28 lipca 2017

Szczęście po skandynawsku, czyli hygge, cisza i lagom?

Szukanie skandynawskiego sposobu na szczęście stało się niemal obsesją piszących, wydawców i czytelników. Sama patrzę trochę z przymrużeniem oka na te frenetyczne poszukiwania, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała do takich książek. Do wpisu przygotowywałam się dość długo, bo wciąż docierały do mnie informacje o kolejnych nowościach (w trakcie pracy nad tekstem przeczytałam zresztą zapowiedzi dwóch kolejnych o zbliżonej tematyce). Zobaczcie więc, co wpadło mi w ręce i jak się czytało!


Hygge odbija się czkawką?

Wiem, że pewnie wielu z Was na sam dźwięk słowa hygge robi się trochę niedobrze, bo chyba się przejadło. Ale akurat Klucz do szczęścia to naprawdę całkiem w porządku książka. Nawet jeśli nie odkrywa Ameryki, jest bardzo przyjemna w odbiorze. Przypadła mi do gustu zdecydowanie bardziej niż większość publikacji, w których treści do czytania jest zdecydowanie mniej niż obrazków do oglądania, bo raczej mają służyć ładnemu prezentowaniu się na ławie albo na Instagramie. Autor ujął mnie tym, że o Duńczykach potrafi pisać nie tyle z cukierkowym zachwytem, ale przemycając też dużo przezabawnych "prztyczków", na przykład dotyczących języka (no cóż, kto nigdy nie żartował z języka duńskiego...). Podobało mi się też, że wprost pada stwierdzenie, że Duńczycy wcale nie maja monopolu na stan, jaki nazywają hygge (wiele innych hyggowych publikacji sugeruje, że jednak tak jest). Z zainteresowaniem śledziłam różnego rodzaju statystyki, nawet jeśli wartość niektórych też dobrze byłoby potraktować z przymrużeniem oka. Przepisy kulinarne to może niekoniecznie to, co mnie interesuje najbardziej (szczególnie opatrzone dziwnym fonetycznym zapisem nazw potraw), ale różnego rodzaju listy w rodzaju "jak "zrobić sobie hygge" z rozpiską na cały rok, to akurat fajny, sympatyczny pomysł.

Usłyszałam kiedyś, że to wręcz skandaliczne, że w czasie, kiedy na świecie dzieje się tyle niedobrych rzeczy i zachodzi tyle poważnych zmian, my zachwycamy się akurat hygge. Moim zdaniem to właśnie dlatego się tym zachwycamy. I może właśnie dlatego wręcz powinniśmy nauczyć się doceniać drobne przyjemności.


Meik Wiking, Hygge. Klucz do szczęścia (The little book of hygge)
Wydawnictwo Czarna Owca
2016
tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny


Po cichu

Cisza Erlinga Kagge to książka potrzebna czytelnikom prawdopodobnie z tych samych powodów, co mnożące się w nieskończoność publikacje o hygge. Wobec Ciszy miałam wysokie oczekiwania. Polski przekład otrzymał wsparcie z programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA, co świadczyło o wartości książki. Zaskoczyło mnie, ile miejsca promocja książki zajęła akurat w internecie, który jest przedstawiany jako zaprzeczenie ciszy właśnie. Zaciekawiła też postać autora: Erling Kagge określony został "myślicielem na miarę XXI wieku", to podróżnik, który jako pierwszy człowiek na świecie doszedł samotnie na biegun południowy, zdobył oba bieguny i  Mount Everest. Jakby tego było mało, jest też prawnikiem, przedsiębiorcą i kolekcjonerem sztuki. I założył w Norwegii własne wydawnictwo. Kiedy czytałam książkę, miałam niestety wrażenie, że Kagge próbuje się lansować na celebrytę. I dlatego książkę wydał sobie sam. Nie do końca kupuję pomysł, by jako punkty odniesienia traktować i cytaty z Pascala, Heideggera, Kanta czy Wittgensteina, japońskie haiku i jednocześnie... teksty piosenek Depeche Mode i Rihanny. Trochę się w tym wszystkim pogubiłam, choć książeczka, zamknięta w naprawdę pięknej okładce, zawiera tak naprawdę niezbyt skomplikowane pytania o ciszę i jej miejsce w życiu. 



