28 lutego 2014

Pocałuj mnie / Kyss mig

Ostatnio odkryłam, że na Onetowym VOD dostępnych jest kilka szwedzkich filmów wartych polecenia. I to zupełnie za darmo i legalnie! Tak jak na przykład "Pocałuj mnie" (Kyss mig) w reżyserii Alexandry-Therese Keining (KLIK!)

źródło




Pierwsze spotkanie Mii (Ruth Vega Fernandez) i Fridy (Liv Mjönes) jest niezwykłe. Niecodzienne są okoliczności - dwie trzydziestolatki poznają się na... imprezie zaręczynowej swoich rodziców, matki Fridy (Lena Endre) i ojca Mii (Krister Henriksson). Od spojrzenia do spojrzenia, od słowa do słowa, a w końcu od gestu do gestu ich znajomość przeradza się w burzliwy związek, w którym oprócz namiętności wiele miejsca zajmują wątpliwości, dramaty i rozpaczliwa konieczność dokonywania wyborów. Frida mieszka z Elin, a Mia jest zaręczona z Timem i właśnie przygotowują się do ślubu...

źródło

Zanim obejrzałam film, obawiałam się, że nie przypadnie mi do gustu. Na forach internetowych o Kyss mig wypowiadali się przede wszystkim miłośnicy "kina branżowego". Spodziewałam się filmu o moralizatorskim tonie, czarno-białego w sposobie wartościowania, w którym bohaterki będą tymi uciśnionymi w homofobicznej rodzinie. A tu - pozytywne zaskoczenie. 

Przede wszystkim, całkowicie urzekły mnie zdjęcia, długie zbliżenia, pokazujące w detalach uczucia poprzez mimikę i gesty postaci. Wiele dialogów jest tu wyszeptanych, widz ma wrażenie uczestniczenia w naprawdę intymnym spektaklu. Tak zwane "momenty" są naprawdę pięknie przedstawione - są bardzo subtelne, liryczne i jakby ulotne. Do tego jeszcze uspokajająca muzyka w tle. Wśród utworów na ścieżce dźwiękowej znajdziecie między innymi Jose Gonzaleza czy Kultiration.

źródło

Punktem wyjścia dla filmu była prawdziwa historia Josefine Tengblad, producentki filmu, która sama zresztą gra w nim niewielką rolę Elin. Josefine była już mężatką, kiedy poczuła, że zakochała się w kobiecie. Pocałuj mnie zwróciło uwagę krytyków jako jeden z niewielu szwedzkich filmów, poruszający temat homoseksualnych i biseksualnych kobiet, czy nawet pierwszy szwedzki film fabularny o miłości lesbijskiej dorosłych kobiet. Dla mnie jednak to także opowieść o relacjach między ludźmi w ogóle, na wielu różnych płaszczyznach -  główne bohaterki nie są tu przecież jedynymi postaciami.
Wszystko niestety psuje zakończenie, które zdecydowanie nie trzyma poziomu całości. A szkoda.

Źródła:




Follow on Bloglovin

26 lutego 2014

Top 5: Szwedzkie piosenki po szwedzku, które najbardziej zapadły mi w pamięć

Znacie to uczucie, kiedy wystarcza Wam kilka dźwięków jednej piosenki, byście przypomnieli sobie, nawet z wieloma szczegółami, okoliczności, w których usłyszeliście ją po raz pierwszy albo czas, kiedy słuchaliście jej naprawdę dużo? Ja tak właśnie mam. 
Oto lista pięciu szwedzkich piosenek - po szwedzku (wreszcie!), do których mam ogromny sentyment - w kolejności, w jakiej wpadały mi w ucho.


1. Lisa Ekdahl - Vem vet (1994)



Vem vet ("Kto wie") Lisy Ekdahl to pierwsza piosenka po szwedzku, której nauczyłam się w całości i którą w całości potrafiłam zaśpiewać! Z tego co widzę, to jeden z najpopularniejszych utworów wykorzystywanych na lekcjach języka szwedzkiego - i nic dziwnego. Łatwo wpada w ucho, refren powtarza się naprawdę wiele razy, a zwrotki właściwie są tylko dwie i pojawiają się w nich podobne struktury. Do tego jeszcze słodziutki głos wokalistki i romantyczny tekst - przepis idealny!

