29 września 2014

Zaręczyny po szwedzku

Chyba każda kobieta marzy o romantycznych zaręczynach. O całej magicznej otoczce, zanim powie "tak". O takiej wyjątkowej chwili. Być może takiej, jakiej obraz po części wpoiły nam amerykańskie filmy i seriale, gdzie mężczyzna pada przed wybranką na kolana i zakłada na jej dłoń pierścionek z brylantem. A jak to wygląda w Szwecji?

Dziś coraz częściej podobnie jak w amerykańskich filmach, choć szwedzka tradycja tak naprawdę jest trochę inna.
źródło

Po pierwsze: kwestia pierścionka. Tradycyjnie w Szwecji pierścionki zaręczynowe (förlovningsringar) są proste i gładkie oraz nosi je oboje narzeczonych - jednym słowem wyglądają jak nasze obrączki (vigselringar). Nosi się je na serdecznym palcu (po szwedzku: na palcu "pierścionkowym: ett ringfinger) lewej dłoni. Dlaczego lewej? Wersje są różne. Kiedyś wierzono, że od palca serdecznego lewej dłoni biegnie żyła prosto do serca. Ci mniej zabobonni, a bardziej praktyczni twierdzą, że po prostu większość ludzi jest praworęczna, więc pierścionek mniej się niszczy, gdy noszą go na lewej dłoni. W chwili zaślubin, pierścionek zaręczynowy mężczyzny staje się jego obrączką, natomiast kobieta otrzymuje jeszcze jeden pierścionek, tym razem ozdobiony kamieniem.

gładki pierścionek zaręczynowy (dolny) i obrączka z kamieniem (górna), źródło

To, co mnie od razu nasunęło się na myśl, gdy dowiedziałam się o tym zwyczaju, było: jak zakochani mają wymienić się pierścionkami, skoro moment oświadczyn (ett frieri) dla kobiety jest często niespodzianką, momentem zaskoczenia? Otóż, znajome Szwedki odpowiedziały, że w ich przypadku wcale tak nie było. Że o zaręczynach rozmawiały wcześniej ze swoim partnerem, a potem wspólnie wybrali się do jubilera i wybrali takie pierścionki, jakie im się podobały. Swoją ozdobną obrączkę z kamieniem też wybierały same. Wiele takich wypowiedzi znalazłam też na forach. Pisze o tym też tak ekspertka gazety Dagens Nyheter od spraw etykiety: bo są to przecież symbole wierności, które potem będą nam towarzyszyć całe życie, więc warto, żeby naprawdę podobały się osobie, która będzie je nosić. 

Oto, jakie pytanie zadają Szwedzi swojej wybrance w tej ważnej chwili:

Vill du gifta dig med mig?


źródło
Co dalej? Wypada pochwalić się zaręczynami rodzicom, rodzinie, przyjaciołom czy znajomym. Może niekoniecznie w takim stylu jak dwa lata temu szwedzka księżniczka Madeleine. Nagrała razem z narzeczonym (dziś już mężem) Christopherem O'Neillem oficjalne oświadczenie o ich zaręczynach, a filmik stał się obiektem wielu żartów i kpin.

Rzeczywiście, obydwoje wyglądają na bardzo spiętych, krytykowano szczególnie sztywność u księżniczki, która przecież obyta jest z kamerami. Żartowano też z tego, że przez chwilę jakby nie potrafiła sobie przypomnieć, w jakim miesiącu oświadczył jej się Chris. A już końcowe słodkie "tihi" przerabiano na mnóstwo różnych sposobów (ja uważam, że to akurat było wyjątkowo naturalne i superurocze).
A co jeszcze dalej? Oczywiście ślub (ett bröllop), ale o tym pewnie napiszę w innym poście.
A na koniec trochę prywaty:
Cały wpis sponsorował... mój P., dzięki któremu od 19.09. noszę taki oto pierścionek. Na serdecznym palcu prawej dłoni :)
Wiem, że na Szwecjoblog zaglądają czytelniczki, które mieszkają w Szwecji. Jeśli macie do opowiedzenia jakieś szwedzkie historie o zaręczynach, podzielcie się nimi, proszę, w komentarzu. Fajnie będzie uzupełnić wiadomości, które zebrałam z sieci i strzępków rozmów w szwedzkiej szkole.
Źródła:
Follow on Bloglovin

26 września 2014

Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata?

