29 października 2014

Haga w Göteborgu


To nie pomyłka. Haga to nie tylko miasto w Holandii, ale też dzielnica Göteborga. Jej nazwa nie ma jednak nic wspólnego z holenderską Den Haag, pochodzi od szwedzkiego słowa hagar (raczej jego dialektalnej formy haga), oznaczającego łąki - kiedyś porastały one tereny dzisiejszej Hagi.

Historia dzielnicy sięga roku 1648, kiedy królowa Krystyna zadecydowała o powstaniu pierwszego göteborskiego przedmieścia. Zaczęto tu budować z początku drewniane domy, a kilka wieków później tak zwane landshövdingehus - "domy wojewody", typowe dla zabudowy Göteborga, które swoją nazwę zawdzięczają ówczesnym regulacjom prawnym, dotyczącym wznoszenia domów. Otóż, w XIX w. zgodnie z prawem domy z drewna mogły mieć maksymalnie dwie kondygnacje - taka zabudowa miała zapobiegać pożarom. Oczywiście, zaczęto próbować obejść ten przepis i stawiać domy, których pierwsza kondygnacja była ceglana, a dwie kolejne drewniane. Takie rozwiązanie wspierał ówczesny wojewoda.
Dzielnicę poddano gruntownej przebudowie i renowacji w latach 80., ale w większości zachowano jej stary styl, który odróżnia tę okolicę od innych miejsc w Göteborgu.





Nam ta okolica niezwykle przypadła do gustu. Urzekł nas jej klimat, taki trochę jakby z innej bajki. Często specjalnie tak planowaliśmy trasy naszych spacerów, by w drodze tam lub z powrotem przejść przez ulice Hagi, za punkt orientacyjny mając siedemnastowieczną redutę Skansen Kronan. 

W broszurach dzielnica reklamowana jest angielskim hasłem "Cosy shopping & fika since 1648" i nazywana jest "małym miasteczkiem w mieście". I rzeczywiście, coś w tym jest. Haga to naprawdę niemal tylko kawiarnie i sklepiki z antykami, pamiątkami, zabawkami, ręcznie produkowanymi mydłami i tym podobnymi towarami. Życie tutaj toczy się trochę innym rytmem. Widać to szczególnie późnym wieczorem - gdy sklepy i większość kawiarni się zamyka, Haga jakby się wyludniała. Zdecydowanie ożywa jednak, gdy organizowane są tu uliczne pchle targi - loppis, które też mają swoją specyficzną atmosferę, bo sprzedający lubią sobie też po prostu pogadać. 



 


Jeśli będziecie w Göteborgu i przyjdzie Wam ochota na spacer uroczymi uliczkami, chcielibyście wyskoczyć na fikę w ciekawym miejscu albo kupić oryginalne pamiątki - Haga jest dla Was. Co więcej - tylko tam widzieliśmy tak wielkie bułeczki cynamonowe.


Źródła:
zdjęcia z własnego archiwum




Follow on Bloglovin

25 października 2014

Jak w Szwecji mówi się o śmierci?

Nie mogę uwierzyć, jak szybko minął miesiąc od ostatniej edycji cyklu "W 80 blogów dookoła świata", kiedy pisaliśmy o tym, jak opanowany przez nas język obcy wpłynął na nasze postrzeganie świata. Siódma już edycja cyklu przypada na koniec października, dlatego powoli wchodzimy już w nostalgiczne tematy towarzyszące pierwszym listopadowym dniom. Tym razem zadaliśmy sobie pytanie:

Jak w kraju X upamiętnia się zmarłych?



Ja postanowiłam podejść do tematu od bardziej językowej (i chyba mimo wszystko trochę luźniejszej) strony i odpowiedzieć na pytanie: Jak w Szwecji mówi się o śmierci? - przedstawiając trzy moim zdaniem najciekawsze, najbardziej zaskakujące idiomy, które znaczą to samo, co 'umierać' (szw. att dö).

Skąd tak wiele jest w językach synonimów do słowa 'umierać'? Bo śmierć to tabu. O tym bano się mówić wprost, żeby nie przywołać złego - to tak samo jak z Sami-Wiecie-Kim w książkach o Harrym Potterze. Inne zwroty miały ułatwić mówienie o śmierci, w pewien sposób zbagatelizować problem, żeby łatwiej było pogodzić się ze stratą.