2. Monica Zetterlund - Sakta vi gå genom stan (1961)


Sakta vi gå genom stan ("Powoli idziemy przez miasto") to "zeszwedczona" wersja amerykańskiego jazzowego Walkin' My Baby Back Home (dla porównania do odsłuchania tutaj). Tę piosenkę również poznałam na zajęciach, razem z powyższym filmikiem. Bardzo spodobał mi się ten nostalgiczny klimat minionych czasów. Do tej pory lubię włączyć ten utwór kiedy jadę tramwajem po mieście, nawet jeśli nie jest to Sztokholm, tak piękny, jakim opisuje go Monica Zetterlund śpiewając Sakta vi gå genom stan.

3. Mikael Wiehe - Flickan och Kråkan (1981)




Przyznam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam ten utwór, nie od razu przypadł mi do gustu. Na początku denerwowały mnie przesterowane dźwięki gitar i syntezatorów, to dziwne pitu-pitu w tle i skoński akcent Mikaela Wiehe. Zafascynował mnie jednak tekst. Inspiracją do napisania piosenki, której tytuł po polsku brzmiałby "Dziewczynka i wrona", był rysunek Oscar Cleve, na którym mała dziewczynka biegnie z ranną wroną. W utworze można  poczuć właśnie to tempo biegu, nadzieję i bezsilność.

źródło

4. Caroline af Ugglas - Snälla, snälla (2009)

Caroline af Ugglas startowała z utworem Snälla, snälla ("Proszę cię, proszę") w lokalnych eliminacjach do konkursu Eurowizji w 2009 roku. Ta piosenka będzie idealną propozycją dla tych, którzy w smutne dni lubią się bardziej zdołować jeszcze smutniejszymi piosenkami. Jest tu dużo dramatyzmu, rozpaczy i błagania, nie tylko w tekście, ale też i w samym wykonaniu piosenkarki. Swoją interpretacją i ubraniem Caroline wzbudziła wtedy wiele komentarzy - jednym absolutnie się nie podobała, inni byli pod wrażeniem. Ja dałam się ponieść emocjom z piosenki.

5. Håkan Hellström - Det kommer aldrig va över för mig (2013)
 


Nie do końca rozumiem fenomen Håkana Hellströma, czasem ciężko przychodzi mi przesłuchanie jego utworów do końca. Hellström wygrał w tym roku trzy szwedzkie nagrody Grammis, w kategoriach rock, autor tekstu oraz utwór roku, właśnie za Det kommer aldrig va över för mig. Dla mnie też ten utwór wygrał rok 2013 - nie dlatego, że go polubiłam, ale dlatego, że jak wpadł mi raz w ucho, to nie mógł się już ode mnie odczepić. Być może dlatego, że tak bardzo przypomina mi inne utwory, trochę brzmi jak When we were young The Killers i troszkę jak Heaven Briana Adamsa...  Kojarzy mi się też z tegorocznymi wakacjami, kiedy cały czas słyszałam go w szwedzkim radiu.

Może Wy macie też jakieś wspomnienia ze szwedzkimi piosenkami? Może któraś z nich teraz Wam wpadnie w ucho i będzie towarzyszyć do końca dnia?






Follow on Bloglovin

24 lutego 2014

Językowy smaczek tygodnia #3: Nie ma krowy na lodzie...

Wreszcie obejrzałam film Temple Grandin, o którym czytałam na blogu Almost Daily Gallery jeszcze w październiku. Niesamowita, wzruszająca i prawdziwa historia, film gorąco polecam do obejrzenia! Z powodu tematyki filmu dzisiejsza odsłona językowego smaczku tygodnia to smaczek związany z... krowami 

 


Det är ingen ko på isen!

czyli dosłownie:
Nie ma krowy na lodzie!