Dziś dwudziesty szósty września - obchodzimy Europejski Dzień Języków! Z tej okazji przygotowaliśmy dla Was językową odsłonę cyklu "W 80 blogów dookoła świata", tym razem już szóstą. Blogerzy i blogerki, którzy piszą o językach obcych lub kulturze obcych krajów i biorą udział w cyklu, dziś odpowiedzą na pytanie: 



Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata?


 


Jestem przekonana, że każdy nowy język, którego się uczymy w pewien sposób wpływa na nasze postrzeganie świata, choć wydaje mi się, że nieczęsto poświęcamy takim wpływom wystarczająco dużo refleksji. Do dzisiejszego wpisu wybrałam cztery takie kwestie, które na mnie zrobiły największe wrażenie.



Ej, ty!

Jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróciłam uwagę, ucząc się szwedzkiego, były... formy grzecznościowe. W Szwecji na przełomie lat 60. i 70. dwudziestego wieku zaszła w tej kwestii wielka zmiana, tak zwana du-reformen. Zwroty grzecznościowe z tytułami herr, fru, general, doktor itd. zostały zastąpione użyciem zaimka drugiej osoby liczby pojedynczej du. Dziś Szwedzi zwracają się na "ty" właściwie do wszystkich - poza członkami rodziny królewskiej - niezależnie od wieku czy stanowiska.
Teraz przyzwyczaiłam się do tej formy i nie robi już na mnie wrażenia, ale pamiętam, że zwracanie się po imieniu do siedemdziesięcioletniego Larsa podczas jednego z pierwszych pobytów w Szwecji, było dla mnie czymś zdecydowanie nowym.


źródło
Szwedzka du-reformen zdecydowanie wpłynęła na moje postrzeganie świata. W Polsce dalej spotykam sytuacje, gdy mama karci dziecko, które na przykład zwraca się do cioci na "ty" zamiast per "ciociu", a pamiętanie o odpowiedniej tytulaturze wydaje się niezwykle ważne na przykład w środowisku akademickim. Ale to chyba kontakt ze szwedzkim modelem najbardziej dobitnie uzmysłowił, że tytułowanie lub "tykanie" kogoś nie zawsze idzie w parze z okazywanym szacunkiem lub jego brakiem.



Czy się siedzi czy się leży...

Kiedy zaczynałam uczyć się szwedzkiego, miałam wrażenie, że Szwedzi muszą być jakoś zafiksowani na punkcie przestrzeni. 

Po pierwsze dlatego, że w szwedzkim bardzo dużo jest wyrażeń z czasownikami ligga (leżeć), stå (stać), sitta (siedzieć), np. Vi sitter och röker. Hon står och väntar. Han ligger och sover (Siedzimy i palimy. Ona stoi i czeka. On leży i śpi). Tłumaczone wyraz po wyrazie na polski niekiedy brzmią dziwacznie, ale w szwedczyźnie sa zupełnie naturalne.


Po drugie, zaskoczyły mnie reguły używania czasowników ligga i stå w odniesieniu do rzeczy. Otóż, zgodnie z regułami gramatyki: stoją rzeczy, które mają swoją górę i dół i znajdują się właściwej pozycji, np. równo ułożone buty czy rower w garażu. Leżą zaś rzeczy, które mają swoją górę i dół, ale nie znajdują się we właściwej pozycji, np. buty rozrzucone bez ładu i składu po przedpokoju czy rower rzucony na trawę, albo rzeczy, o których trudno powiedzieć, żeby miały swoją górę i dół, na przykład pomidory w lodówce. Tu jeszcze wszystko wydaje się w miarę logiczne. Zaskoczyło mnie jednak, że po szwedzku talerze stoją na stole. Kiedy zapytałam o to kilkoro Szwedów, wszyscy odpowiedzieli zgodnie, że to oczywiste, bo w ich postrzeganiu talerz nie jest przecież zupełnie płaski, ale też ma swoją górę i dół (jak mi wytłumaczono: "ma swoje nóżki").