Erling Kagge, Cisza. Opowieść o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać (Stillhet i støyens tid. Gleden ved å stenge verden ute)
Wydawnictwo Muza
2017
tłum. Iwona Zimnicka




Lagom? Serio?

Na początek trzy ciekawostki. Po pierwsze: czy wiecie, jak dosłownie brzmi tytuł tej książki w oryginale? 10 porad - poczuj się lepiej i przeżyj 10 lat dłużej. Po drugie: w Szwecji książka nie była lansowana poprzez lagom. To słowo, owszem, pojawia się gdzieś we wstępie, ale to tyle. Po trzecie: na szwedzkiej okładce nie podkreśla się, że autor jest lekarzem. Na naszym rynku mamy za to cudownie odkryty "skandynawski sekret", złotą (naprawdę na złoto na okładce) szwedzką zasadę umiaru i nazwisko poprzedzone literkami "dr" -  to wszystko ma skłonić czytelnika do sięgnięcia po książkę, bo będzie modna (bo boom na Skandynawię) i napisana przez eksperta. Skandynawski sekret okazuje się wydawniczą wydmuszką. Porady doktora Marklunda przypominają mi o wszystkim, o czym uczyłam się na lekcjach przyrody w szkole: że ważne są ruch, sen, unikanie stresu, odżywianie (tu idealnie pasowałby mem w rodzaju "thank you, Captain Obvious"). Jedne, co w tej książce mnie urzekło, to fragmenty poświęcone kawie, przekonujące, że jej picie wcale nie jest takie złe, jak chcieliby niektórzy - czegóż innego można spodziewać się od Szweda? 


dr Bertil Marklund, Skandynawski sekret. 10 prostych rad, jak żyć szczęśliwie i zdrowo (10 Tips – Må bättre och lev 10 år längre)
Wydawnictwo Marginesy
2017
tłum. Agata Teperek



Jak żyć?

Poradnik Matsa i Susan Billmarków reklamowany był hasłem "Poznaj skandynawski sposób na szczęście i naucz się żyć na nowo". Byłam ciekawa, ile będzie w nim typowego poradnika psychologicznego i myśli w rodzaju "Jesteś zwycięzcą", a ile lansowania skandynawskiego szczęścia przy świecach, pod kocem i z dobrym jedzeniem. Tym razem dostajemy zdecydowanie to pierwsze, więcej konkretów, metod, zadań zamiast samych pięknych cytatów (choć te cytaty też są, nawet na osobnych, kolorowych stronach). Swoją drogą, taki charakter też może zniechęcić czy nawet odstraszyć - mnie autorzy z początku skojarzyli się z nawiedzonymi coachami, którzy zbierają ludzi na spotkania, gdzie każą chórem powtarzać swoje motto, a potem tłumaczą, jak żyć. Nie do końca też czułam się docelowym odbiorcą poradnika, bo całkiem duża jego część poświęcona była tematom wychowania dzieci i nastolatków. Czy obraz szczęśliwych Skandynawów rzeczywiście pasuje do treści tego poradnika? Jak najbardziej - wysoki poziom stresu, tak zwane "niezdrowie" psychiczne i wypalenie zawodowe to poważne problemy, na które w Szwecji słusznie zwraca się uwagę już od pewnego czasu. Wprawdzie po lekturze nie do końca potrafię odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, na czym polega "metoda Billmarków", ale znalazłam w tej książce kilka mądrych spostrzeżeń, które powinnam wziąć głęboko do serca, by zmienić organizację swojego czasu.


Mats i Susan Billmark, Naucz się żyć (Lär dig leva. Mindre stress)
Wydawnictwo Otwarte
2017
tłum. Małgorzata Kłos


Hygge po polsku?





Kiedy Facebook wyświetlił mi reklamę Jakoś to będzie, przecierałam oczy ze zdumienia. Najpierw załamałam ręce -  no bo niby fajnie, że ktoś pomyślał, że "Polacy nie gęsi" i swoje hygge mają, ale z drugiej strony wyszło na to, że jednak musimy gęgać tak, jak nakazują trendy rynku wydawniczego. Jeśli wszyscy szukają szczęścia zawartego w jednym haśle, to my też... Potem stwierdziłam, że książce trzeba dać szansę. Znając polskie poczucie humoru i szyderę (o której - jak się potem przekonałam - piszą nawet w tej książce), liczyłam na poradnik napisany z przymrużeniem oka, bardzo ironicznie.

