25 maja 2017

Göteborgshumor, czyli z czego śmieją się mieszkańcy Göteborga

Majowa edycja akcji "W 80 blogów" dookoła świata zapowiada się naprawdę wesoło - tym razem wspólny temat, wokół którego na różnych blogach kulturowych i językowych pojawią się dzisiaj, o tej samej godzinie, nowe wpisy brzmi "Z czego śmieją się mieszkańcy...". Spodziewajcie się więc rekomendacji komedii, sitcomów, zestawów memów czy kompilacji żartów z różnych stron świata. Lista linków jak zwykle czekać będzie na Was pod moim wpisem.




W przypadku Szwecji i tego, co bliskie mojemu sercu, wybór tematu był prosty: GÖTEBORGSHUMOR, czyli göteborski humor. Nie potrafię wprawdzie wyjaśnić historii tego fenomenu,  przyjęło się jednak, że to göteborczycy mają najbardziej specyficzne poczucie humoru w całej Szwecji. Wiele opowiadanych przez mieszkańców Göteborga kawałów to zabawne historyjki, których bohaterem jest Glenn (to podobno najpowszechniejsze imię w tym mieście) i które często śmieszą tylko wtedy, jeśli ma się pojęcie o göteborskim dialekcie. Okazuje się też, że mieszkańcy Göteborga są mistrzami żartów słownych (ordvitsar) - a więc takich, które akurat i mnie śmieszą najbardziej. Do czytania dzisiejszego wpisu najlepiej przygotować sobie szklankę wody do popijania suchych kawałów i perkusję do robienia klasycznego już ba-dum-tss. I spokojnie - wiem, że nie wszyscy czytelnicy znają szwedzki, więc wszystkie żarty będę tłumaczyć. Albo przynajmniej podpowiadać, z czego tu się można pośmiać.



No to zaczynamy. Moje spotkania z göteborskim humorem zaczęły się od znajdowania zabawnych grafik i tekstów na stronach pokroju szwedzkiego Kwejka:



en haj = rekin



Lejonkungen = Król Lew
simbassäng = basen, ale można to też odczytać jako Simbas säng = łóżko Simby


Vad kallar man en nyanställd på McDonald's? 
- En nyburgare.
Jak nazywa się nowego pracownika McDonald's?
Podobne w wymowie: en nybörjare = początkujący i en ny burgare = nowy burger


Hur tröstar man en vegan? 
- Soja, soja, ingefära.
Jak pocieszyć weganina?
Såja, såja, ingen fara = Już, już, nic się nie stało.
Soja, soja, ingefära = Soja, soja, imbir.

Vad kallas det om det gör så ont att man svimmar när man tatuerar sig? 
-Bläck out
Jak nazywa się sytuacja podczas robienia tatuażu, kiedy mdleje się z bólu? 
Blackout = omdlenie
bläck = tusz

Vilken ryss hade namnsdag för ett dygn sedan? 
- Igor.
Jaki Rosjanin miał wczoraj imieniny?
Podobne w wymowie imię Igor i igår = wczoraj


Vad gör en arbetslös skådespelare? 
- Spelar ingen roll.
Co robi bezrobotny aktor? - Nie gra roli.


Hör du om tjuven som stal almanackan? -
 Ja, han fick 12 månader.
Słyszałeś o złodzieju, który ukradł kalendarz? - Tak, dostał 12 miesięcy.


Kiedy dotarłam już do Göteborga (i kiedy mój szwedzki był już na takim poziomie, że zaczęłam wyłapywać te wszystkie lokalne żarciki) - wtedy dopiero zaczęło się śmieszkowanie! Śmieszyło mnie wiele rzeczy, które napotykałam w codziennych sytuacjach:


Autobus wyświetlający napis: Buss och kram (dosł. autobus i uścisk), 
nawiązanie do zwrotu Puss och kram (dosł. buziak i uścisk)

W deszczowy tydzień pojawiła się parafraza tekstu piosenki Håkana Hellströma Känn ingen sorg för mig Göteborg, tu zamiast Göteborg mamy podobnie brzmiące Blöteborg od blöt = mokry

Nymålat rör!! (alltså rör ej!) = Świeżo malowana rura (to znaczy, nie dotykaj).
Tu żart polega na tym, że rör znaczy zarówno "rura" jak i "dotknij", więc karteczkę można byłoby też odczytać jako: Świeżo malowane, dotknij!! (to znaczy, nie dotykaj)


Kiedy wybrałam się na "focze safari" (więcej o tej wycieczce przeczytacie we wpisie o Lysekil - KLIK!) i wreszcie udało nam się wypatrzyć pierwszą grupę fok wygrzewającą się na skałach, przewodniczka zaproponowała, żebyśmy wyjęli aparaty i zrobili sobie nie tyle selfie co sälfie (foka to po szwedzku säl).