źródło


Po trzecie, postrzeganie przestrzeni widać też w użyciu przyimków. Po polsku książki czy towary w sklepie stoją na półkach, po szwedzku: w półkach. No bo regał i sklepowe półki wyraźnie ograniczają pewną przestrzeń, a rzeczy stoją nie tylko na samej górze regałów, ale też wewnątrz tej przestrzeni.

Po czwarte, po szwedzku nawet klęczeć można na różne sposoby! Klęczeć to po szwedzku stå på knä, sitta på knä albo ligga på knä (dosł. stać na kolanach, siedzieć na kolanach albo leżeć na kolanach), zależnie od tego, jaką konkretnie pozycję mamy na myśli (np. stå på knä to takie klęczenie trochę jak do modlitwy a już ligga på knä to bardziej jak przy pracach ogrodowych).

Wszystkie te smaczki zdecydowanie mogą dać wiele do myślenia - bo to, czy ktoś/coś stoi czy leży, okazuje się mieć znaczenie.


Precyzyjne, bo długie 

Pamiętacie mój wpis o trudnych do wymówienia słowach? Skupiłam się wtedy na złożeniach (sammansättningar), takich jak nagellacksborttagningsmedel czyli zmywacz do paznokci. 
Dlaczego akurat słowotwórstwo wpłynęło na moje postrzeganie świata? Bo językoznawcy zgodnie twierdzą, że zdolność do tworzenia nowych złożeń w szwedzkim jest nieskończona. Nie ma formalnej granicy, jak długie może być takie słowo. I co więcej, nie chodzi tu o artystyczne twory w poezji i prozie, takie jak Zwierzoczłekoupiór czy Dziwolęki. Choć wiele złożeń można znaleźć w słownikach i często nikt nie zastanawia się już nad ich pochodzeniem, to wciąż spontanicznie powstają nowe słowa, szczególnie w prasie. Fascynuje mnie, jak łatwo Szwedom przychodzi odczytywanie znaczenia takich nowych słów.
Zawsze podobała mi się też logika tworzenia nowych słów i precyzja ich znaczeń. Weźmy na przykład słowo 'długopis' - en penna (może też znaczyć ołówek). Różne inne rodzaje artykułów do pisania to innego rodzaju "penny": długopis kulkowy to kulspetspenna (dosł. 'długopis z kulkowym czubkiem), pióro to bläckpenna (dosł. długopis z atramentem), överstrykningspenna to marker (dosł. długopis do zakreślania), blyertspenna to ołówek (od bly - ołów), a stiftpenna to ołówek automatyczny (ett stift - rysik). A na dodatek fjäderpenna to prawdziwe, gęsie pióro do pisania (en fjäder to ptasie pióro).
  
źródło


To chyba moja fascynacja złożeniami wpłynęła na to, jakie czasem dziwolągi zdarza mi się wyprodukować w swoich polskich wypowiedziach - chyba w podświadomym oczekiwaniu, że moi rozmówcy tak samo jak Szwedzi spróbują odczytać znaczenie takiego "tworu".


Trzecia płeć?

W języku szwedzkim są dwa zaimki trzeciej osoby liczby pojedynczej, odnoszące się do ludzi: han - on i hon - ona. Od pewnego czasu trwają jednak debaty nad wprowadzeniem neutralnego płciowo zaimka hen. 

Debata wokół hen wpłynęła może nie tyle na moje postrzeganie świata, ale na postrzeganie języka jako takiego, obudziła wiele pytań. Na ile plastyczny jest język? Bo o ile możemy do woli tworzyć nowe słowa, bawić się czasownikami czy rzeczownikami, to są takie części mowy, jak przyimki (nad, pod, w, z...) czy właśnie zaimki osobowe (ja, ty, on...), które stanowią raczej zamknięte zbiory. No i jak szybko mogą zachodzić w języku takie zmiany? Na ile decyzje organów, regulujących rozwój języka, wpływają na to, jak językiem posługują się jego użytkownicy?

