderstwa wymagające wyjaśnienia. Zawodowo rozwiązywaniem takich spraw zajmuje się komisarz Christer Wijk (w serialu gra go przeprzystojny Ola Rapace). W Śmierci ukochanych Puck razem z grupą znajomych spędza Midsommar na niewielkiej wysepce. Jest wesoło, są śpiewy, zabawy. Do czasu, kiedy jedna z kobiet zostaje zamordowana. Co więcej, wysepka okazuje się być odcięta od świata, a na jednym morderstwie się kończy...

Nie należę do prawdziwych wielbicieli kryminału, ale Zbrodnie namiętności to zdecydowanie serial dla mnie. Nie ma w nim zmęczonych życiem policjantów i policjantek, którzy przeżywają rozterki za biurkiem i w życiu prywatnym. Nie ma też wycieczek politycznych, na których mnie zazwyczaj trudno się skoncentrować (prawdopodobnie dlatego tak ciężko czytało mi się Millenium). Są za to piękni aktorzy i pięknie przedstawione lata 50. - nie mogę się napatrzeć na te sukienki, spodenki, bluzeczki i opaski we włosach kobiet, na wyżelowane fryzury i nienaganne garnitury mężczyzn. Wpatruję się też oczarowana w wystrój wnętrz i wsłuchuję w muzykę w tle. Wysepka szkierowa z pierwszego odcinka to też mnóstwo pięknych okoliczności przyrody. Zobaczcie sami:

źródło
źródło

 
W kolejnych odcinkach poznajemy dalsze losy Puck oraz poznajemy nowe zagadki do rozwiązania. Najbliższy odcinek w niedzielę, pierwszego września. Zobaczcie zwiastun:




źródło
Mam też dobrą wiadomość dla fanów innych szwedzkich kryminałów (w formie powieściowej lub serialowej): Ale kino+ już we wrześniu pokaże trzeci sezon mankellowskiego Wallandera (w wersji z Kristerem Henrikssonem, którego głosu mogłabym słuchać i słuchać), a w listopadzie także The Fjällbacka Murders na podstawie książek Camilli Läckberg. Niedługo w szwedzkiej telewizji zacznie się drugi sezon Mostu nad Sundem. Pierwszy sezon był emitowany na antenie stacji, więc gorąco liczę, że zdecydują się także na emisję kolejnego.
Follow on Bloglovin

25 sierpnia 2013

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Pamiętacie Forresta Gumpa? Nierozgarniętego człowieka o wielkim sercu, który dziwnym sposobem okazuje się mieć swój wpływ na ważne wydarzenia z historii Stanów Zjednoczonych? 
Jeśli podobały się Wam takie szalone przygody wplątane w realia polityczno-historyczne, to z pewnością przypadnie Wam też do gustu Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął (Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann), debiutancka powieść Jonasa Jonassona.

Allana Karlssona, mieszkańca domu spokojnej starości w Malmköping, poznajemy akurat w dniu jego setnych urodzin, kiedy stwierdza, że miarka się przebrała. Ma dość opiekującej się nim siostry Alice, kaszki na śniadanie, zakazu picia alkoholu i innych zasad, panujących w tym miejscu. Ucieka więc przez okno prosto na rabatę bratków, a później w szaloną, pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji podróż przez Szwecję. W międzyczasie zadziera z grupą przestępczą Never Again, staje się podejrzany o trzy morderstwa (sic!) i razem z nowo poznanymi kompanami (i słoniem!) musi uciekać przed policją.

A to jeszcze nie wszystko! Relacja z wydarzeń po ucieczce Allana przeplata się z historią jego życia, od narodzin w 1905 roku. A to bardzo bogata historia - w końcu obejmująca cały wiek. Mówi czytelnikom co nieco o dziejach Szwecji (także tych mniej chlubnych i mniej znanych w Polsce), obfituje w często dość przypadkowe spotkania z ważnymi osobistościami. Allan pił tequilę z prezydentem Trumanem, leciał samolotem z premierem Churchillem, został zaproszony na wódkę do Stalina, dostał mnóstwo pieniędzy od Mao Zedonga. Co po drodze? Przeszedł przez Himalaje, był zesłany do obozu pracy we Władywostoku, a kiedy kolejny raz udało mu się wyjść cało z opresji - wypoczywał na Bali. Tak jak Forrest Gump powtarzał myśl o pudełku czekoladek, tak samo Allan Karlsson ma swoje życiowe motto, którym poucza swoich przyjaciół: "Jest, jak jest, i będzie, co będzie". Zresztą co chwilę w książce można znaleźć wspaniałe złote myśli, do których po prostu nie można się nie uśmiechnąć: "Allan uważał, że ci w siedemnastym wieku zabijali się nawzajem całkiem niepotrzebnie. Przecież i tak wszyscy by w końcu umarli".