Powiedzenie to oznacza: Nie ma pośpiechu, nie ma problemu, bez paniki. Właściwie w całości brzmi ono: Det är ingen ko på isen så länge rumpan är i land czyli Nie ma krowy na lodzie, dopóki zadek jest na lądzie. Czyli wyraźnie chodzi o to, że nie ma się czym się martwić.

Carin Sollenberg En ko på isen,  źródło

Brzmi dziwnie i absurdalnie? Pomyślcie jednak tylko, co my mówimy w podobnej sytuacji po polsku: Nie pali się! Dosłowne potraktowanie tego powiedzenie może również wprawić w osłupienie, szwedzka krowa na lodzie wydaje mi się dużo bardziej sympatyczna.

Czy w językach, których się uczycie są też jakieś smaczki związane z krowami? I czy przychodzą Wam do głowy jakieś polskie powiedzenia z krową (mnie kojarzy się kilka z cielęciem i wołem)?

Źródła:




Follow on Bloglovin


20 lutego 2014

Droga do piekła



Bardzo lubię czytać powieści Majgull Axelsson, choć zdecydowanie nie są to książki "na jeden raz", które zaczyna się czytać w tramwaju w drodze do pracy, od których nie można się oderwać przy obiedzie i które kończy się czytać w łóżku, przy przyćmionym świetle nocnej lampy. Axelsson pisze bowiem o o ludziach z przeszłością, z chirurgiczną wręcz precyzją prezentuje czytelnikom najmroczniejsze zakamarki życiorysów i wspomnień wykreowanych przez siebie postaci. Dogłębna naturalność i brak tabu sprawiają, że stają się one wiarygodne, choć niesamowite, czasem wręcz spowite magią. Takie, jakich wolelibyśmy nie poznawać w rzeczywistości. Ale jest w nich coś, co sprawia, że nie da się od nich oderwać na dłuższy czas.

źródło

Majgull Axelsson, która spogląda ze zdjęć podobnych do tego powyżej, wydaje mi się być poczciwą ciocią. Taką, które daje słodkie karmelki. Książkom, takim jak Droga do piekła (wcześniej wydana pod bliższym oryginałowi tytułem Daleko od Niflheimu), daleko jednak jest do słodyczy. Za to bardzo dużo w nich wnikliwej obserwacji jednostki, społeczeństw i ich wzajemnych relacji.

Droga do piekła to droga Cecilii Lind. Cecilia ma czterdzieści kilka lat, opiekuje się umierającą matką. Przez ten czas, a także po jej śmierci, wraca wspomnieniami do swojego niezbyt kolorowego dzieciństwa oraz czasów, kiedy pracowała dla ambasady szwedzkiej w Filipinach. To właśnie tam, próbując uratować się z katastrofy wybuchu wulkanu, przychodzi jej zmierzyć się z wieloma uczuciami, tęsknotą, strachem, rozpaczą, namiętnością i nienawiścią. I wolą przeżycia.

Tak naprawdę jednak to nie jest tylko opowieść o Cecilii. To także opowieść o Szwecji, w której autorka nie waha się pominąć bolesnego rozdziału o eugenice i przymusowych sterylizacjach, na który wielu Szwedów wolałoby spuścić zasłonę milczenia. To opowieść o dzieciach, żebrzących na ulicach Indii lub wykorzystywanych w fabrykach na Filipinach. O tym, co uznajemy za cywilizowane i niecywilizowane. O tych, którzy dramatycznie chcą walczyć z takimi podziałami. O ideałach. O polityce, życiu rodzinnym i władzy. A także o tym, jakim ciężarem są skrywane tajemnice.

Książkę czytało mi się z początku dość trudno. Ciężko było mi przyzwyczaić się do dość poszarpanej narracji z wieloma retrospekcjami, gubiłam się wśród imion, nazwisk i przezwisk postaci, które pojawiały się na różnych etapach życia bohaterki. Później jednak przywyka się do tego stylu, gdzie jedno wydarzenie przypomina o innym, z zupełnie innego okresu w życiu. No bo czy właściwie to nie w taki sposób mają zwyczaj biec nasze myśli?