O hen zrobiło się głośno przede wszystkim jako o zaimku oznaczającym trzecią płeć, płeć nieokreśloną, dla tych, którzy nie chcą wyraźnie określać się kobietą lub mężczyzną. 


źródło

Ale tak właściwie nie jest to najczęstsze użycie hen. Jako zaimek neutralny płciowo miał pojawiać się tam, gdzie przynależność do płci jest nieistotna lub gdy zaimek może się odnosić do osób różnej płci, na przykład tak jak w polskim zdaniu:

Gdy ktoś cię o coś zapyta, musisz mu odpowiedzieć.

(No bo czy to jednak nie dziwne, że ktoś zawsze z założenia jest płci męskiej?)

Takich kontekstów jest naprawdę mnóstwo, na przykład w różnego rodzaju regulaminach:


W przypadku, gdy do ustalania wysokości dochodu uprawniającego studenta do ubiegania się o stypendium socjalne, przyjmuje się jego dochód...


Nauczyciel obowiązany wspierać każdego ucznia w jego rozwoju.

Według zwolenników hen wszystkie takie zdania (oczywiście, po szwedzku) mogą brzmieć neutralnie dzięki nowemu zaimkowi.

 
____________________________________


Wpisy z poprzednich pięciu edycji cyklu znajdziecie tutaj. Jeśli też prowadzisz bloga językowego lub kulturowego i masz ochotę dołączyć do naszej grupy i być na bieżąco z naszymi wpisami, wyślij wiadomość na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com lub zajrzyj do grupy na Facebooku: W 80 blogów dookoła świata - blogi o językach, kulturze i podróżach.

A oto, jak inne blogerki i blogerzy odpowiedzieli na to pytanie, pisząc o języku:

angielskim:
Angielski dla każdego: Jak język angielski wpłynął na moje postrzeganie świata?
Następna Blogująca: Nie ta sama głowa- jak język obcy sprawia, że człowiek myśli o tym, o czym nigdy nie myślał

esperanto:
Językowa Oaza: Czy esperantyści mówią jak roboty?

hiszpańskim:
Hiszpański na luzie: Przez hiszpańskie okulary. Jak język wpływa na nasze postrzeganie świata?  

holenderskim:
Język holenderski - pół żartem, pół serio: Język polski z holenderskiej perspektywy

niemieckim:
Niemiecka Sofa: Jak język niemiecki wpłynął na moje postrzeganie świata? 

Blog o języku niemieckim: W 80 blogów dookoła świata: Jak język niemiecki wpłynął na moje postrzeganie świata?

norweskim:
Pat i Norway: Jak język norweski wpłynął na moje postrzeganie świata.

rosyjskim:
Rosyjskie Śniadanie -Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata?
Dagatlumaczy - Dlaczego akurat rosyjski? 

wietnamskim:
Wietnam.info - Jak język wietnamski wpłynął na moje postrzeganie świata? 

włoskim:
Studia, parla, ama - Jak opanowany przeze mnie język obcy wpłynął na moje postrzeganie świata?  

  

A jak to jest z Wami, czy języki obce, które opanowaliście, w jakiś sposób wpłynęły na to, jak postrzegacie świat? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzu!


Follow on Bloglovin

24 września 2014

Bałagan w papierach u Bodil Malmsten

Nie jest łatwo jednoznaczne przypisać książkę Bodil Malmsten „I znowu mam bałagan w papierach” do konkretnego działu literatury. Ma tego świadomość sama autorka, formułując w przedmowie definicję przez negację i pisząc, że nie jest to ani powieść, ani zbiór wierszy czy opowiadań. Można jednak za to stwierdzić, że bardzo dobrze się ją czyta. 


Lektura może rzeczywiście przypominać zaglądanie komuś do prywatnych papierów: niektóre fragmenty kojarzą się z osobistym dziennikiem, pełnym wspomnień z dzieciństwa czy intymnych przemyśleń. Inne mają charakter bardziej reporterskich refleksji z podróży po świecie. Jeszcze inne przypominają raczej szkice lub notatki do wykładów na temat filozofii i literatury.