Kilka szwedzkich zwrotów wydaje się podobnych do tego, co możemy usłyszeć w języku polskim, od raczej formalnego dra sista sucken, które może odpowiadać polskiemu 'wydać ostatnie tchnienie' po potoczne bita i gräset (dosł. gryźć trawę), które kojarzy się z polskim 'gryźć ziemię'.

Wiele natomiast od razu zwraca na siebie uwagę. Choć w wielu przypadkach są to bardzo obrazowe metafory, to jednak czasem nie zawsze było mi łatwo znaleźć informację, skąd wzięło się takie a nie inne powiedzenie.

Zacznijmy od śmierci jako nietypowej przeprowadzki:


att flytta till en etta med grästak



znaczy dosłownie 'wyprowadzić się do kawalerki z dachem z trawy'. Bardzo obrazowo, prawda? A mając dach z trawy można od razu 'wąchać kwiatki od spodu'.




Idźmy dalej - czy śmierć może mieć coś wspólnego z modą? Wydaje się, że tak:


att ikläda sig träfracken


to 'założyć na siebie drewniany frak'. Jeśli nie macie pomysłu na przebranie na Halloween, to może to wyrażenie Was jakoś zainspiruje.

źródło


A co powiecie na dość chłodne obrazowe potraktowanie życia jako własnego biznesu?


ta ner skylten

znaczy mianowicie: 'zdjąć szyld'. Tym razem ostatecznie.



źródło





Źródła:

____________________________________


Wpisy z poprzednich pięciu edycji cyklu znajdziecie tutaj. Jeśli też prowadzisz bloga językowego lub kulturowego i masz ochotę dołączyć do naszej grupy i być na bieżąco z naszymi wpisami, wyślij wiadomość na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com lub zajrzyj do grupy na Facebooku: W 80 blogów dookoła świata - blogi o językach, kulturze i podróżach.


A oto wpisy blogujących o innych krajach:

Francja:
Francais-mon-amour - Sprawa życia i śmierci
Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim : Dzień Wszystkich Świętych we Francji
Love For France - Wszystkich Świętych na paryskim Père-Lachaise 


Holandia:
Język holenderski - pół żartem, pół serio - Jak w Holandii upamiętnia się zmarłych

Niemcy:
Willkommen in Polschland - Niemieckie cmentarze
Blog o języku niemieckim - Słownictwo związane z przemijaniem
Niemiecka Sofa - Jak w Niemczech upamiętnia się zmarłych?

Norwegia:
Pat i Norway - Jak w Norwegii upamiętnia się zmarłych?

Rosja:
Rosyjskie śniadanie - Jak w Rosji upamiętnia się zmarłych?

Szwajcaria:
Szwajcaria moimi oczami - Znani pochowani w Szwajcarii
Szwajcarskie BlaBliBlu - W Szwajcarii jest niezwykle nawet po śmierci
 
Wielka Brytania: 
English-nook - Przemijanie po angielsku
english-at-tea - Dzień Wszystkich Świętych w Anglii


Wietnam: 
Wietnam.info - Jak w Wietnamie upamiętnia się zmarłych?





Follow on Bloglovin

22 października 2014

Uwaga! Pijane łosie!

Jesień to pora roku, kiedy w szwedzkich wiadomościach wyjątkowo często  pojawiają się doniesienia o... pijanych łosiach.

źródło

Chyba każdy Szwed zna jakąś anegdotę o królach lasu na rauszu. Sama czytałam o kilku takich przypadkach, kiedy łosie na kacu spały w szkolnych ogródkach, strasząc dzieci i utrudniając im dotarcie do budynku lub takich, kiedy odurzone zwierzęta wałęsały się po drogach, nie zwracając uwagi na samochody. Głośno było też o pewnym łosiu, który tak buszował po przydomowym placu zabaw, że zaplątał się porożem w łańcuchy huśtawki i zabrał ją ze sobą do lasu - wystarczyło, że pociągnął ją kilkaset metrów za sobą. Prawdziwą "gwiazdą" mediów w tylko w Szwecji, ale na całym świecie, stała się łosza spod Göteborga, dla której "impreza" skończyła się na drzewie...

źródło

Jak łosie miałyby doprowadzać się do "stanu wskazującego"? Chodzi o zgniłe, sfermentowane jabłka, których jesienią nie brakuje. Głodne zwierzęta ucztują pod jabłonkami, a potem uderza im do głowy, więc mają trudności z chodzeniem, błędny wzrok, potrafią też być agresywne. Takie w każdym razie jest ogólnie przyjęte wytłumaczenie.