Można było zażartować nawet z kampanii reklamowej Universeum - Welcome to Gothenburg. Home of sloths. Bo wiecie, jakie miejsce w Göteborgu nadawałoby się najlepiej jak dom dla leniwców (sloths)? Slothskogen - w mieście znajduje się bowiem park o nazwie Slottskogen (brzmi podobnie jak wymyślone słowo slothskogen, a samo słowo skog znaczy las)





Co jeszcze? Göteborczycy z humorem traktują też swoje miasto. Wiele budynków, obiektów czy dzielnic nosi zabawne nazwy, oficjalnie lub tylko potocznie. Najbardziej znanym tego przykładem jest Feskekôrka, czyli "rybny kościół", który tak naprawdę jest halą targową, gdzie sprzedaje się głównie ryby i owocne morza. Ale z zewnątrz rzeczywiście może przypominać świątynię.



Szczególny stosunek, taką trochę love-hate relationship, mieszkańcy mają natomiast do innego rozpoznawalnego budynku. Lilla bommen ze względu na nietypowy wygląd zdecydowanie częściej nazywany jest "szminką", Läppstiftet, "klockiem Lego", Legobiten, albo "domkiem z Lego", Legohuset. Co ciekawe, kiedy budynek został uznany za najbrzydszy w całej Szwecji, nieco zakompleksieni Göteborczycy podobno mieli jednak powód do radości — bo wreszcie wyraźnie w czymś prześcignęli inne miasta.



Fontannę znajdującą się między pasami drogi przy Götaplatsen (na żadnym zdjęciu jej nie uwieczniłam) mieszkańcy z racji jej umiejscowienia nazywają Biltvätten - myjnią samochodową, Bussbidén - bidetem dla autobusów, Blötaplatsen - tu mamy "mokre" zagranie na nazwie placu - albo Poseid-ån - od innej, znajdującej się w pobliżu fontanny z Posejdonem i słowa en å - rzeka.





Podobają mi się też dwa zabawne określenia związane z religią. W dzielnicy Heden znajduje się katolicki kościół pod wezwaniem Chrystusa Króla (Kristus Konungens katolska kyrka). Żartobliwie nazywany jest Hedendomen, co może znaczyć "katedrę w Heden" - tak samo jak Lundadomen to katedra w Lund, Nidarosdomen to katedra Nidaros w Trondheim czy Kölnerdomen to katedra w Kolonii. Żart nie polega tylko na nazywaniu zwyczajnego kościoła mianem katedry, ale na tym, że słowo hedendom znaczy... pogaństwo. 
Drugie określenie odnosi się do wysokiego, nowoczesnego budynku hotelu Gothia Towers, przylegającego do budynku targów Svenska Mässan. Hotel nazywany jest Högmässan, co właściwie dałoby się przetłumaczyć jako "wysokie targi", ale poza tym högmässan oznacza uroczystą, ważną mszę.



Mam nadzieję, że uśmiechnęliście się pod nosem nie raz!


Źródła:


A tu przeczytacie, z czego śmieją się mieszkańcy:


Chin:
Biały Mały Tajfun - Z czego śmieją się Chińczycy?
Francji:
Français mon amour - Z czego śmieją się Francuzi?

Gruzji:
Gruzja okiem nieobiektywnym: Z czego śmieją się Gruzini?
Hiszpanii:
Hiszpański dla Polaków - Z czego śmieją się Hiszpanie?
Japonii:
japonia-info.pl - Co śmieszy Japończyków

Kirgistanu:
Niemiec:
Niemiecki w domu - Z czego śmieją się Niemcy  
Turcji:
Turcja okiem nieobiektywnym - Z czego śmieją się Turcy?
Włoch:
Studia, parla, ama - Z czego śmieją się Włosi?
Różnych krajów:

21 maja 2017

O czym są "Moraliści" Katarzyny Tubylewicz?

"Moralistów" Katarzyny Tubylewicz czytałam z samoprzylepnymi zakładkami i ołówkiem pod ręką. Jest w niej zawartych wiele spostrzeżeń, uwag, komentarzy i  pytań, które w jakiś sposób są mi bliskie, nad którymi warto się pochylić, do których chciałabym jeszcze wrócić za jakiś czas. 