Co z tego wyszło? Książka, o której tak naprawdę nie wiem, co sądzić. Czytało się całkiem w porządku, nawet parę razy się zaśmiałam pod nosem, parę razy przeczytałam na głos fragmenty Mężowi, parę miejsc zaznaczyłam sobie samoprzylepną zakładką. Znalazłam interesujące statystyki, pochłonęłam ciekawostki językowe, ucieszyłam się, ile fajnych postaci zabrało głos na różne tematy, związane z ich działalnością: Wojciech Mann, Michał Rusinek, Aleksander Doba, Magdalena Grzebałkowska, Jerzy Owsiak, Rafał Madajczak z ASZdziennika... Zachłysnęłam się tym, że autorzy podkreślają, że multi-kulti polskiej historii nieobce: warto o tym pamiętać! Jakoś to będzie pod wieloma względami też mnie jednak irytowało. Po pierwsze: samo hasło w tytule. Skojarzyło mi się z piłkarskim "Nic się nie stało!" i trochę ukłuło w serce, że naszą filozofię szczęścia mamy odkrywać dzięki porażkom (no bo "Jakoś to będzie" pada przecież w sytuacji, kiedy chcemy odbić się od dna, a nie celebrować przytulność i równowagę, jak w przypadku hygge i lagom). Po drugie: format i layout jakoś za bardzo przywodził mi na myśl książkę Meika Wikinga. Po trzecie: wątpliwości budziło we mnie romantyczne idealizowanie i wychwalanie tego, co raczej uważane jest za obciachowe: pastelozy, budowlanych chałtur, niepohamowania w narzekaniu. I wreszcie czwarta sprawa: zagraniczne hygge-książki pisane są wprawdzie przez Skandynawów, ale w większości przypadków po angielsku, z założeniem, że mają promować skandynawski styl życia za granicą. "Szczęście po polsku" opisano... po polsku, dla Polaków. Czyżbyśmy najpierw sami musieli się przekonywać, że jesteśmy fajni i szczęśliwi, zanim zaczniemy się tym chwalić przed resztą świata?

Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek, Jakoś to będzie. Szczęście po polsku
Wydawnictwo Znak
2017


Czy znaleźlibyście w tych tytułach coś dla siebie?

25 lipca 2017

Szwedzkie piosenki biesiadne

Znów spotykamy się dwudziestego piątego dnia miesiąca, by wyruszyć w podróż "W 80 blogów dookoła świata". W tej odsłonie - już czterdziestej - naszym tematem przewodnim będzie alkohol. Oczywiście, nie będziemy namawiać Was do zaglądania do kieliszka z trunkami z różnych stron świata, ale przedstawimy Wam za to różne kulturowe i językowe ciekawostki.



Wielu osobom temat alkoholu w Szwecji kojarzyć się może przede wszystkim z wysokimi cenami i sklepami monopolowymi. O historii szwedzkiej polityki alkoholowej możecie przeczytać w mojej książce "I cóż, że o Szwecji",  dziś natomiast chciałam przedstawić Wam temat nieco luźniejszy, zabawniejszy i rozśpiewany, o którym w książce tylko wspomniałam:

"Rozmaitość biesiadnych piosenek, tak zwanych snapsvisor, oraz gorliwość, z jaką ucztujące towarzystwo dołącza do zaśpiewu, potrafi wprawić w osłupienie obcokrajowców trafiających na zakrapiane szwedzkie imprezy. Mówi się, że zwyczaj odśpiewywania snapsvisor, często o zabawnym tekście i na jakąś znaną, popularną melodię, wywodzi się właśnie z czasów zaostrzenia alkoholowych regulacji, że jednoczenie się w pieśni i toastach miało uświetnić delektowanie się reglamentowanym towarem. Zwyczaj przetrwał do dziś, cały czas pisane są też nowe przyśpiewki, a twórców motywuje sztokholmskie Muzeum Alkoholi (Spritmuseum), organizując mistrzostwa w tej dyscyplinie (od 1995 mistrzostwa Szwecji, od 2012 roku mistrzostwa świata, w których biorą też udział Finowie)".
Najpopularniejszą z takich piosenek biesiadnych jest Helan går. Jeśli nawet nie mieliście okazji usłyszeć jej na szwedzkiej imprezie, to możecie ją kojarzyć z filmów czy talk show, w których gościli aktorzy związani ze Szwecją.