Ostatnio jednak tą kwestią zajęli się też naukowcy. Większość z nich wątpi w taką alkoholową teorię. Uważają, że taki łoś musiałby zjeść ogromne mnóstwo jabłek, a to po prostu my, ludzie, mamy tendencję do antropomorfizacji, nadawania zwierzętom ludzkich cech i zbytniego porównywania ich zachowania do tego, jak sami się zachowujemy. 

źródło

Agresywne zachowanie łosi naukowcy tłumaczą raczej tym, że chcą po prostu chronić jabłkowej spiżarni, jaką sobie znalazły. To w tym obronnym amoku potrafią wpaść na drzewa czy zaplątać się w huśtawki. Pijane łosie ich zdaniem są takim samym faktoidem jak naćpane misie koala.

Dziennikarze Dagens Nyheter przeprowadzili własne "śledztwo" i własne obliczenia, które opracowali po konsultacjach z ekspertami z branży - producentami cydrów. Oto tok ich rozumowania:


"Dorosły mężczyzna, ważący 80 kilo, najprawdopodobniej przekroczyłby granicę 0,2 promili,
gdyby wlał w siebie dwie duże puszki mocnego piwa o zawartości alkoholu 4,5 procent - albo 45 mililitrów alkoholu.

Całkiem spore jabłko wydziela około 0,8 decylitra soku, gdy pałaszuje je łoś. 
Licząc, [że mocno sfermentowane jabłko ma zawartośc alkoholu] 6 procent, jedno jabłko zawiera 4,8 mililitra alkoholu.

Dorosłemu człowiekowi, ważącemu 80 kilo, wystarczyłoby w takim razie dziewięć perfekcyjnie sfermentowanych jabłek 
(i kilka gryzów dziesiątego), żeby nie mógł prowadzić. 
W przypadku łosia o wadze 400 kilo odpowiada do około 47 jabłkom."
Niektórzy z naukowcy, który jednak wierzą w pijaństwo łosi zastanawiają się natomiast nad czymś innym. Na ile wprowadzanie się w stan odurzenia poprzez jedzenie sfermentowanych owoców to przypadek, wynikający z desperackiego poszukiwania pożywienia, a na ile bardziej świadomy wybór jesiennego menu?

Jak najłatwiej byłoby rozstrzygnąć spór w kwestii domniemanego upojenia alkoholowego szwedzkich królów lasu? Pewnie tak, jak sprawdza się trzeźwość kierowców - kazać łosiom dmuchnąć w alkomat lub zaprosić je na badanie krwi ;)


Źródła:



Follow on Bloglovin

17 października 2014

"Ostatnia wola Sonji" czyli dobra wróżka dla pań w średnim wieku

Jak to dobrze, że nie wszystkie szwedzkie książki, które pojawiają się dziś na półkach księgarni, to kryminały różnej maści! Kolorowa, wakacyjna okładka i opis Ostatniej woli Sonji Åsy Hellberg wydają się wnosić wiele świeżości: no bo która z nas nie marzyłaby o tym, żeby na swojej drodze spotkać dobrą wróżkę, która sprawi, że zaczniemy się szczerze uśmiechać w lustrze, a do tego jeszcze wyśle nas w podróż po Europie?


Coś takiego przydarza się właśnie trzem głównym bohaterkom powieści. Susanne, Rebecka i Maggan zaskakuje nagła śmierć ich długoletniej przyjaciółki Sonji. Ale to nie jedyne zaskoczenie. Równie niespodziewany okazuje się skrzętnie przygotowany testament. Okazuje się, że Sonja była niesamowicie bogata, a teraz jest gotowa przekazać wielomiliardowy spadek trójce przyjaciółek. Ale nie od razu. Najpierw muszą spełnić jej warunki i odmienić swoje życie. Na początek zrezygnować ze swojego dotychczasowego zajęcia. A później zmierzyć się z zadaniem, które przygotowała dla nich w trzech różnych miejscach w Europie. 

Susanne, która do tej pory pracowała jako stewardessa, ma teraz zająć się prowadzeniem hotelu w Londynie. Rebecka, ma zrezygnować z posady dyrektor naczelnej dużego przedsiębiorstwa, by jak się później okaże - zająć się urządzaniem domu na Majorce. Maggan, nieaktywna zawodowo od czasu wypadku, ma odpuścić sobie zajmowanie się wnukiem i wyruszyć do Francji i zająć się restauracją w Paryżu. Na swoje nowe życie mają do dyspozycji na początek pięćset tysięcy koron. Okazuje się jednak, że Sonja zadbała nie tylko o finanse swoich przyjaciółek, ale też o ich serca...