Wcześniej czytałam dwie inne książki tej autorki, Ta, którą nigdy nie byłam i Kwietniowa czarownica. Teraz zagłębiam się w lekturę Pępowiny. Wszystkie testy na długo zostają w pamięci, co świadczy o umiejętnościach pisarskich Axelsson i sprawia, że książki są warte polecenia.

źródło
Majgull Axelsson, Droga do piekła
tłum. Halina Thylwe
Wydawnictwo WAB
rok wyd. 2008
(wcześniejsze wydanie pod tytułem Daleko od Niflheimu z roku 2003)

wydanie szwedzkie:
Långt borta från Nifelheim
En bok för alla
rok wyd. 1994 


Follow on Bloglovin

17 lutego 2014

Językowy smaczek tygodnia #2: Jeśli jest miejsce w sercu...

Druga odsłona Językowego smaczku tygodnia jeszcze na fali piątkowych Walentynek, z sercem w tle, ale i z porządną dawką uśmiechu :)




Finns det hjärterum, så finns det stjärterum.

co dosłownie należałoby przetłumaczyć jako:
 Jeśli jest miejsce w sercu, to jest też miejsce na... pupę.

Powiedzenia tego można użyć na przykład wtedy, gdy nagle do domu zjeżdżają wszyscy Twoi krewni albo w postanawia Cię odwiedzić dawna ekipa ze studiów i choć wiesz, jak trudno będzie ich wszystkich "ulokować" w Twoim małym mieszkanku, to na pewno uda Ci się wszystkich pomieścić. 

Ja znałam to wyrażenie właśnie z podobnych anegdot, o ścisku i tłoku ale za to w sympatycznej atmosferze, czyli w raczej dosłownym znaczeniu. Wikisłownik podpowiada mi natomiast, że to powiedzenie może być odpowiednikiem Dla chcącego nic trudnego. No, coś w tym jest.


Źródła:



Follow on Bloglovin

13 lutego 2014

Spokojnie, to tylko Szwecja!



Kojarzycie serię poradników "... for dummies"? Jeśli dobrze pamiętam, po polsku te wydania ukazują się pod tytułami "... dla bystrzaków". Książkę Spokojnie to tylko Szwecja autorstwa Charlotte Rosen Svensson można byłoby właśnie nazwać krótkim podręcznikiem "Szwecja dla bystrzaków".


źródło

Pozycje z newsweekowej serii Szok kulturowy to zgodnie z opisem na okładce "pierwsza przygoda z danym krajem, pozwalająca uniknąć dezorientacji i szoku w zderzeniu z rzeczywistością. W sposób dowcipny i lekki zapoznaje czytelnika z tradycją, kulturą i obyczajami danego państwa, a jednocześnie udziela praktycznych porad związanych z życiem codziennym".

Rzeczywiście, przekrój zagadnień zawartych w książce jest dość duży. Przewodnik jest podzielony na dziewięć rozdziałów: pierwszy z nich opisuje pierwsze wrażenia autorki, która wyprowadziła się do Szwecji za swoim mężem, drugi to tzw. "Rzut oka na kraj", czyli trochę o historii i geografii. Trzeci, zatytułowany "Szwedzi", to zbiór informacji demograficznych i co nieco o szwedzkiej mentalności. Rozdział czwarty, "Wejście w środowisko", radzi między innymi, jak nawiązywać znajomości. W rozdziale "Życie codzienne w Szwecji" znajdziecie praktyczne porady raczej dla tych, którzy planują przeprowadzkę lub szukanie pracy. Wśród porad między innymi, jak zdobyć numer osobowy (personnummer). Tytuł rozdziału szóstego, "Kuchnia szwedzka", mówi chyba sam za siebie. Rozdział siódmy to "Sverige är fantastiskt" czyli "Szwecja jest fantastyczna" - zawiera informacje o rozrywkach, sporcie, sztuce i podróżowaniu po kraju. Kolejna część "Porozumiewanie się" to opisowo przedstawiony mini-słowniczek najważniejszych zwrotów. Rozdział dziewiąty, "Biznes", znów najbardziej zainteresuje tych, którzy myślą o podjęciu pracy w Szwecji. Ostatnia część, "Szwecja w pigułce" spodobała mi się między innymi dzięki ciekawemu quizowi kulturowemu. Zgodnie z zapowiedzią wydawcy w książce nie brakuje humoru, na przykład w postaci ilustracji:




Czytelny podział na rozdziały i podrozdziały sprawia, że można łatwo znaleźć i wybrać fragmenty, które interesują nas np. z czysto praktycznych powodów (szukanie pracy, mieszkania itd.). Kiedy tylko książka wpadła w moje ręce, od razu pomyślałam, że idealnie nadaje się na lekturę na promie, w samolocie czy w pociągu - kiedy jedzie się do docelowego kraju i ma te ostatnie godziny na uzupełnienie informacji, by uniknąć szoku kulturowego z tytułu serii. Spokojnie to tylko Szwecja ma dość niewielki, torebkowy format i wydrukowana jest na miękkim, lekkim papierze, więc nie zabierze ani dużo miejsca ani wagi w bagażu.

Od początku zastanawiałam się, czy dobrym pomysłem jest wydawanie w Polsce siążki z podtytułem Przewodnik po różnicach kulturowych, napisanej przez zagraniczną autorkę ("Charlotte Rosen Svensson wychowała się w dwóch kulturach - miała matkę Walijkę i ojca Anglika - zaś jako dziecko wyemigrowała z rodziną do USA") i przetłumaczonej na język polski. Wydaje mi się, że doświadczenie szoku kulturowego Polaka w Szwecji może być różne od przeżyć Brytyjczyka lub Amerykanina. W książce czasami czułam ten obcy punkt widzenia, czasem mogłam też odczuć, że czytam tłumaczenie z angielskiego. Jedyną częścią dopasowaną do polskiego myślenia - i przede wszystkim mówienia - jest oczywiście część z mini-słowniczkiem i rozmówkami.

Czy mogę Wam polecić książkę? Zdecydowanie tak, jeśli jesteście "bystrzakami". I jeśli szukacie wielu informacji o Szwecji w jednym miejscu. Przewodniki turystyczne zazwyczaj wspominają coś o historii, kuchni lub samej ludności danego kraju, a tutaj rzeczywiście mocnym punktem jest różnorodność tematów. O ile przewodniki turystyczne mogą doradzić, co dobrze mieć w bagażu na urlop, to Charlotte Rosen Svensson radzi, co zabrać ze sobą podczas przeprowadzki. Jeśli ta książka będzie miała kiedyś okazję wpaść Wam w ręce, pamiętajcie, że nie jest to świeże wydanie. Nie sądzę wprawdzie, by w mentalności Szwedów miały nastąpić kolosalne zmiany od 2007 roku, ale pewnie zdezaktualizowały się dane statystyczne i być może niektóre dane kontaktowe do wymienianych instytucji.

Ja szczerze pochichrałam się do niektórych ilustracji, poczytałam ze sporym zainteresowaniem o tym, dlaczego w jednych regionach Szwecji bardziej popularny jest chrupki chleb knäckebröd a w innych cienki, tortillowaty tunnbröd, zdziwiłam się, że zawartość alkoholu w szwedzkim piwie opisana jako 4,5 procent to nie to samo co 4,5 procent co na etykiecie piwa polskiego, a potem trochę pokręciłam nosem, że szwedzkie obchody midsommar nazwano sobótką.

Charlotte Rosen Svensson, Spokojnie to tylko Szwecja (Culture shock! Sweden)
tłum. Tomasz Krzyżanowski
Wydawnictwo Naukowe PWN
rok wyd. 2007


Follow on Bloglovin

10 lutego 2014

Językowy smaczek tygodnia #1: Gdy mówi się o trollach...