O czym jest tekst? Mnie kojarzy się z naszym "a kto z nami nie wypije, niech się pod stół skryje". Poza tym, tekst ujawnia też interesującą kulturowo-językową ciekawostkę: po szwedzku kolejne kieliszki (kolejne kolejki) mają swoje osobne nazwy. Tradycja sięga dziewiętnastego wieku, a nazwy nadano podobno aż po siedemnaście kolejek!

Helan går, sjung hopp faderallan lallan lej, 
helan går, sjung hopp faderallan lej. 
Och den som inte helan tar, han heller inte halvan får, 
Helan gåååååååår, [...] sjung hopp faderallan lej.

Ja przetłumaczyłabym to tak (z przymrużeniem oka):

Leci Pierwszy Kielonek, sialalalala
leci Pierwszy Kielonek, sialalalaa.
Ten, kto nie wypije Pierwszego Kielonka, nie dostanie Drugiej Lufki,
Leci Pierwszyyyyyyyyy [...] sialalalalalala!



O snapsvisor nakręcono też odcinek na kanale Say It In Swedish. Zobaczycie tu, że kieliszki mają też swoje inne "pieszczotliwe nazwy", np. pärlan, perła czy jak tutaj: geting, osa. Stąd w jednej przyśpiewce pojawia się gra słów, którą trudno oddać po polsku.




Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.
Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.
Vi äro små humlor som tar oss en geting.

Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.



Jesteśmy małymi bąkami, bzz, bzz.

Jesteśmy małymi bąkami, bzz, bzz.

Jesteśmy małymi bąkami i zabieramy się za osę.
Jesteśmy małymi bąkami, bzz bzz.



Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen. 
Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen. 
Man kunde dra den upp och ner, så att den kändes som många fler. 
Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen.

A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.
A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.
Można byłoby za niego ciągnąć, żeby wydawało się, że jest tego więcej.
A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.



Wiele piosenek śpiewanych jest też na znane ludowe melodie, tak jak tutaj, na melodię Horgalåten:




Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då ä’ de’ sörjeligt, då ä’ de’ sörjeligt.
Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då kan en lägg me’ ner och tvärdö!


:/ Men får jag öl och får ja brännvin,
ja då kan jag dansa natten lång. /:


Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då ä’ de’ sörjeligt, då ä’ de’ sörjeligt.

Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,

då kan en lägg me’ ner och tvärdö!


W dużym skrócie biesiadnicy śpiewają, że jeśli nie dostaną piwa ani wódki, to będzie przykro i będą mogli położyć się umrzeć. A jeśli dostaną piwo i wódkę, przetańczą całą noc.

Wisienką na torcie niech będzie dla Was ta przyśpiewka. Jest w dialekcie z Dalarna, stąd nie przygotowałam dla Was tłumaczenia, ale mam nadzieję, że wystarczy Wam obecność gwiazd takich jak Benny Andersson, Helen Sjöholm, Tommy Körberg, Kalle Moraeus i Veronica Maggio oraz ich wspaniałe głosy!





Przeczytajcie jeszcze pozostałe wpisy w tej edycji akcji:

Chiny:

Finlandia:


Francja:


Gruzja:


Hiszpania:


Irlandia:

Japonia:

Kirgistan:

Niemcy:

Rosja:

Szwecja:

Turcja:

Wielka Brytania:


Włochy:

Wielojęzyczne:

10 lipca 2017

Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie





Lubicie morze? Lubicie lato? Lubicie filmy skandynawskie? Lubicie oglądać je za darmo? Jeśli odpowiedzieliście twierdząco na te pytania, to znaczy, że Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie jest dla Was! Tegoroczna, siedemnasta już, edycja festiwalu odbędzie się w dniach 17-23 lipca, a na seanse widzów zaprasza darłowskie kino Bajka. Szwecjoblog po raz kolejny wspiera gorąco ten projekt jako patron medialny - bardzo cieszę się, że filmy z Północy na stałe wpisały się w kulturalny nadmorski kalendarz. Niestety, sama nie dotrę w tym czasie do Darłowa, przygotowałam za to dla Was krótki wybór tych punktów programu, na które sama na pewno bym się wybrała (może Wy opiszecie mi Wasze wrażenia po seansach?) albo na które na pewno chciałabym Was zaprosić.