Bodil Malmsten jest pisarką, cenioną w Szwecji przede wszystkim za oryginalny, potoczysty styl. Została uhonorowana wieloma prestiżowymi skandynawskimi nagrodami, między innymi królewskim medalem Litteris et Artibus. Nie mogąc uchronić swojej prywatności przed szwedzkimi mediami oraz odczuwając zmęczenie środowiskiem, z którym była związana, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat zdecydowała się wyprowadzić ze Sztokholmu i zamieszkać we francuskim Finistère. Do Szwecji wróciła po dziesięciu latach.

Teksty Malmsten odzwierciedlają jej poglądy wobec Szwecji i Szwedów. Najlepszym przykładem jej krytycyzmu jest „Litania wiary w sektor państwowy, poszczególną osobę oraz wywóz śmieci”. Zdaniem pisarki w credo Szweda pod koniec dwudziestego wieku wpisują się obok siebie między innymi: otwarty krajobraz i toalety publiczne, system opieki nad dziećmi, opiekuńcza zaradność, ale nie życie po śmierci. Z dystansem i cynizmem wylicza pojęcia, które stały się wartością dla pragmatycznie nastawionych Szwedów. W innym tekście, opisując swój powrót do Szwecji po pobycie w Wietnamie sama dziwi się: Dlaczego ludzie w Szwecji nigdy nie są z siebie zadowoleni. Dlaczego? Naród, który ma wszystko, a jednak wygląda na nieszczęśliwy. Naród, który ma wszystko oprócz Sorrow of war. Dość krytycznie odnosi się też do szwedzkiej czułości na punkcie poprawności politycznej: Na początku roku dwutysięcznego wolno powiedzieć, że Jezus jest gejem, ale nie – że inwalida jest dotknięty kalectwem. Według niej przesadne i pozorne poczucie winy i wstydu wydaje się nieuzasadnione: I nie ci Szwedzi, co trzeba, się wstydzą. /I nie za te winy, co trzeba.

Wśród bardziej osobistych refleksji w esejach autorki znaleźć można też wiele ciepłych, czułych wspomnień z dzieciństwa na północy. Szwedzka zima to dla niej śnieg tak biały, że oczy bolały aż do siatkówek, ślady nart błyszczące błękitem z leżącymi na nich ogniście żółtymi skórkami. Bóg jedyny w niebie i te pomarańcze. W tekstach Malmsten „ja” odgrywa rolę przewodnią. Nakreśla to wyraźnie już w pierwszych słowach przedmowy, zwracając uwagę na to, że tytułowy bałagan w papierach, pokazuje jej wszystkie ja, te stare i nowe. Często sama podkreśla swój indywidualizm: Nie należę do żadnej grupy. Poza grupą krwi, ale nie wiem, do jakiej grupy należę.

Książka daje też świadectwo fascynacji i inspiracji literackich autorki. Najczęściej pojawiają się wśród nich takie nazwiska jak Proust, Bernhard czy Beckett, a także Kapuściński i Szymborska. Znajomość literatury dla Malmsten to wyraźnie pojęcie zupełnie różne od literaturoznawstwa: Gdybym mogła, studiowałabym literaturoznawstwo. Na moje szczęście do tego nie doszło. Gdybym czytała […] po to, żeby zdawać z nich egzamin, nie rozumiałabym ani słowa z tego miliona zadanych stron. Literatura nie ma też jej zdaniem spełniać roli terapeutycznej: Literatura to nie akupunktura. Autorka potrafi poza tym docenić wartości nie tylko wybitnych dzieł literatury światowej, jej zainteresowanie tak jak dobra książka potrafi wzbudzić także zwyczajny podręcznik do nauki jazdy, o którym z nutą ironii mówi: Podręcznik do prawa jazdy to filozoficzne dzieło o dobrych chęciach i szlachetności, a mądrość w nim zawarta jest większa od tej z Biblii i Koranu, Tory razem wziętych.

