26 sierpnia 2016

Po sąsiedzku: Oslo [zdjęcia]

Na Szwecjoblogu pojawił się już "sąsiedzki" wpis o Kopenhadze i Helsinkach, przyszła też pora na kolejną północną stolicę: Oslo. Na wycieczkę do Norwegii wybrałyśmy się z przyjaciółką bez większych oczekiwań i tym razem bez parcia na zaliczanie jak największej liczby atrakcji turystycznych.



O ile Sztokholm po jednodniowym spacerze zapamiętałam jako trochę snobistyczny, Kopenhagę jako bardzo hipsterską, Helsiniki jako nieco senne, tak do Oslo trudno mi przyporządkować jakiś przymiotnik. Norweska stolica przede wszystkim nie stwarzała od razu wrażenia największego miasta kraju - ten nastrój pojawiał się dopiero w miejscach, w których roiło się od zwiedzających. Nie znaczy to, że miasto jest nudne, ale jak dla mnie, Oslo mogłaby śmiało być miastem dla trzydniowych turystów: jeden dzień na beztroskie spacerowanie (patrz: my), drugi na zwiedzanie muzeów i innych atrakcji (Munch! Ibsen! Łodzie wikingów! Skocznia Holmenkollen! Statek polarny Fram! Centrum Pokojowe Nobla!) i trzeci na wycieczkę na wyspy. Kolejność dowolna. Numery 2 i 3 to dla mnie powód, żeby jeszcze kiedyś tu zajrzeć. A póki co, zabieram Was na spacer!


Katedra w Oslo - to tu odbywały się śluby rodziny królewskiej


Trolle - obowiązkowy motyw większości pamiątek z Norwegii


Karl Johans gate, główna ulica Oslo


Dziewiętnastowieczny budynek norweskiego parlamentu (Stortinget)




Teatr Narodowy


Ratusz, którego wnętrza nas absolutnie zachwyciły




To tu, w budynku ratusza, wręczana jest pokojowa nagroda Nobla




Portrety królewskie w ratuszowej sali bankietowej 


Widok na Oslofjorden


Budynek uniwersytetu


Pałac Królewski




wartownik Gwardii Królewskiej




Kiedy sprawdzałam, czy dobrze zapamiętałam poszczególne nazwy poszczególnych etapów naszego spaceru, doczytałam na Wikipedii, że:

XIX wieku, w czasie gdy Norwegia związana była z unią ze Szwecją, powstało w Christianii wiele budynków użyteczności publicznej. Cztery z nich — w tym budynki uniwersyteckie – umiejscowione są na planie krzyża na dwóch osiach. Naprzeciwko siebie na dłuższej osi leżą budynek Pałacu Królewskiego (Det kongelige slottet) i Paralmentu (Stortinget), zaś na krótszej — kompleks uniwersytecki naprzeciwko Teatru Narodowego (Nationaltheateret). W ten sposób tworzą się dwie opozycje: władza królewska — władza ustawodawcza oraz nauka — kultura.
Nie wiem, na ile taka interpretacja umiejscowienia budynków jest wiarygodna, ale bardzo mi się podoba!







W oddali - skocznia


Oczywiście dotarłyśmy też do Parku Vigelanda, będącego częścią Frognerparken. Dlaczego piszę o oczywistości? Bo to miejsce co roku przyciąga ponad milion turystów! Jedni się nim zachwycają, innym wydaje się kontrowersyjne. Mnie: niesamowicie fascynujące. Wszystko przez dzieła artysty Gustava Vigelanda (i jego pracowników): znajduje się tu ponad dwieście rzeźb, przedstawiających łącznie ponad 600 postaci, niektóre w naprawdę dziwacznych pozach i trudnych do zinterpretowania scenach. My dopatrywałyśmy się w nich metafor życiowego cyklu, choć miałyśmy wrażenie, że ktoś tu chyba z tego całego tego cyklu nie za bardzo przepadał za dzieciństwem...