Fabuła ma nieco hollywoodzki charakter, uważam, że to świetny materiał na film. Historia wydaje się niewiarygodna i mocno naciągana, ale tak właściwie nie o to tu chodzi. Autorka, z zawodu trener i terapeutka, przekonuje w takiej nieco przerysowanej, nieco bajkowej formie, że z życia po pięćdziesiątce można czerpać garściami. I to tak naprawdę nawet bez tych milionów ze spadku. Bo dla bohaterek najtrudniejsze było przekonać się do własnej wartości, pożegnać się ze swoimi rutynami i dawnym myśleniem, otworzyć umysł, serce i... odkryć nawet swoje ciało na nowo. A czytelniczki przy okazji mogą pośmiać się z komedii pomyłek czy wyruszyć w podróż jeśli nie palcem po mapie, to chociaż palcem po stronach książki.

Ostatnia wola Sonji była dla mnie czytadełkiem na jeden długi, przyjemny wieczór. Nawet jeśli wydaje się Wam, że to nie do Was skierowana jest ta powieść, to spróbujcie polecić Waszym ją mamom czy ciociom. Im pewnie się spodoba.


A przy okazji: SZYBKI KONKURS na Facebooku:

Post użytkownika Szwecjoblog.





Serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego wraz z pocztówkami-niespodzianką, które pozwoliły jeszcze głębiej przenieść się w świat bohaterek Åsy Hellberg.




Åsa Hellberg Ostatnia wola Sonji
tłum. Dominika Górecka
wyd. Czwarta Strona 2014



Follow on Bloglovin

13 października 2014

O Szwecji z Waszej perspektywy: przyroda, ludzie i moda


Zuza i Adam to moja absolutnie ulubiona para blogosfery. Jakiś czas temu poprosiłam Zuzę o kilka słów wrażeń ze swojej podróży do Szwecji. Przysłowiowe "kilka słów" urosło do całkiem obszernego tekstu o samej wycieczce, o szwedzkiej naturze, spotkaniach z ludźmi i obserwacjach na temat mody. 

Mały świat Zuzy, ich cztery kąty, osiem kocich łap, kilka wieszaków z ubraniami, parę kartek z podróży, znajdziecie na jej blogu, ale możecie też śledzić na fanpage'u na Facebooku czy Instagramie.




Szwecja...


Na samo wspomnienie uśmiecham się i marzę, by choć na chwilę móc się tam znaleźć ponownie. Najlepiej od razu na jednej ze skał w Skärhamn, z cynamonowym ciastkiem w dłoni i ciepłym pledem w drugiej.

Taki wyjazd na długo pozostaje w pamięci i sercu. Obraz kolorowych domków, dzikiej natury zachwyca i koi. Bo jeśli się szuka spokoju i wyciszenia, Szwecja jest idealna. Zrozumie mnie każdy, kto stroni od obleganych turystycznie miejsc i boi się tłumów turystów. 



Nasza zeszłoroczna wyprawa do Szwecji była w tajemnicy zaplanowana przez Adama. Do końca nie wiedziałam, gdzie się udajemy, a właściwie przekonałam się o tym dopiero w momencie wjazdu na prom w Świnoujściu. Nie śniło mi się nawet, że do tego dojdzie. Skrycie marzyłam o takiej wyprawie, ale zawsze wydawała mi się jakaś odległa i niemożliwa do spełnienia.

Taki kierunek na wakacje może wiele osób zaskoczyć. Nie jest u nas w kraju zbyt popularny i niestety, do najtańszych nie należy. Oczywiście jeśli się tylko chce, można poradzić sobie i w takiej sytuacji, a przespanie kilku nocy "pod gołym niebem" jest niewielka ceną za najlepsze wakacje w życiu.
 

Podczas naszej podróży, zwiedziliśmy m.in. Ystad, Lund, Göteborg, Malmö, Helsingborg, Karlskronę, Kalmar, Olandię i Sztokholm, który najmniej nam się podobał. W drodze zatrzymywaliśmy się chętnie w wielu małych miejscowościach, bo bardziej ciągnęły nas małe miasteczka i wsie niż większe miasta, choć i im trudno odmówić uroku i jakiejś takiej przytulności. Zwłaszcza Göteborg zrobił na nas ogromne wrażenie i czuję, ze mogłabym tam nawet zamieszkać…

Szwecję zwiedzaliśmy naszym autem, spaliśmy albo na polach biwakowych, albo w samochodzie. Tylko w Lund spędziliśmy 2 noce u mieszkających tam Polaków.