Zacznijmy, jak na Szwecjoblog przystało, od szwedzkich propozycji.



Dla dorosłych
Stado (Flocken), reż. Beata Gårdeler, 2015


Stado bardzo chciałam zobaczyć, odkąd dowiedziałam się, że zdobył aż trzy Złote Żuki 2016: za najlepszą żeńską rolę drugoplanową, najlepszą muzykę i najlepsze zdjęcia. Klimat zwiastuna skojarzył mi się z Intruzem Magnusa von Horna, wydaje mi się, że w obu filmach mogą być przedstawione podobne napięcia: młodzi ludzie kontra lokalna społeczność. I pewne dramatyczne wydarzenia w tle.


Szwedzka teoria miłości (The Swedish Theory of Love), reż. Erik Gandini,  2015


Szwedzka teoria miłości pojawiła się na ekranach polskich kin już jakiś czas temu i wciąż na nie wraca, wywołując wiele emocji i wiele pytań. Na blogu pisałam Wam już o moich wrażeniach po obejrzeniu tego filmu Erika Gandiniego. Jeśli będziecie mieć okazję, zobaczcie też film Chirurg buntownik o jednym z bohaterów Szwedzkiej teorii miłości, o nim też mogliście już u mnie przeczytać


Mężczyzna imieniem Ove (En man som heter Ove) reż. Hannes Holm, 2017 


Wprawdzie zdecydowanie bardziej wolę książkę Fredrika Backmana niż film, który powstał na jej podstawie (przeczytajcie, jakie wrażenie na mnie zrobiła), ale ekranizacja jest naprawdę dobra, a Rolf Lassgård  i Filip Berg świetnie wypadają w roli Ovego, starszego i młodego. Obejrzycie koniecznie.

Dla dzieci


To urocze, że w festiwalowym programie codziennie znajdują się seanse dla dzieci. Wśród szwedzkich propozycji znajdziecie klasyki na podstawie historii stworzonych przez Astrid Lindgren. Dorośli, pamiętacie te filmy?
Nils Paluszek (Nils Karlsson Pyssling) / reż. Staffan Götestam, 1990 


Nowe przygody dzieci z Bullerbyn (Mer om oss barn i Bullerbyn), reż. Lasse Hallström, 1986

źródło

I cóż, że nie ze Szwecji...
W programie znalazłam kilka tytułów spoza Szwecji, które od pewnego czasu znajdują się na mojej liście do obejrzenia.

Małżeńskie porachunki (Dræberne fra Nibe) reż. Ole Bornedal, 2017

Z duńskich propozycji w programie najbardziej zainteresował mnie film z Marcinem Dorocińskim w roli rosyjskiego płatnego mordercy, który ma pozbyć się żon dwóch znużonych związkami panów. Komedia kryminalna, czarny humor, czyli to, w czym Duńczycy wydają się nieźli!



Fala (Bølgen), reż. Roar Uthaug, 2015

Nie przepadam za filmami katastroficznymi, ale norweska Fala zaintrygowała mnie tym, że to pierwszy skandynawski film katastroficzny. No i do tego zdobył wiele wyróżnień, a nawet był norweskim typem do Oscara! Chyba jednak powinnam się przemóc i dać temu tytułowi szansę!


Fúsi, reż. Dagur Kári, 2015


Na filmwebowym forum ktoś nazwał islandzki film Fúsi "skandynawską Amelią". Podobno jest baśniowo, artystycznie. Tyle mi chyba wystarcza, by chcieć to zobaczyć!
Pełny program  z datami i godzinami poszczególnych seansów i więcej informacji znajdziecie na stronie festiwalu
Które filmy znalazły się na Waszej liście "do obejrzenia"? A może już je znacie?