Zaczynamy nowy cykl! 
W czwartek na Facebookowym fanpage'u Szwecjobloga zadałam szybkie pytanie: czy bylibyście zainteresowani czytaniem o idiomach, frazeologizmach w języku szwedzkim. Wasza reakcja była naprawdę błyskawiczna i pomysł spotkał się ze sporym entuzjazmem. Zastanawiałam się trochę, jak cały cykl nazwać - nie chciałam wchodzić w szczegóły i rozważać, co jest idiomem, co wyrażeniem, a co powiedzeniem. Nie chciałam też, żeby cykl miał stać się mini-kursikiem szwedzkiego. Chciałabym raczej wyciągnąć na światło dzienne pewne ciekawostki, smaczki. Stąd pomysł na "Językowy smaczek tygodnia". W planach mam, by smaczki pokazywały się na blogu co poniedziałek, na dobry początek tygodnia.


Do pierwszej odsłony cyklu postanowiłam wybrać coś, co brzmi bardzo skandynawsko:

När man talar om trollen så står de i farstun.


czyli:
Kiedy mówi się o trollach, to one stoją w sieni.



To powiedzenie można porównać do polskiego O wilku mowa, a wilk tuż tuż albo angielskiego Speak of the devil and he shall appear (wyrażenia o podobnym znaczeniu istnieją też w arabskim, chińskim, bułgarskim, hiszpańskim, wietnamskim...) Używa się go w sytuacji, gdy pojawia się ktoś, kto był tematem rozmowy, często jedynie mówiąc pierwszą część wyrażenia (När man talar om trollen... czy nasze O wilku mowa...).

Powiedzenie pochodzi z czasów, gdy przesądnie wierzono, że wypowiedzenie "imienia" czegoś złego, natychmiast to złe może przywołać (mnie od razu kojarzy się to z książkami o Harrym Potterze i Voldemorcie, którego nazywano Sami-Wiecie-Kim). 

W polskim powiedzeniu mowa o wilku, którego oczywiście też kiedyś bano się w Szwecji. Wilka po szwedzku początkowo oznaczało słowo ulv (tak zresztą dalej po duńsku i norwesku), natomiast później, by uniknąć nazywania wilka "po imieniu", zaczęto używać słowa varg - to słowo zostało w języku do dzisiaj.






Follow on Bloglovin

07 lutego 2014

Opowieści z pralni

Za każdym razem, gdy na krótszy lub dłuższy czas miałam zamieszkać u Szwedów, niemalże w progu informowali mnie jako obcokrajowca o kilku ważnych zasadach. Po pierwsze, że w Szwecji ściąga się buty, wchodząc do domu (co mnie nie dziwiło, w Polsce atakujemy przecież gości kapciami, które nigdy nie są w dobrym rozmiarze). Po drugie: w Szwecji można pić wodę z kranu, bo jest dobra i smaczna. I po trzecie: pranie robimy w pralni w piwnicy i musisz wcześniej zarezerwować sobie czas prania.

Kiedy opowiadam o tym w Polsce, najczęściej spotykam się ze zdziwieniem i niezrozumieniem. Bo jak to, Szwedzi nie mają pralek u siebie w domu i muszą zejść z praniem do piwnicy? Najczęściej pada pytanie: "Ale to Szwedów nie stać na własną pralkę?!". 

Nie o to chodzi, czy stać, czy nie. Pierwsza wspólna pralnia (tvättstuga, dosł. chata do prania) w domach wielorodzinnych powstała w latach 20., a urządzenia, które się tam znajdowały, sprawiały, że zbiorowe pranie było naprawdę wydajniejsze i szybsze niż to, na co mogły sobie pozwolić gospodynie u siebie w mieszkaniu. W latach 50. pralki automatyczne były standardem w każdej wspólnej pralni. Pralnie w piwnicach bloków przede wszystkim miały ułatwiać życie, być funkcjonalne, a jednocześnie też stwarzały poczucie wspólnoty w czasach, gdy wielu ludzi przyjeżdżało z mniejszych ośrodków do dużych, pełnych anonimowości miast. Dzisiaj (według raportu z 2012 roku) ze wspólnej pralni korzysta w Szwecji 69 procent członków Hyresgästförening, szwedzkiego związku lokatorów.