Ta wyprawa odmieniła nasze spojrzenie na świat, na życie  i modę.




 

To, co bardzo podobało nam się w Szwecji, to porządek i zdyscyplinowanie. Czyste pobocza i drogi, wiele miejsc do segregacji śmieci, kultura na drodze, na polach biwakowych cisza i spokój. No i ta estetyka... Wiesz, urocze jest to, że oni nawet na kempingach starają się ładnie urządzać otoczenie. Wieszają więc przed namiotami kwiaty, ustawiają stoliczki z roślinami, by poczuć się jak u siebie w domu. I wcale nie gardzą biwakowaniem, myślę, że cenią taki kontakt z przyrodą i "dzikie" wakacje bardziej niż my. Po zajeżdżających na kempingi autach można było przypuszczać, ze są to bardzo zamożni ludzie i biwakują z własnej woli i z przyjemności, a nie z przymusu.



Muszę przyznać, że dziwnie się czuliśmy na kempingach, gdy o godzinie 22 wszyscy udawali się do swoich namiotów czy kamperów i odpoczywali. Nie było hałasów, popijaw, czy awantur. Nikt nikomu się do niczego nie wtrącał, nie zaczepiał choćby na pogawędkę. Było to cudowne i bardzo nam odpowiadało.  Można powiedzieć, że po tych 2 tygodniach, marzyłam wręcz, by jakiś Szwed sam z siebie zapytał mnie o pogodę czy zagaił o kierunek podróży. Na to nie było szans. Owszem, są bardzo uprzejmi, pomocni, ale wolą trzymać dystans.
To, co strasznie nam się spodobało i także zainspirowało nas, to stawianie dużego nacisku na aktywność fizyczną. Niezależnie od wieku, Szwedzi dużo biegają i jeżdżą na rowerze. Na każdym kroku widać dbałość o zdrowie, kondycję i jest to naprawdę godne podziwu. To m.in. zmotywowało nas do biegania i już wiemy, czemu Szwedzi tak cenią i lubią ten sport :)



Na blogu często piszę też o wystroju wnętrz, o własnej walce o ładne mieszkanie, a Szwecja inspiruje pod tym względem niesamowicie. Po powrocie z wakacji marzyłam, by zbudować własny drewniany domek i pomalować go na czerwono lub żółto, nawet jeśli miałaby to być tylko buda dla psa ;) Cóż, ten klimat po prostu zaraża. Wydaj mi się, że Szwedzi odczarowują w ten sposób szarość i burość dni, których w roku mają wiele i widok kolorowych domków niczym z bajki musi poprawiać im nastrój. Jest to na pewno ładne i urocze. 

Wyobrażam sobie, że wnętrza takich domków też są bardzo interesujące. Czyżby szwedzki dobry gust był w pewnym sensie ich dobrem narodowym? ;) I czy oni mają to po prostu już w genach? ;) Myślę, że w tej dziedzinie mają po prostu łatwiej. Nawet w malutkich miejscowościach znajdziemy przynajmniej kilka sklepów z drobiazgami, drewnianymi konikami i innymi typowo szwedzkimi elementami. Daleko szukać tandety w takich miejscach, a dostęp do ładnych i gustownych dodatków jest bardzo prosty. W Polsce trzeba sporo się nachodzić, żeby wyszukać gustowne dodatki do domu. W Szwecji, masz receptę na ładny dom - wchodzisz do takiego sklepu, kupujesz co ci wpadnie w oko i wychodzisz. I tyle. Im mniej tym lepiej. Myślę, ze wielu z nas mogłoby się tej zasady wyuczyć i z uporem, wcielać w życie, bo w wielu dziedzinach jest niemal kluczowa.





Z modowego punktu widzenia, czuliśmy się w Szwecji początkowo nieco rozczarowani. Na szwedzkich blogach street stylowych pełno jest niesamowicie inspirujących ludzi, ale na szwedzkiej ulicy ciężko znaleźć kogoś, kto się czymkolwiek wyróżnia. Szwedzi preferują raczej luźny i swobodny styl. Lubią wyglądać dobrze i starannie, inwestują w dobre jakościowo ubrania, często firmowe. Przy tym jednak, widać że głównie zależy im na komforcie. Ulubionym obuwiem modnych Szwedów są trampki czy adidasy. Nawet na imprezy dziewczyny wybierają wygodne płaskie obuwie i naprawdę nie widać tam niebotycznych szpilek, w których nie można przejść 5 metrów bez wsparcia męskiego ramienia. Jeśli chodzi o dodatki, to też dobierane są oszczędnie - wystarczy modny zegarek, okulary przeciwsłoneczne czy apaszka. Ulubione torebki są pojemne i firmowe - często przewijają się modele od Micheala Korsa czy LV.