To ważne, bo jak tylko usłyszałam o tej książowej zapowiedzi, to mimo całego mojego zaufania do Tubylewicz jako dziennikarki i pisarki, zastanawiałam się, czy to dobry moment na taką książkę. Czy nie za wcześnie jeszcze na rozliczanie Szwedów i ich "moralizmu", akurat teraz, w samym środku wydarzeń, zmian i nowych wyzwań (także tych najświeższych, najbardziej dramatycznych). Czy rozliczanie Szwedów z polską perspektywą gdzieś z tyłu głowy, której pewnie trudno się pozbyć nawet po kilkunastu latach dorosłego życia w Szwecji, jest w stu procentach w porządku. Zastanawiałam się też, jak polscy czytelnicy potraktują tę książkę, skoro jak pisze autorka: w spolaryzowanym, pękniętym na pół społeczeństwie polskim Szwecja jest ekranem, na który projektujemy nasze sprzeczne nadzieje, lęki i uprzedzenia. Jak analiza postaw i myślenia Szwedów oraz działań szwedzkich polityków mieści się w takiej projekcji? I wreszcie, czy mamy dobry, neutralny język, by o tym wszystkim opowiadać? To pytanie zresztą, ku mojemu zadowoleniu, pada także w książce.




I nie tylko to jedno. "Moralistów" docenić trzeba za to, że to książka, w której nie stawia się diagnozy, ale raczej pytania: 

Przez moją opowieść o Szwecji i kilku ideałach przewija się wciąż jeden temat: wyzwania globalizacji i wielokulturowości. Jak sobie z nimi radzić w sytuacji kryzysu migracyjnego? Jak pozostać człowiekiem? Jak zachować zdrowy rozsądek? Jak pogodzić ze sobą wszystkie ideały i wartości liberalnej demokracji, które nagle przestają do siebie pasować, niczym odkształcone wilgocią puzzle?

W poszukiwaniu odpowiedzi Tubylewicz odbywa w Szwecji wiele rozmów z osobami, które często wypowiadają się we współczesnej debacie publicznej, jak i tymi mniej znanymi, "prywatnymi". Jej rozmówcami często byli i ci, których sama co jakiś czas czytuję i śledzę w mediach, więc czytało mi się tym lepiej, kiedy mogłam wręcz wyobrazić sobie ich głosy. W książce przeczytamy wypowiedzi m.in. pisarza i artysty Jonasa Gardella, pisarki i dziennikarki Elisabeth Åsbrink, literaturoznawczyni Ebby Witt-Brattström, pisarza i dziennikarza Niklasa Orreniusa czy biskup Kościoła Szwedzkiego Eva Brunne. Polski akcent stanowią dziennikarz Maciej Zaremba Bielawski, kryminolog Jerzy Sarnecki (których obecności w takiej książce można się zresztą było spodziewać), związany z mediami Adam Potrykus, pracująca w opiece penitencjarnej Dominika. Tubylewicz rozmawiała też z pracownikami Urzędu do Spraw Migracji i ośrodków dla azylantów, aktywistkami na rzecz praw kobiet i muzułmankami, policjantem o afgańskich korzeniach organizującym wykłady dla młodych uchodźców z Afganistanu czy kuratorką wystaw, która z wyboru zamieniła centrum kultury na pracę w biurze pogrzebowym. Z ich wypowiedzi można spróbować ułożyć patchworkowy obraz tego, jaka dziś jest Szwecja i jacy są Szwedzi. W żadnym jednak miejscu autorka wcale nie przeczy także tej jaśniejszej wizji Szwecji, niczego Szwecji nie odbiera - kieruje jednak swoje reporterskie spojrzenie w inną stronę.

Siłą książki jest to, że Tubylewicz patrzy na Szwedów-moralistów nie tylko z perspektywy migracji i wielokulturowości, tak nośnych i - bądź co bądź - medialnych. Splatają się tu kwestie szeroko pojętego równouprawnienia, tolerancji, różnych sposobów rozumienia rasizmu, feminizm, sytuacjia osób LGBT, religijności, wiara w ludzi, definiowanie pomocy i poczucia winy, rozważania o śmierci, tematy tabu. Nie zabrakło też polsko-szwedzkich odniesień i porównań, w tym także do mieszkających w Szwecji polonusów (co wśród rozważań wokół integracji uważam za bardzo istotne). Pokazuje też to, co sama podkreślam na co dzień - że to, jak wygląda szwedzkie społeczeństwo to wypadkowa naprawdę wielu czynników. Może dlatego wszelkiego rodzaju oceny czy wprowadzanie zmian są tak trudne?