W Oslo koniecznie trzeba też zobaczyć bardzo ciekawy architektonicznie gmach opery i koniecznie, jak setki innych turystów, przespacerować się po jej dachu. Z góry warto przyjrzeć się budynkom kompleksu biurowego Barcode (nazwa wzięła się podobno stąd, że biało-czarne fasady przypominają kod kreskowy).











Wnętrze opery

22 sierpnia 2016

"Korponinja" vs. korposzczury [recenzja]

Korposzczury: siedzą na ołpenspejsie, czalendżują i próbują zdążyć przed dedlajnami. Pogrążają się w monotonii i zawodowym wypaleniu. Czy nie tak często przedstawiani są pracownicy nowoczesnych przedsiębiorstw? Z podobnymi problemami mierzy się także bohater powieści Korponinja Larsa Berge. 


Jens Jansen jest brand managerem w średnim przedsiębiorstwie. Niby niczego mu nie brakuje, ale czuje się zupełnie wypalony, stracił zainteresowanie pracą, awansem, pieniędzmi, życiem intymnym i życiem w ogóle. Ogarnia go apatia i brak mu inicjatywy. Ale nie chodzi o to, że całkiem nie chce mu się żyć. Po prostu nie chce brać udziału w tym, co dzieje się dookoła. Postanawia zatem zniknąć. I wbrew pozorom, najbardziej racjonalne wydaje mu się, by schować się przed światem... w firmie, w której pracuje. Z czasem zamienia się w korponinję, w cień, przemykający się po korytarzach biurowców, obserwujący swoich kolegów i przełożonych z ukrycia. I właściwie trochę przez przypadek staje się przedstawicielem przedziwnego ruchu oporu...

Lars Berge z mistrzowską precyzją opisuje biurowy krajobraz tak, że czytelnik bardzo łatwo odnajdzie się wśród boksów z biurkami, dystrybutorów wody, flipchartów i morza karteczek samoprzylepnych, gdzie w tle rozbrzmiewa symfonia (kakofonia?) dźwięków logowania sytemu Windows, szmerów drukarek i rozmów telefonicznych. Autor kapitalnie żongluje sloganami reklamowymi (np. Because you’re worth it L'Oréala, Guaranteed to keep you dry Gore-Texu czy Impossible is nothing Adidasa), które w zaskakujący sposób zwięźle podsumowują kolejne rozdziały i pokpiwa z cytatów z poradników, powtarzanych tu jak coachingowe mantry. 

Ta powieść dla mnie była trochę jak różnych gatunków: jest tu i nuta społeczno-obyczajowa (relacje między bohaterami), i przygodowa (planowanie zdobywania pożywienia zamienia biurowiec w dziką dżunglę), jest posmak jakże popularnej powieści kryminalnej (bo ktoś będzie jednak próbował rozwiązać zagadkę zniknięcia Jensa) czy powieści sensacyjnej (intryga rewolucyjnej grupy buntowników). 

Korponinja to lektura śmieszno-gorzka. Podczas czytania książki i później, podczas pracy nad jej przekładem, nie raz chichotałam pod nosem, ale nie raz też ciężko wzdychałam, gdy portretowane postaci, wprawdzie mocno przerysowane, wydawały się aż za bardzo realne. Na całe szczęście, autorowi na pewno nie można odmówić bujnej wyobraźni. Szczególnie pod koniec mocno zaskakuje swoją fantazją, gdy ledwo można nadążyć za coraz to bardziej absurdalnymi i zwariowanymi teoriami spiskowymi i wydarzeniami, które wszystkim jakby wymykały się spod kontroli.

Jeśli lubicie takie zakręcone historie, jeśli bawi Was czarny humor, jeśli macie sentyment do superbohaterów albo jeśli podobał się Wam serial The Office, to na pewno książka dla Was! A jeśli nie, cóż, to przeczytajcie tym bardziej, żeby przekonać się, czy takie szaleństwo Wam się spodoba.