W ubraniach rządzi raczej kolorystyka stonowana, szarości, beże i nieśmiertelna biel i czerń.

Mężczyźni noszą brody i jest to trend, który mi osobiście bardzo się podoba.

Nie zauważyłam też na ulicach wyzywającego makijażu u kobiet, wszystko jest stonowane i jak najbardziej naturalne.

Szczerze przyznam, ze zakochałam się w tym stylu, tym luzie i naturalności. Zrozumiałam przy tym też trochę, że nie trzeba krzyczeć swoim strojem, by wyglądać modnie. Wygodne i dobre jakościowo ubrania potrafią być bardzo stylowe, a czując się w nich tak komfortowo, jesteśmy pewniejsi siebie :)

Dla osób pasjonujących się modą, będących na wakacjach w Szwecji, przyjemnością będzie wizyta w popularnych szwedzkich sklepach. Mimo, że nie kupiłam sobie nic w salonie Acne, nie wyobrażam sobie, żebym nie mogła tam chociaż na chwilę zajrzeć. To kultowa wręcz marka, a jeansy tej firmy są jednymi z najlepszych na świecie. Ciekawe ubrania, ale niestety w dość wysokich cenach, proponuje także Whyred.

Czasami dobrze jest odwiedzić outlety, bo można wyszperać interesujące ubrania. W Szwecji, na każdym rogu ulicy znajdziemy też  popularne h&m, Cheap Monday czy Monki. Warto wybrać się na wyprzedaż do COSa, gdzie znajdziesz lepsze jakościowo ubrania w już przystępniejszej cenie. 

 



Domyślam się, ze moja wypowiedź na temat wyjazdu do Szwecji to tylko liczne ochy i achy, ale co mam poradzić, nie widzę praktycznie żadnych minusów. Poza małym kryzysem, podczas którego zaczęła mi doskwierać samotność, nie widzę wad tego wyjazdu ;) Jestem zakochana w Szwecji i wszystko mi się tam podobało. Nie będę nawet narzekać na ceny, bo patrząc na tamtejsze zarobki, to ceny są dla mieszkańców wręcz korzystniejsze niż nasze dla nas w kraju. Trzeba to przyznać, Szwedom po prostu żyje się lepiej i łatwiej. I tego można im zazdrościć.





Follow on Bloglovin

08 października 2014

ROZDANIE SeeHome i Szwecjobloga - WYNIKI

Pamiętacie sierpniowy gościnny wpis Ewy z SeeHome na Szwecjoblogu? Pisała tam między innymi o konikach z Dalarny:

Legenda głosi, że drwale w swoich chatach na wyrębie z dala od rodzin, w długie jesienno-zimowe wieczory strugali dla swoich dzieci zabawki w formie konika. Po powrocie do domu wręczali je dzieciom, aby te strzegły je przed złymi duchami.


W swojej pracowni Ewa tworzy minimalistyczne wersje legendarnych koni. Jeden z nich, w eleganckim, szarym kolorze, był do zdobycia w naszym rozdaniu. Jeszcze nie wiemy, czy strzeże przed złymi duchami jak jego pierwowzór z Dalarny, ale w postaci breloka na pewno może ochronić drobiazgi przed zgubieniem lub po prostu być uroczą ozdobą - na przykład kosmetyczki, również wykonanej przez Ewę i również do zdobycia w rozdaniu.






W kolejce po zestaw szarych gadżetów ustawiło się około 150 osób!

A konika i kosmetyczkę otrzymuje...




Serdecznie gratulujemy, skontaktuj się z nami i podaj adres do wysyłki nagrody.


Wszystkim uczestnikom serdecznie dziękujemy za wspólną zabawę, za każdy komentarz i każde miłe słowo!

Podobały się Wam nagrody? Zajrzyjcie koniecznie do butiku SeeHome na DaWandzie, znajdziecie tam wiele innych pięknych artykułów dekoracyjnych z drewna i nie tylko. Koniki też tam na Was czekają!