Ze wszystkich rozmów najbardziej utkwiły mi w pamięć dwa stwierdzenia, które śmiało mogłyby stanowić myśl przewodnią całej książki i dalszych dyskusji na jej temat. Pierwsze z nich to odpowiedź Macieja Zaremby odpowiadając na pytanie, czy Szwecja ma problem z imigrantami czy imigranci mają problem ze Szwecją. Zaremba podkreśla, że problem jest przecież wspólny (o czym nie wszyscy pamiętają albo pamiętać nie chcą). Drugie to spostrzeżenie Jonasa Gardella: Sama koncepcja folkhemmet - domu ludowego, w którym wszyscy są równo traktowani, zawiera też w sobie, niestety, wielką podejrzliwość, z jaką patrzy się na jednostki, które nie pasują, odstają. Inna rzecz, że każde społeczeństwo jest zawsze zależne od jakiegoś Innego, a koncepcja "Innego" zmieniała się przestrzeni czasów: Żydzi, katolicy, Romowie i koczownicy (bo Gardellowi pewnie chodziło o bardziej tattare niż Tatarer), homoseksualiści czy teraz muzułmanie. Odnieść je można zarówno do samej Szwecji w wydaniu bardzo nie-lagom, ale i tego, co dzieje się teraz na świecie w ogóle.

Na koniec wracam jeszcze do postawionego przeze mnie na początku pytania o polskiego odbiorcę. Bo "Moralistów" można odczytać różnie. Jako głos, skłaniający do dyskusji nie tylko nad Szwecją, ale i zjawiskami charakterystycznymi dla dzisiejszych czasów - ileż to razy podczas lektury miałam ochotę zamruczeć pod nosem: what a time to be alive! Czytając niektóre rozdziały zastanawiałam się jednak, czy nie zostanie potraktowana jako podawanie na tacy argumentów dla wszystkich tych, którzy już teraz uważają, że Szwecji już nie ma. I to argumentów lepszych niż tłumaczone z błędami internetowe newsy, bo w wydanych w formie książki. Obawiam się też z drugiej strony, czy stwierdzenie, że i my, Polacy, kiedyś możemy stać się nowoczesnym, zsekularyzowanym, idealnym społeczeństwem nie sprawi, że niektórym nie będzie chciało się tej książki dalej czytać. A byłoby szkoda, bo naprawdę warto, niezależnie od tego, jaki obraz Szwecji mamy i znamy.

Z jednym tylko nie mogę się zgodzić - na stronie wydawnictwa Wielka Litera (i po części także z tyłu na okładce) możemy przeczytać, że "to nie jest książka o cynamonowych bułeczkach, czerwonych domach i małomówności". Moim zdaniem jednak właśnie o tym jest. O tym, co sznuruje Szwedom usta, o zapraszaniu do domu i korzyściach z multikulti.


Katarzyna Tubylewicz Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie
Wydawnictwo Wielka Litera
2017
wszystkie cytaty pochodzą z tej książki

19 maja 2017

Jak tanio podróżować po Szwecji - 7 ważnych porad

Jak tanio podróżować po Szwecji? Jak wyjechać na wakacje do Szwecji i nie zbankrutować? Gdzie w Szwecji można tanio zjeść? I gdzie znaleźć tanie noclegi? Takie pytania bardzo często pojawiają się w wiadomościach, które do mnie wysyłacie. Na wysokie ceny w Szwecji skarży się wielu turystów, zdarzyło mi się nawet słyszeć takich, którzy z założenia zapierali się, że do Szwecji nie pojadą, bo drogo (to jeden z często powtarzanych argumentów, dlaczego nie warto wybrać się na szwedzkie wakacje, o których na blogu już pisałam).


Na Wasze pytania nie mam niestety jednoznacznych odpowiedzi, co nie znaczy, że tanie podróże po Szwecji są niemożliwe. Przygotowałam dla Was kilka porad, które  moim zdaniem warto wziąć pod uwagę, jeśli rozważacie wycieczkę na Północ.



1. Zacznij od planu!


Planowanie, działanie według harmonogramu i odhaczanie punktów na listach rzeczy do zrobienia - w tym wszystkim odnajduję się najlepiej. Słowo "spontan" rzadko kiedy pojawia się w moim słowniku. Niektórych może do doprowadzać do szału, ale bardzo przydaje się, jeśli liczycie na tani wyjazd do Szwecji, bo oszczędzić można już na etapie samej podróży z Polski na Północ.

Warto poświęcić trochę czasu na rozważenie wad i zalet różnych środków transportu, wybrać ten, który będzie najlepiej odpowiadał Waszym potrzebom i temu, jakiego rodzaju wycieczki lubicie. Podróż samolotem przede wszystkim trwa najkrócej i wystartować można z wielu miast w Polsce: z Poznania, Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Katowic, Gdańska, Lublina, a loty obsługują często tanie linie lotnicze (WizzAir i Ryanair). Z Polski dolecimy na sztokholmskie lotnisko Skavsta, göteborskie Landvetter, a także na lotniska w Malmö czy od niedawna Växjö. Warto pamiętać, że lotniska te są często oddalone od dużych miast, więc trzeba liczyć się z zakupem dodatkowych biletów, na przykład na autobusy lotniskowe Flygbussarna - Skavsta leży około 100 kilometrów od Sztokholmu, bilet na Flygbussa w jedną stronę kosztuje 139 kr, a więc jakieś 60 zł - zdarza się więc nawet, że bilet na samolot może okazać się tańszy.