Lars Berge Korponinja (Kontorsninja)
Wydawnictwo W.A.B. 2016
tłum. Natalia Kołaczek

12 sierpnia 2016

Co kryje Fjällbacka? [zdjęcia]

Czytelniczka Ewelina skomentowała moje zachwyty nad Smögen jednym zdaniem: "Piękne miejsce, ale prawda jest taka, że nie masz zaliczonego wyjazdu do Bohuslän jeśli nie byłaś w Fjällbace". 

Do Fjällbacki pojechałam jednak nie tylko dlatego, żeby odrobić "zadanie domowe". O miasteczku ciężko było nie słyszeć w związku z oszałamiającą popularnością kryminałów Camilli Läckberg, których akcja rozgrywa się właśnie w tych okolicach i ściąga do Fjällbacki całe rzesze turystów (zdecydowanie mniejsze grono fascynuje fakt, że z miasteczkiem związana jest też Ingrid Bergman - może to nie to pokolenie turystów).

Ja potraktowałam wycieczkę do Fjällbacki przede wszystkim jako okazję do odwiedzenia dawnej rybackiej osady. Miasteczka na wybrzeżu są właściwie do siebie dość podobne. Marina, w której gęsto od masztów, dość wąskie ulice, kolorowe domki z obowiązkowymi "wystawkami" w oknach oraz wille, przy których powiewają szwedzkie flagi. 

Ten sielankowy klimat sprawia, że Fjällbacka, licząca sobie jakieś tysiąc mieszkańców, zdecydowanie bardziej nadawałaby się na miejsce akcji cyklu baśni o rybaku i złotej rybce (albo złotej krewetce) niż wielotomowej serii o morderstwach i kryminalnych zagadkach z przeszłości i teraźniejszości. Chociaż to właśnie może na tym polega magnetyzm książek Läckberg.



























Fjällbackę spośród innych podobnych miasteczek wybrzeża wyróżnia górujące nad wszystkim wzgórze Vetteberget, domy wyglądają jakby były do niego przyklejone. Wzgórze to też nie lada atrakcja turystyczna, bo znajduje się tu Wąwóz Królewski, Kungsklyftan. Kręcono tu sceny do "Ronji, córki zbójnika", a wąwóz opisała też Läckberg w "Kaznodziei".



Dzień zaczął się całkiem obiecująco. Obudził się wcześnie, gdy wszyscy jeszcze spali. Ubrał się cichutko i niezauważony przez nikogo wymknął się z domu, zabierając ze sobą hełm rycerski i drewniany miecz. Wymachiwał nim radośnie, przebiegając stumetrowy odcinek od domu do Wąwozu Królewskiego. Na chwilę przystanął i z pewną obawą spojrzał w głąb skalnej szczeliny. Miała tylko dwa metry szerokości. Jej ściany wznosiły się na wysokość około dziesięciu metrów ku niebu, na którym słońce właśnie rozpoczęło wędrówkę. Nad środkowym odcinkiem zwisały trzy wielkie bloki skalne. Wrażenie było niesamowite. Dla sześciolatka Wąwóz Królewski miał wręcz magiczną siłę przyciągania. Nie osłabiała jej wcale świadomość, że to miejsce zakazane.
(Camilla Läckberg Kaznodzieja, tłum. Inga Sawicka)


Już dawno przestałam być sześciolatką, ale i dla mnie to miejsce ma jakąś baśniową siłę przyciągania. Dodatkowy nastrój budują ostrzeżenia przed wejściem, informujące o stromych podejściach, stopniach i spadających odłamkach. Na całe szczęście nie spadły skalne bloki, tkwiące między ścianami wąwozu! ;)








Po przejściu wąwozem można po drewnianych schodach wdrapać się na szczyt wzgórza - naprawdę warto, bo rozciąga się stąd fantastyczny widok na samą Fjällbackę, sąsiednie miasta i wyspy szkierowe. Wielu turystów, którzy wdrapali się tu przede mną lub po mnie, rozsiadało się na skałach, organizując sobie fikę w terenie, z kawą z termosu i przekąskami. Wcale im się nie dziwię, z takimi widokami wszystko przecież smakuje inaczej.