Z Jonasem Jonassonem jest trochę tak, jak z dziadkiem, którego autor wspomina w dedykacji. Dziadek miał w zwyczaju powtarzać: "Tacy, co to ino prawdę godoją, toż to ni warto ich słuchać". Wszystkie te bardzo zmyślone i niewiarygodne wydarzenia są napisane tak lekkim piórem i z taką dawką humoru, że właśnie warto go czytać. I podśmiechiwać pod nosem.

Książka stała się wielkim hitem w Szwecji, stając się najlepiej sprzedającym się tytułem 2010 roku. Na całym świecie po Stulatka sięgnęły cztery miliony czytelników. Na podstawie powieści powstał film o wyjątkowo dużym jak na Szwecję budżecie (63 miliony koron). W tytułowego bohatera wciela się znany aktor i komik Robert Gustafsson, premiera zaplanowana jest na dzień Bożego Narodzenia. Ja nie mogę się doczekać. Poniżej zwiastun, zaledwie kilkunastosekundowy, ale i tak bombowy (dosłownie i w przenośni).



Jeszcze jedną dobrą wiadomością jest to, że we wrześniu ukaże się kolejna książka Jonssona, Analfabeten som kunde räkna (dosł. Analfabetka, która potrafiła liczyć). Będzie to opowieść o Nombeko Mayeki, która z południowoafrykańskiego Soweto trafia wielkiej światowej polityki. Zapowiada się historia równie niesamowita jak debiut.


Jonas Jonasson Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął (Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann),
tłum. Joanna Myszkowska-Mangold
Świat Książki 2012

Źródła:
zdjęcie z własnego archiwum

Follow on Bloglovin

21 sierpnia 2013

Sztokholm śladami Stiega Larssona, Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander

O książce Wojciecha Orlińskiego Sztokholm. Przewodnik śladami bohaterów Stiega Larssona (wydawnictwo Pascal) czytałam na portalu Szwecja Dzisiaj jeszcze w czerwcu. Zaintrygowała mnie okładka, mroczna i tajemnicza. Słusznie, taką właściwie powinna mieć pozycja traktująca o kryminałach, ale jednak taka atmosfera zupełnie różni się od tego, jak sama zapamiętałam stolicę Szwecji. Na swoich sztokholmskich wakacjach byłam w sierpniu, kiedy letnie słońce pięknie wydobywało ciepłe kolory budynków Starego Miasta i to właśnie te pomarańcze, żółcie, bursztyny, marchewkowe i słomkowe odcienie z Gamla Stan już chyba na zawsze będą mi się kojarzyć z tym miastem.

W lipcu zgłosiłam powyższe zdjęcie na konkurs Szwecji Dzisiaj "Moje najpiękniejsze zdjęcie Sztokholmu". Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - otrzymałam wyróżnienie (za co Redakcji serdecznie dziękuję), a u moich drzwi pojawił się listonosz z nagrodą w postaci właśnie przewodnika Orlińskiego. Książkę zaczęłam czytać od razu po wypakowaniu z koperty. Bardzo wciąga. No od razu wiedziałam, że bardzo chciałabym jeszcze raz. Jeszcze raz przeczytać książki Larssona i przemyśleć cytowane fragmenty, no i oczywiście jeszcze raz wybrać się do Sztokholmu, tym razem odwiedzając wymienione w przewodniku miejsca. Bardzo cieszę się, że ten nietypowy przewodnik znalazł się na mojej półce tuż obok "klasycznego" przewodnika po Sztokholmie. Jestem wielką fanką zwiedzania w stylu "... śladami..." (np. Ystad śladami Wallandera), niezwykle fascynują mnie historie, że w tym miejscu siadywał jakiś artysta, a gdzieś indziej pisarz umieścił konkretne wydarzenia z życia swoich bohaterów.


Przewodnik śladami bohaterów Stiega Larssona to książka niewielkiego formatu i niewielkiej objętości (192 strony), co sprawia, że idealnie będzie nadawać się do bagażu podręcznego czy torebki, jeśli zdecydujecie się na odbycie proponowanej wycieczki nie tylko palcem po planie miasta. Jestem pełna podziwu, jak w tej niewielkiej książce udało się pomieścić tyle pięknych zdjęć, tyle pomysłów na zwiedzanie, tyle cytatów oraz tyle ciekawostek historycznych i kulturalnych! Samo iście detektywistyczne szukanie miejsc z kart książek i filmowych kadrów to kawał świetnie wykonanej przez autora roboty. 