Zależnie od tego, jaki charakter ma mieć Wasz wyjazd, może okazać się, że lepszym wyborem będzie rejs - promy do Szwecji kursują ze Świnoujścia do Ystad (Unity Line, Polferries) lub Trelleborga (TT-Line), z Gdańska do Nynäshamn (Polferries) i z Gdyni do Karlskrony (Stena Line). To korzystne rozwiązanie dla tych, którzy chcą zwiedzać Szwecję własnym samochodem lub nie martwić się o limity bagażu. Ponadto, przewoźnicy oferują też pakiety wycieczkowe. Zresztą, rejs sam w sobie może okazać się niezłą atrakcją (mam tu na myśli dyskoteki, koncerty i innego rodzaju imprezy na pokładzie). Nam w planowaniu kilka razy pomogło to, że wybraliśmy rejs nocny - noc na promie nie kosztowała tyle co nocleg w Szwecji, a od razu po zejściu na ląd mogliśmy zacząć zwiedzanie.



Niezależnie od tego, czy będziecie się poruszać w powietrzu czy po wodzie, warto poświęcić trochę czasu na porównanie ofert i zapolowanie na oferty promocyjne. Na pewno słyszeliście o portalach internetowych, które Wam to ułatwiają, bo zbierają dla czytelników o promocjach i korzystnych tanich lotach. Operatorzy promów też mają swoje promocje - a to jeden dzień w tygodniu, kiedy rejsy są tańsze, a to kampanie promocyjne, a to dni otwarte, kiedy obowiązuje inny cennik. Dobrym pomysłem może być zapisanie się na newsletter przewoźników.

Zsynchronizujcie to jeszcze z Waszymi kalendarzami i w drogę!



2. Tanio z punktu A do punktu B


Tanie przemieszczanie się po Szwecji też udaje się tym, którzy połknęli bakcyla planowania. Opłaca się rezerwowanie biletów z wyprzedzeniem. Przygotowując wpis, sprawdzałam, ile kosztowałby bilet kolejowy drugiej klasy ze Sztokholmu do Umeå - teraz, w maju, za bilet kupowany z dnia na dzień zapłacilibyśmy ok. 825 kr, a bilety na sierpień są od 455 kr, a więc prawie dwa razy taniej. Cena zależy też od tego, czy chcemy mieć zapewnioną możliwość zmiany rezerwacji lub zwrotu pieniędzy w przypadki odwołania wyjazdu. Podróż autobusem często bywa tańsza niż pociągiem.





Korzystanie z komunikacji miejskiej może wyglądać różnie w zależności od miasta - w Sztokholmie najkorzystniejszy jest zakup karty SL. Ładuje się ją biletami okresowymi lub określoną kwotą, z której ściągana będzie opłata za pojedyncze podróże. W Göteborgu można za to kupować bilety bezpośrednio w autobusach lub tramwajach. Jeśli w jednym z większych miast spędzicie kilka dni, na pewno będzie się Wam opłacać kupienie biletów okresowych, np. ważnych przez 24 albo 72 godziny. Z komunikacji miejskiej możecie korzystać bezpłatnie, jeśli będziecie zwiedzać miasta z kartami turystycznych np. Göteborg City Card (automatycznie) czy Stockholm Pass (przy wyborze droższego wariantu Pass + Travel).

Moim ulubionym szwedzkim rozwiązaniem jest to, co na wakacje proponuje Skania - karta Jojo Sommar, ważna od 15 czerwca do 15 sierpnia i obejmująca podróże pociągami i autobusami na terenie całego regionu za jedyne 675 kr (tyle kosztuje bilet miesięczny na sam Göteborg). To zdecydowanie zachęca do zwiedzania!





3. Jak sobie zarezerwujesz, tak się wyśpisz


Na wielu blogach poświęconych podróżom znajdziecie pewnie relacje z objazdówek po Skandynawii z namiotem, informacje o allemansrätten (o tak zwanym prawie wszystkich ludzi), oraz o prawie jednej nocy, które pozwala poważnie oszczędzić na noclegach, bo można rozbić się w dowolnym miejscu na jedną noc (co nie do końca oznacza możliwość rozstawiania namiotu gdzie popadnie). Namioty, kampery i pola kempingowe to nie mój styl podróżowania, więc nic Wam w tej kwestii nie doradzę, ale mogę podpowiedzieć, że oprócz hoteli, hosteli czy B&B mogą Was zainteresować vandrarhem - schroniska młodzieżowe. Te szwedzkie, które miałam okazję odwiedzić, różniły się standardem od tych, które utkwiły mi w pamięci po szkolnych wycieczkach po Polsce w podstawówce. Jeśli zdecydujecie się na zarezerwowanie pokoju w takim obiekcie, pamiętajcie, że szwedzkie schroniska młodzieżowe STF honorują Legitymację Międzynarodową Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych (PTSM) / Hostelling International, dzięki której możecie zyskać od 10% zniżki na noclegi. Wyrobienie legitymacji kosztuje 45 zł (25 zł dla uczniów i studentów), ja do tej pory korzystałam z Międzynarodowej Legitymacji Studenckiej ISIC-PTSM, działającej na tych samych zasadach (kosz wyrobienia 39 zł, 89 zł w wersji z ubezpieczeniem).