Ze szczytu z powrotem można wrócić tą samą drogą, w dół po schodach i znów pod skalnymi blokami Królewskiego Wąwozu, ale mnie trochę nie uśmiechało się ponownie ślizganie się po mokrych od deszczu kamieniach, więc zdecydowałam się podążyć dalej dłuższą trasą, szlakiem Vettebergsleden, będącym częścią Kuststigen. Szlak oznaczony jest pomalowanymi na niebiesko słupkami lub kropkami na skałach i drzewach. Przejście tą trasą to kolejne niesamowite widoki.













No ale wróćmy jeszcze do kryminałów Camilli Läckberg. Ja akurat ich nie lubię, choć oczywiście, żeby wyrobić sobie zdanie, przeczytałam wszystkie. Wątki obyczajowe w książkach Läckberg ciągną się dla mnie jak makaron, najczęściej po prostu od razu przerzucałam strony pełne życiowych rozterek Eriki, Anny i Patricka, a szef policji z Tanumshede, Mellberg, jest dla mnie postacią tak przerysowaną, że aż zupełnie niewiarygodną. Poza tym Erika jest chyba najbardziej denerwującą bohaterką, jaką znam, a już na pewno wśród kryminałów. Za każdym razem, kiedy przez swoje wścibstwo i upór wpada w tarapaty, mam cichą nadzieję, że może jednak zmądrzeje albo nie dotrwa do kolejnego tomu. Niestety, po dziewięciu częściach nic się nie zmienia. 

Wiem, że miasteczko organizuje wycieczki po Fjällbace Camilli Läckberg pod nazwą Murder Mystery Tour (piątki i soboty o 17.00, po angielsku, cena: 150 SEK, więcej szczegółów tutaj). Nie zdecydowałam się jednak na takie zwiedzanie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie skierowała się do części miasta tak mocno związanej z kryminałami jak... cmentarz. Udało mi się tu odszukać miejsca, które gdzieś kojarzyły mi się z książek, takie jak miejsce upamiętniające niemieckich marynarzy czy nagrobek ojca Camilli Läckberg, który autorka opisała w jednej ze swoich powieści. Duże wrażenie zrobił na mnie prosty, biały krzyż, poświęcony "nieznajomemu z morza", gdzie obok kwiatów leżały pokryte mchem muszle.




Na cmentarzu we Fjällbace znajduje się niezwykły grób. Pochodzi z czasów pierwszej wojny światowej. Spoczywa w nim dziesięciu niemieckich żołnierzy, siedmiu znanych z nazwiska i trzech nieznanych.
(Camilla Läckberg Niemiecki bękart, tłum. Inga Sawicka) 



Nie mogły wybrać piękniejszego dnia. Na cmentarzu panował spokój. Ciszę zakłócał jedynie szum przejeżdżających nieopodal samochodów. Słońce odbijało się w nagrobkach. Mijały zadbane, ozdobione świeżymi kwiatami groby… Anna się zawahała. Erika wskazała na mały nagrobek.
– Leży koło Jensa. – Wskazała na okrągły głaz z pięknego granitu, na którym wyryto imię i nazwisko: Jens Läckberg. Był dobrym znajomym ich ojca, zapamiętały go jako sympatycznego brzuchacza, pogodnego, towarzyskiego i skłonnego do żartów.

(Camilla Läckberg Latarnik, tłum. Inga Sawicka)







Jestem pewna, że prawdziwi fani książek z pewnością znaleźliby jeszcze więcej miejsc, ulic, domów, lokali, które dałoby się podpisać kilkoma zdaniami cytatu.