Wojciech Orliński proponuje zwiedzanie Sztokholmu w formie pięciu spacerów: szlakiem Stiega Larssona, Mikaela Blomkvista, Lisbeth Salander, Nilsa Bjurmana oraz w poszukiwaniu nieistniejącego książkowego Hedestad. W przewodniku wyraźnie zaznaczone są też miejsca, gdzie te trasy się krzyżują, pokrywają i przenikają. Bardzo podoba mi się taka budowa - jak podkreśla sam autor pozwala to spojrzeć na miasto za każdym razem z innej perspektywy i próbować "wejść w skórę" Larssona i jego bohaterów, stać się częścią ich codzienności. Robi to wrażenie - szczególnie pełne sprzeczności trasy według Salander i Bjurmana (fragment opisu trasy Salander jest dostępny w materiałach internetowych wydawnictwa, polecam rzucić okiem). W trakcie poszczególnych spacerów często zachęcani będziemy do odwiedzania różnych lokali gastronomicznych, których adresy lub nazwy dokładnie podane są w trylogii. Dzięki temu zwiedzanie nie będzie tylko chodzeniem od budynku do budynku z przerwą na zrobienie pamiątkowych zdjęć, ale też szansą na poobserwowanie codziennego życia Szwedów znad filiżanki kawy lub na spróbowanie lokalnych potraw. Wielkim atutem jest też przede wszystkim to, że przewodnik po prostu świetnie się czyta. Co chwila uśmiechałam się pod nosem do ironicznych lub autoironicznych komentarzy, choć momentami zaczynało mnie drażnić ciągłe podkreślanie, jak niebotycznie droga dla Polaków jest Szwecja. Wprawdzie odczułam ten ból na własnej skórze i na własnym portfelu, ale wydaje mi się, że zbyt częste przypominanie czytelnikowi, że nie będzie go stać na kawę tam, gdzie pijali ją książkowi bohaterowie, bardzo łatwo może go po prostu w ogóle zniechęcić do wyruszenia na taki spacer.

Chociaż autor poleca wiele miejsc, które będą interesujące tylko dla fanów Millenium (na przykład kolejne restauracje McDonald's, gdzie posilali się i autor trylogii, i jego bohaterowie - Orliński naliczył siedem McDonaldów we wszystkich trzech książkach), myślę, że przewodnik można śmiało polecić także tym, którzy książek nie znają albo nie znają ich tak dobrze. Czasem dużo ciekawiej jest odkryć miejsca, które nie są celem pielgrzymek turystów z całego świata, gdzie można odpocząć od wielojęzycznego gwaru i uniesionych w górę czerwonych parasolek turystów. Szczególnie w sezonie.

I na koniec coś, co było dla mnie sympatyczną niespodzianką: okazało się, że budynek przy Bellmansgatan, przy którym dwa lata temu dość długo wygłupialiśmy się razem z ojcem i gospodarzami z Couchsurfingu był... domem książkowego Blomkvista!


Źródła:
sztokholmskie zdjęcia z własnego archiwum
Follow on Bloglovin

17 sierpnia 2013

Szwecja w pigułce - Skansen

Kiedy słyszymy słowo "skansen", od razu przychodzą nam do głowy stare budynki, drewniane wiejskie chaty kryte strzechą, chałupy, zagrody, dawne narzędzia i maszyny. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że słowo to wzięło się od nazwy pierwszego takiego muzeum na wolnym powietrzu, które powstało na sztokholmskiej wyspie Djurgården w 1891 roku. 

Założyciel Skansenu, Artur Hazelius, chciał w czasie szybkiego rozwoju przemysłu i masowej migracji do miast przechować pamięć o kulturze ludowej i dawnej architekturze. Szczególnie fascynowała go kultura chłopska, do muzeum na wolnym powietrzu sprowadzał przede wszystkim zachowane wiejskie chaty, zbierał też stroje ludowe, zabawki, meble i sprzęty codziennego użytku. W późniejszym czasie w Skansenie stworzono też miniaturowe miasteczko, głównie oddające klimat dziewiętnastego wieku (z pocztą, apteką i warsztatami), ale także przenoszące zwiedzających dalej w historię aż po lata 30. dwudziestego wieku (sklep spółdzielczy). 