W takiej pralni najczęściej znajduje się kilka pomieszczeń, a w każdym z nich pralka, suszarka do ubrań (taka wirująca i taka podobna do szafy) - czasem nawet kilka, a nawet magiel. 


źródło
To, co chyba najbardziej fascynujące dla nie-Szwedów, to system rezerwowania swojego czasu prania. Może i brzmi dziwnie, ale wydaje się funkcjonalne, bo absurdem byłaby wolna amerykanka, kiedy każdy przychodziłby sobie, kiedy chciał i zajmował tyle pralek, na ile ma ochotę, nie zwracając uwagi na sąsiadów. Równie kłopotliwe byłoby ustne dogadywanie się z każdym z sąsiadów. W pralniach znajdują się więc tablice do rezerwowania czasu, najczęściej w formie kołeczków na klucze, które należy umieścić w odpowiedniej przegródce (z dniem i przedziałem godzin) lub nowoczesne elektroniczne.


źródło

Tak jak pralnia miała być miejscem, które mogło integrować sąsiadów, dać im szansę, żeby się poznać (bo nie zawsze wpada się na wszystkich sąsiadów na schodach czy w windzie), tak okazuje się, że jest to często zarzewie konfliktów. Szwedzi są zazwyczaj bardzo punktualni, więc potrafią zdenerwować się, gdy ktoś nie pozbiera swojego prania na czas lub, co gorsza!, "ukradnie" komuś zarezerwowany czas prania. Poza tym tworzą się też "korki", bo większość osób chce prać w godzinach popołudniowych, wieczornych lub w weekendy. Z drugiej jednak strony Szwedzi są często uważani za nieskorych do awantur, wyciszonych, zachowawczych, stąd często słyszałam, że swoją irytację na sąsiada po prostu musieli przełknąć lub w przypływie złości... zostawiali mu karteczkę z uwagą. 



źródło
Przestań do cholery kraść czas prania! Jeden zarezerwowany termin w ciągu całego dnia (mój) i akurat ten musiałeś zabrać? Ponieważ byłem zmuszony zatrzymać i opróżnić twoje pralki, przedłużam mój czas w suszarkach o 30 minut .

Przeprowadzono badania, według których określono najczęstsze powody konfliktów w pralni:

1. Czas prania i suszenia rzeczy
2. Sprzątanie
3. System rezerwacji
4. Fafluchy w suszarkach
5. Groźby
6. Inne powody
7. Ukradzione pranie

Szwedzkie pralnie to jednak nie są jednak ogólnoświatowym wyjątkiem. Wspólne pralnie często widzimy w amerykańskich filmach, a na blogu Jo czytałam także o pralniach w Szwajcarii.

Jesteście gotowi na test "Czy potrafisz funkcjonować w pralni?". Oto niektóre z pytań ze strony http://www.svensktvattstuga.se/ w moim tłumaczeniu (na dole znajdziecie poprawne, to znaczy typowo szwedzkie, odpowiedzi):

Na tablicy do rezerwowania można:
a. śmiać się z tych wszystkich loserów, którzy dają radę się zapisać
b. zarezerwować czas prania
c. grać w kółko i krzyżyk nazwiskami sąsiadów

Co robisz, gdy ktoś, kto robił przed Tobą pranie, nie wyciągnął fafluchów z suszarki?
a. dzwonię po gang motocyklowy
b. wyciągam fafluchy i cieszę się, że mogłem pomóc
c. zabieram ze sobą fafluchy, dzwonię do winnego sąsiada i grzecznie wskazuję, że czegoś zapomniał