Znacznie częściej Szwecję miałam okazję poznawać dzięki gospodarzom z serwisu Couchsurfing, swojego rodzaju portal społecznościowy, dzięki któremu można znaleźć użytkowników, udostępniających swoje mieszkania, pokoje lub czasem dosłownie kanapy. Od pewnego czasu, gdy o Couchsurfingu zrobiło się głośno, coraz więcej osób zaczęło traktować jego społeczność jako bezpłatne hotele, ale to przecież nie o to chodziło. Couchsurfing to okazja do spotkań, wymiany doświadczeń i umiejętności, warto to docenić - żaden książkowy przewodnik nie nauczył mnie o Szwecji tyle, co sami Szwedzi. Ale swoją drogą, Couchsurfing rzeczywiście ogólnie obniża koszt wycieczki.



4. Gdy zaburczy w brzuchu...

Na tańsze żywienie się za granicą jest kilka patentów. Po pierwsze, po studencku można zabierać ze sobą prowiant. To zresztą nie zawsze jest takie proste, kiedy obowiązują nas ograniczenia wagi bagażu, poza tym taki studencki sposób na wyjazd budzi sporo emocji (we wpisie na temat tego, co warto zabrać ze sobą na wycieczkę do Szwecji, ta kwestia była dość żywo komentowana). 
Po drugie, na zakupy lepiej wybierać się do sieci tańszych marketów: Lidla, Netto czy Willy:s zamiast takich jak Coop, ICA czy Hemköp. 
Po trzecie, jedzenie na mieście podczas wakacyjnego wyjazdu wcale nie musi nas doszczętnie zrujnować. Wiele szwedzkich restauracji ma w ofercie dagens rätt/dagens lunch, danie/lunch dnia, nazywane często po prostu dagens, serwowane w określonych godzinach (np. 11.00-15.00) specjalnej cenie, często około 90-100 kr (około 40 zł). W cenę zazwyczaj wliczony jest bar sałatkowy, pieczywo, zimny napój oraz kawa.

Kroppkakor - dagens rätt z restauracji w Kalmarze

Pytt i panna - dagens rätt w restauracji w Fjällbacce


Jak czwartek, to naleśniki - pannkakor med sylt och grädde w Lysekil

Jeśli chcecie spróbować czegoś typowo szwedzkiego (np. klopsów czy smażonego śledzia), poszukajcie hali targowej (saluhall) - tam będziecie mieć na to zdecydowanie większe szanse! Z moich doświadczeń wynika, że znalezienie lokalu serwującego domowe szwedzkie danie wymaga wcześniejszych poszukiwań w internecie, zasięgania języka u tubylców albo po prostu szczęścia. 






5. Tanie zwiedzanie


Zwiedzanie ciekawych obiektów też wcale nie musi oznaczać drastycznego uszczuplenia portfeli. Fakt, są takie atrakcje turystyczne, do których wstęp nie kosztuje grosze, ale są tego absolutnie warte - jak sztokholmski Skansen (180 SEK), Muzeum Statku Vasa (130 kr) czy Fotografiska (130 kr). Od niedawna za to postanowiono, by w osiemnastu państwowych muzeach (w tym w trzynastu znajdujących się w stolicy) obowiązywał darmowy wstęp. Dzięki temu można bezpłatnie zwiedzić na przykład Moderna museet (Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Współczesnej), Kungliga Myntkabinettet (Królewski Gabinet Monet), Forum för Levande Historia (Forum Żywej Historii) czy Stadsmuseet (Muzeum Miejskie) w Sztokholmie, a także Moderna museet w Malmö, Marinmusem (Muzeum Marynarki Wojennej) w Karlskronie, Världskulturmuseet (Muzeum Kultury Światowej) w Göteborgu.

Poza tym, niektóre muzea mają swojego rodzaju darmowe happy hours, jak na przykład warte uwagi Nordiska Museet (Muzeum Nordyjskie), które można zwiedzać bezpłatnie w środy 17:00-20:00. 