Skansen to swojego rodzaju Szwecja w pigułce. Budynki, które zostały sprowadzone z południa kraju, znajdują się w południowej części muzeum, a żeby zobaczyć, jak żyją Saamowie (Lapończycy), należy udać się w górę, do północnej części Skansenu. Poza tym cały ten teren wprost tętni życiem. W piekarniach wypiekany jest chleb dawnymi metodami, prządki przędą, chłopi w strojach pasą zwierzęta, artyści pochłonięci są rękodziełem, a starsze panie udają się do drewnianego malowanego kościoła. Wszyscy chętnie opowiadają o tym, co robią, jakby naprawdę żyli życiem swoich bohaterów. Wiele wnętrz muzealnych wygląda, jakby ich właściciele tylko na chwilę opuścili chałupy lub dworki.




Wokół gospodarstw rosną też rośliny typowe dla danego regionu Szwecji i spotkać można charakterystyczne zwierzęta. Także te dzikie. Dla turystów zza granicy atrakcją są władcy szwedzkich lasów - łosie, a także niedźwiedzie, rysie oraz foki (bardzo sympatyczne i zabawne są pokazy ich karmienia), a na "północy" - renifery.







   
Skansen ożywa w szczególny sposób podczas szwedzkich świąt. Świętuje się tu Midsommar, Dzień Świętej Łucji, a w czasie adwentu znajduje się tu wspaniały bożonarodzeniowy jarmark. Latem odbywają się tutaj imprezy Allsång (dosł. wspólne śpiewanie), połączenie koncertów gwiazd ze zbiorowym karaoke, bardzo popularne także w telewizji. Na terenie muzeum znajduje się też wiele atrakcji dla dzieci, place zabaw, labirynty, karuzele. Dla nieco starszych estetów - piękny ogród różany.



Co ciekawe, życzeniem Hazeliusa było spocząć po śmierci na terenie stworzonego przez siebie muzeum. Do dziś znajduje się tu jego grób.



Jeśli wybieracie się do Sztokholmu, koniecznie znajdźcie czas na odwiedzenie Skansenu. To wspaniała, żywa lekcja historii Szwecji dla małych i dużych. Sposób na spędzenie całego dnia na wolnym powietrzu - teren jest dość spory, mieści około 140 zabudowań, a przypatrywanie się "mieszkańcom" jest tak wciągające, że zwiedzanie naprawdę zajmuje całkiem sporo czasu, zobaczcie zresztą sami na mapie Skansenu. Są tu wyznaczone miejsca idealne na zrobienie sobie pikniku. Ceny biletów są różne w sezonie i poza sezonem, ale zakup biletów to wydatek rzędu 150 SEK (bilet dla dzieci w wieku 6-15 lat kosztuje 60 SEK).

Źródła:
wszystkie zdjęcia z własnego archiwum
Follow on Bloglovin

13 sierpnia 2013

10 szwedzkich słów

Po raz kolejny usłyszałam ostatnio sugestię, by na blogu zamieścić zestaw podstawowych szwedzkich zwrotów, które mogłyby się przydać każdemu, kto wybiera się w swoją pierwszą podróż do Szwecji. 

źródło
Myślałam nad tym dość długo, ale ostatecznie trudno było mi dokonać selekcji. Bo przydać może się przecież wszystko. Od pozdrowień i podziękowań, przez nazwy produktów w sklepach po teksty ze znaków, szyldów, ostrzeżeń drogowych i rozkładów jazdy. A do tego są jeszcze inne ciekawostki! No i wymowa... Tyle tego, że starczyłoby na osobnego bloga (a im częściej zaglądam na blogi Marysi, która pisze o bułgarskim i albańskim czy do Marty i Marcina z Nocnej Sowy, którzy inspirują do nauki norweskiego, tym bardziej chodzi mi po głowy, że to jednak mógłby to być fajny pomysł...). Na razie mogę Wam na pewno polecić blog o języku szwedzkim Marty: Talar du svenska?, w ostatnim poście znajdziecie przydatną kolekcję słownictwa, na które możecie się natknąć planując zwiedzanie szwedzkie sztokholmskiego muzeum ABBY.

Szczególnie chciałabym Was zachęcić do zajrzenia na kanał YouTube TheSwedishLad i filmiki z serii 10 Swedish Words (już 28 z tej serii). Dziesięć słów z każdego odcinka prezentowanych jest po angielsku w niezwykle energiczny i dowcipny sposób - często chichoczę przy oglądaniu i naprawdę zazdroszczę autorowi pomysłów.