Zapomniałeś wyjąć prania z suszarki i kontaktuje się z Tobą sąsiad, który jest następny po Tobie w kolejce, bo potrzebuje tego miejsca. Jak się zachowujesz?
a. przepraszam i natychmiast zabieram swoje pranie
b. udaję psychopatę i wydaję z siebie groźne dźwięki
c. pokazuję domowej roboty zaświadczenie, jak dysleksja zniszczyła mi życie

Desperacko potrzebujesz pary czystych dżinsów i z tego powodu "ukradłeś" czyjśzac czas prania. Słyszysz, że ktoś zbliża się do pralni. Co robisz?
a. chowam się w suszarce razem z kilkoma ręcznikami frotte
b. jeśli zajdzie taka potrzeba, biorę odpowiedzialność za to, co zrobiłem
c. zaczynam grzebać w jednej z pralek i udaję fachowca Erlandssona z Electroluxa


q 'ɐ 'q 'q :ızpǝıʍodpo

Źródła:





Follow on Bloglovin

03 lutego 2014

Immanu El

Luty od pewnego czasu kojarzy mi się muzycznie z łagodnymi dźwiękami od panów z Immanu El. Ich muzyka gości u mnie w słuchawkach zimą mniej więcej od początku studiów. To właśnie wtedy w lutowy wieczór właściwie przypadkiem trafiłam na ich koncert w poznańskiej Piwnicy 21. Aż do tamtej pory zazwyczaj bywałam na zupełnie innych koncertach, zupełnie innych wykonawców, w zupełnie innych klimatach (Wybierałam się zaopatrzona w glany, a wracałam z poobijanymi od barierek żebrami. Ale to zupełnie inna historia). Tam zaskoczyła mnie publiczność, siedząca po turecku na podłodze pod sceną. Kiedy dosiadłam się do nich i kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki gitar, i usłyszałam piękny, kojący głos Claesa Strängberga - odpłynęłam zupełnie, lądując w innym świecie. Podobnie było też rok później, kiedy wybrałam się na ich koncert w Walentynki. I jeszcze potem, następnego roku, w marcu.

Immanu El to zespół z Jönköping, założony w 2004 przez szesnastoletnich wówczas bliźniaków, Claesa i Pera Strängbergów. W dzisiejszym składzie z braćmi grają David Lillberg, Jonatan Josefsson i Robin Ausberg. Ich muzyka kojarzy mi się też bardzo ze skandynawskim chłodem, przełamywanym ciepłem wokalu.
źródło

W zasadzie dość trudno mi określić, czym ta ich muzyka jest. Z początku mocno związana z post-rockiem, później z coraz większymi popowymi wpływami. To, co na pewno nie może umknąć uwadze słuchaczy, to charyzmatyczny, choć wyjątkowo delikatny głos wokalisty. Do tego charakterystyczne budowanie atmosfery od łagodnych dźwięków, po dynamikę w gitarach i perkusji. I aż po dreszcze. Czasem jednak taka powtarzalność muzycznej struktury zaczyna mnie jakoś gnieść w uszy - wtedy odkładam 'chłopców' do kolejnej zimy, kolejnego lutego, kiedy przychodzi pora na kolejne zachwyty.

Nie chcę być gołosłowna: zostawię Was na próbę z dwoma utworami Immanu El. Zaparzcie sobie ciepłej herbaty albo kawy, usiądźcie po turecku pod kocem, przymknijcie na chwilę oczy - ale tylko na chwilę, bo mnie jakoś do muzyki wyjątkowo pasuje falowanie morza czy pęd karuzeli z poniższych filmów. Przyjemności!





Źródło:


Pamiętajcie proszę, że do 06.02. do godziny 12.00 przyjmowane są głosy w konkursie Blog Roku 2013. Zachęcam do głosowania na Szwecjoblog - wyślijcie sms o treści F00402 pod numer 7122 (1zł + VAT, dochód przekazany zostanie na rzecz Fundacji Gajusz). Jeśli już to zrobiliście, polećcie znajomym i trzymajcie kciuki!

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...