Wspominałam też o kartach turystycznych w Sztokholmie i Göteborgu - działają w ten sposób, że płaci się za nie raz (przykładowo, za wariant karty ważny 3 dni w Göteborgu  695 kr, w Sztokholmie 995 kr), a potem dzięki temu zyskuje wolny wstęp do wielu najważniejszych obiektów. Jestem wielką fanką tego typu rozwiązań, tym bardziej, że podczas krótkich wycieczek zazwyczaj i tak chcę zobaczyć jak najwięcej, a dzięki kartom nie trzeba z tego rezygnować w obawie o zasobność portfela. Poza tym, mogłam pozwolić sobie na turystyczne guilty pleasures, jak wycieczka autobusem typu hop-on, hop-off. W Göteborgu podobało mi się, że karta obejmowała też komunikację miejską, a więc i wyspy szkierowe południowego archipelagu.






6. Loppis na pamiątkę


Pamiątki potrafią być drogie. Za byle gadżety z motywem łosia, szwedzkiej flagi czy konika z Dalarny czasem przychodzi zapłacić wielokrotnie więcej niż są tego tak naprawdę warte.




 O tym, że czasem fajnie jest przywieźć ze Szwecji coś zupełnie innego niż produkty ze sklepów i stoisk z napisem souvenirer, pisałam Wam we wcześniejszym poście (KLIK!). Polecałam Wam wtedy rozglądanie się za szkłem, książkami, a przede wszystkim zwykłą wizytę do lokalnego marketu - bo kto powiedział, że pamiątki to tylko takie rzeczy, które można ustawić na kominku lub przyczepić do lodówki, a nie takie, które można zjeść lub wypić, najlepiej z przyjaciółmi?

Jeśli jednak lubicie pamiątki, które nie mają daty ważności, wybierzcie się na loppis, pchli targ. Lato to najlepszy sezon dla miłośników polowania na okazje. Są pchle targi na powietrzu, są takie na wielkich halach. Są takie profesjonalne, jak i mniejsze, rodzinne. I na pewno da się tam znaleźć skarby, mniej lub bardziej związane ze Szwecją, za które uda się zapłacić mniej niż w gdziekolwiek indziej! Więcej o loppisach przeczytacie w archiwalnych poście (KLIK!)


7. A na koniec...


Na zakończenie jedna ważna uwaga, która być może powinna znaleźć się na samym początku.

Nie dajmy się zwariować. Nie zafiksowujmy się tylko i wyłącznie na tym, by jak najmniej wydać, nie zajmujmy się tylko przeliczaniem cen na złotówki i ważeniem w dłoni każdej korony (no, raczej metaforycznie, bo jeśli pójdziecie śladem Szwedów, pewnie częściej przyda się Wam karta płatnicza). W ten sposób można sobie naprawdę zepsuć urlop, a jeśli jedziecie z kimś - doprowadzić do sprzeczek. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Dobre planowanie i wcześniejszy research mogą same w sobie okazać się kluczem do sukcesu, który jednocześnie pozwoli nam się w stu procentach cieszyć się z wyjazdu i przywieźć mnóstwo dobrych wspomnień.





Co Wy dodalibyście jeszcze do listy? A może macie zupełnie inne doświadczenia?
Podzielcie się nimi w komentarzach!

01 maja 2017

Chirurg buntownik

Po "Szwedzkiej teorii miłości", która wzbudziła wiele emocji wśród widzów w Szwecji oraz odbiła się szeroki echem także i w Polsce, Erik Gandini prezentuje swój nowy film, w którym wraca do jego ze swoich bohaterów. Tym razem bierze pod lupę nie tyle funkcjonowanie (czy raczej dysfunkcje) społeczeństwa, co działania jednego człowieka.

Erik Erichsen był jednym z bohaterów "Szwedzkiej teorii miłości" - chirurg, który po trzydziestu latach pracy w służbie zdrowia w Szwecji postanowił razem z żoną przenieść się do Etiopii. Z miejsca, gdzie jego zdaniem lekarzy zamiast niesienia pomocy bardziej zajmuje papierologia, trafia tam, gdzie zaledwie 3 lekarzy przypada na 100 000  mieszkańców (dla porównania w Szwecji tylu przypada na 380 pacjentów). Brak czasu, brak personelu, braki w sprzęcie medycznym - ale Erichsen i z tym potrafi sobie poradzić: przeprowadza operacje przy pomocy szprych rowerowych, spinek do włosów, plastikowych opasek zaciskowych i akcesoriów hydraulicznych (tę scenę możecie obejrzeć poniżej). 


zobacz fragment filmu tutaj: https://vimeo.com/210421174


Wątek Erika Erichsena ukazany w "Szwedzkiej teorii miłości" bardzo mnie wzburzył. Kilka scen, które pojawiły się w tamtym filmie, pojawiają się też w "Chirurgu rebeliancie", lecz tu mają inny cel. Wcześniej miały ukazywać kontrast między dwoma krajami, leżącymi na przeciwległych obszarach mapy wartości Ingleharta-Welzela i prowokować pytanie, gdzie panują lepsze relacje między ludźmi i gdzie ludzie są tak naprawdę szczęśliwsi (sam Erichsen twierdzi, że "mentalna niedola w Szwecji jest większa niż materialna niedola w Etiopii"). Teraz ocenie podlegają praktyki charyzmatycznego doktora. Choć po raz kolejny można odnieść wrażenie, w ocenie bardzo wyraźna jest perspektywa zachodniego świata.