Na początek 10 słów, które przydadzą się z pewnością wszystkim łasuchom podczas ich wycieczki do Szwecji, kiedy trzeba będzie wybrać coś słodkiego do kawy:
 

Dziesięć słów z tematu "ubrania". Rozbroił mnie zupełnie sposób prezentacji odzieży:



Jako ciekawostka świetnie sprawdza się zestaw dziesięciu zabawnych szwedzkich słów:


I na koniec - dziesięć szwedzkich przekleństw. Nie oszukujmy się, to ta grupa słów, którą szybko podłapuje się w języku obcym. Znam wielu obcokrajowców, którzy z polskich słów znają tylko to na "k"...



Follow on Bloglovin

10 sierpnia 2013

Powodzenia i dbajcie o siebie!

Z uczuciami to już tak jest, że na dobrą sprawę nie wiadomo, kiedy i kogo połączą ze sobą. Tak też jest z przyjaźnią przedstawioną w filmie Jensa Sjögrena Lycka till och ta hand om varanda z 2012 roku (film obejrzałam wczoraj w kinie w ramach poznańskiego festiwalu Transatlantyk, gdzie prezentowany był pod angielskojęzycznym tytułem Good luck and take care of each other).

źródło
Alvar (Bengt CW Carlsson, nominowany za tę rolę do Złotego Żuka) i Miriam (debiutancka rola Claudii Neij) spotykają się przypadkiem. Alvar jest emerytem koło siedemdziesiątki, wdowcem, którego jedyną rozrywką wydaje się być granie w badmintona ze swoim kolegą i spacery do lasu z psem Hessi. Miriam jest zbuntowaną piętnastolatką, która zadaje dużo pytań i potrafi prosto z mostu mówić to, co ma na myśli. Obydwoje żyją w świecie fantazji, który ukrywają przed innymi. Alvar zamyka się w garażu wypełnionym drewnianymi figurkami, wykonanymi przez jego zmarłą żonę. Buduje dla nich wymyślone scenerie, przepięknie zmontowane ze świecącymi i ruszającymi się modelami. Mówi, że są czymś w rodzaju wspomnień. Wspomnień o tym, co tak naprawdę nigdy nie miało miejsca, gdzie razem z żoną nigdy się nie wybrali, o dzieciach, których tak naprawdę nigdy nie mieli...

źródło
źródło
źródło
Miriam ma kiepski kontakt z nadopiekuńczą matką i ojcem, który wypalił się zawodowo i cały swój czas poświęca znalezienie swojej wewnętrznej równowagi. Ucieka chętnie w świat fantazji, pisząc bajki i opowiadania dla dzieci. Marzy o tym, by po skończeniu szkoły wyprowadzić się do babci do Szwajcarii i zostać pisarką.

Alvar i Miriam doskonale się rozumieją i dużo uczą się od siebie nawzajem. Ich przyjaźń zaczyna kwitnąć, kiedy decydują się "uwolnić" figurki wykonane przez żonę Alvara i umieścić je w rzekomo bardziej naturalnej dla nich przestrzeni. I tak - drewniane trolle trafiają do lasu, wystrugane świnki pod masarnię. Każdą parę figurek żegnają słowami: Powodzenia i dbajcie o siebie!

źródło
źródło
Ta niecodzienna przyjaźń wydaje się innym ludziom dość dziwna, zaczyna im przeszkadzać, bo trudno im ją zrozumieć. Przyglądając się pozostałym bohaterom przedstawionym w filmie, można jednak odnieść wrażenie, że Alvar i Miriam są i tak dużo bardziej normalni niż na przykład sąsiad Alvara, który śledzi każdy jego krok przez lornetkę lub inny jego znajomy, który w wolnym czasie zajmuje się wysadzaniem rzeczy w powietrze. Albo ojciec Miriam, który potrafi zapomnieć o świecie i rodzinie, słuchając muzyki relaksacyjnej i ćwicząc jogę.

Film jest piękną, ciepłą opowieścią, która potrafi wzruszyć dosłownie do łez (ja pod koniec popłakałam się w kinowym fotelu). Dużo jest też scen, podczas których nie można się po prostu nie uśmiechnąć lub nawet nie zaśmiać, słuchając dialogów. Ja nie mogłam wprost oderwać oczu od tych kolorowych, ruchomych modeli (odpowiedzialny za nie jest Anders Hellström). Bardzo podobało mi się też łączenie tradycyjnych ujęć ze scenami widzianymi jakby "okiem" amatorskiej kamery Alvara czy lornetki sąsiada, a także fantastyczne, odrealnione sceny, wyjęte z wyobraźni staruszka i nastolatki.

Posłuchajcie jeszcze piosenki z filmu (Helvete - In genom mörkret) i popatrzcie na wybrane sceny z filmu.


http://youtu.be/tHRHNGAnw3Q


Follow on Bloglovin