Przedstawienie pracy Erichsena może jednocześnie imponować i przerażać. Zaskakuje kreatywnością w wykorzystywaniu codziennych przedmiotów w swojej praktyce medycznej. Z początku można kiwać głową z uznaniem, w jakim tempie specjalista od chirurgii ortopedycznej stawia różnorodne diagnozy, uśmiechając się przy tym dumnie do kamery. Można go podziwiać, gdy Gandini pokazuje tych, którym Erichsen pomógł, w zdjęciach "przed" i "po", niczym w reklamie fundacji, która ma zachęcać do przekazywania darowizn. Ale szybko pojawiają się też wątpliwości, na ile działania Erichsena są słuszne. Na ile w medycynie rzeczywiście można uczyć się z książek i improwizować, jak podczas gotowania. Na ile to, co robi, nie jest wręcz zabawą w Boga. Czy Erichsen rzeczywiście ratuje życie, czy po prostu znalazł się w raju dla chirurgów, gdzie poza regulacjami i z dala od znienawidzonej biurokracji może pozwolić sobie na eksperymenty z krojeniem, odcinaniem, otwieraniem i zszywaniem ludzi? Sam przyznaje zresztą Gandiniemu, że nie został chirurgiem po to, by siedzieć przed komputerem, a gdyby w Szwecji leczył w ten sam sposób jak w Etiopii, pewnie odebrano by mu prawo do wykonywania zawodu albo nawet musiałby pójść do więzienia.

Do Gandiniego można mieć trochę żal, że choć prowokuje widzów do zadawania sobie pytań, to sam w swoim sposobie przedstawiania tematu nie jest wystarczająco obiektywny. Zabrakło mi wyraźniejszego pokazania, że Erichsen odnosi nie tylko zwycięstwa. Jedno prowokacyjne pytanie o odpowiedzialność, które wprawiło lekarza w zakłopotanie, to moim zdaniem za mało.

Główny bohater filmu w moich oczach nie jest buntownikiem. Ma w sobie za to coś z szaleńca. I gwiazdora. Po dziesięciu latach bohaterskiej pracy w Afryce wraca do Szwecji - w filmie nie pada, z jakiej przyczyny, ale w szwedzkiej prasie znalazłam informację, że zwyczajnie wszedł w wiek emerytalny i Kościół Szwedzki, dla którego pracował w Etiopii, nie mógł go już dłużej zatrudniać. Tam nie może się jednak odnaleźć w życiu zawodowym i musi znaleźć sobie nową dziedzinę, w której będzie mógł się spełniać.

Choć "Chirurg rebeliant" w ogóle nie opowiada o Szwecji, w słowach samego lekarza pobrzmiewa jednak echo diagnoz społeczeństwa ze "Szwedzkiej teorii miłości" - mówi, że w Etiopii łatwiej jest pomagać niż w Szwecji, a prawdziwymi bohaterami są ci, którzy w Szwecji zostają. Bo w Szwecji ludzie mają wszystko, a i tak nie czują się dobrze.



Chirurg rebeliant (szw. Rebellkirurgen)
Szwecja 2017
Scenariusz i reżyseria: Erik Gandini




“Chirurg rebeliant” weźmie udział w międzynarodowym konkursie dokumentalnym 57. Krakowskiego Festiwalu Filmowego, który odbędzie się w dniach 28 maja - 4 czerwca 2017. To jedno z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych wydarzeń poświęconych filmom dokumentalnym, animowanym oraz krótkim fabułom. W ciągu 8 festiwalowych dni widzowie mają okazję obejrzeć w 4 konkursach i sekcjach pozakonkursowych około 250 filmów z Polski i z całego świata, w większości pokazywanych w naszym kraju po raz pierwszy.





Chcecie zobaczyć ten film w ramach Festiwalu? Już niedługo dam Wam szansę zdobycie podwójnych wejściówek na pokazy w Krakowie: 29.05 o 13.30 w Kinie Pod Baranami oraz 31.05 w kinie ARS o 19.00. 
Śledźcie uważnie fanpage Szwecjobloga na Facebooku!