Bez wątpienia zwraca uwagę wrażliwość autorki na język. W swoich refleksjach kwestionuje, jakoby język miał służyć ułatwianiu przekazywania informacji: Język stał się tym najłatwiejszym narzędziem, które zawsze można mieć przy sobie, zdaniem niektórych uczonych. Najłatwiejszym? Język to najtrudniejsze z narzędzi. Jej fascynacja tym właśnie narzędziem uwidacznia się też we fragmentach, opisujących jej podróże i kontakt z obcokrajowcami. Malmsten z wielkim zaciekawieniem przysłuchuje się wietnamskim tonom opadającym i wznoszącym się, a także z uwagą studiuje rozmówki i tabliczki z walijskimi nazwami miast. To właśnie ta wrażliwość, podejście do języka i obchodzenia się z nim stanowią o charakterystycznym stylu pisarki. 

Choć tytułowy „bałagan w papierach” kojarzy się z chaosem i niepokojem, książka Malmsten ostatecznie pokrzepia i porządkuje kwestie nastawienia wobec życia w ogóle: Mam wszystko. Tylko nie wiem, gdzie to podziałam /Ty też. /Masz wszystko. /Mamy wszystko.

Bodil Malmsten I znowu mam bałagan w papierach 
przekład: Elżbieta Lovén i Antoni Główczyński
Wydawnictwo Akademickie DIALOG, 
Warszawa 2006

http://szafa.kwartalnik.eu/51/spis.html


Follow on Bloglovin

22 września 2014

ROZDANIE SeeHome i Szwecjobloga



Dla miłośników szwedzkiego rękodzieła, którzy tak jak my pokochali kolorowe koniki Dala, mamy wyjątkową niespodziankę w postaci blogowego rozdania, organizowanego wspólnie przez SeeHome i Szwecjoblog. W puli, oczywiście, Dala-gadżety: szara kosmetyczka z ekoskóry i szary konik Dala, wykonane ręcznie przez Ewę z SeeHome.










Co zrobić, by taki zestaw mógł powędrować właśnie do Ciebie?

To proste, zapoznaj się z czterema krokami:


1. Udostępnij publicznie baner rozdania na Facebooku. Jeśli prowadzisz bloga, umieść także poniższy baner na swoim blogu i podlinkuj go tego posta  
(link: http://szwecjoblog.pl/2014/09/rozdanie-seehome-i-szwecjobloga.html)





2. Polub fanpage SeeHome i Szwecjoblog na Facebooku.

3. Będzie nam bardzo miło, jeśli zostaniesz z nami na dłużej i staniesz się obserwatorem naszych blogów w serwisach Blogger lub Bloglovin (choć nie jest to warunek konieczny).

4. No i najważniejsze: po przejściu tych kroków, nie zapomnij dodać komentarza pod tym postem, w którym zgłosisz swój udział w zabawie i poinformujesz o spełnieniu warunków. Podaj nam adres swojego bloga, a jeśli go nie prowadzisz – adres mailowy.



Na Wasze zgłoszenia będziemy czekać przez dwa tygodnie, od teraz, 22.09.2014, do 05.10.2014, do północy. Zwycięzcę wyłonimy i ogłosimy 08.10.2014. Dobrej zabawy!




UWAGA: nagrodę wysyłamy tylko na terenie Polski. Dane osobowe zwycięzcy przekazywane są dobrowolnie i będą przetwarzane jedynie w celu realizacji wysyłki nagrody.



Follow on Bloglovin

18 września 2014

Hotel - dziwaczny dramat, gorzka komedia?

Niedawno swoją polską premierę miał film Hotel Lisy Langseth. Film otrzymał w Szwecji wiele wyróżnień, między innymi nominacje do Złotego Żuka dla Lisy Langseth za najlepszy scenariusz, dla Miry Eklund i Davida Dencika za najlepsze role drugoplanowe Ann-Sofie i Rikarda, a w tej kategorii Złotego Żuka otrzymała zaś Anna Bjelkerud za rolę Pernilli. Czytając wiele pozytywnych opinii krytyków na temat tego filmu, naprawdę nie mogłam się go doczekać.


źródło
Film opowiada o Erice, która w początkowych scenach wydaje się wprost idealna - piękne ubrania, piękne mieszkanie, kochający mężczyzna i dziecko w drodze.

źródło
Sprawy jednak znacznie się komplikują, gdy dziecko rodzi się poważnie chore. Erika wpada w depresję, wali się cały jej świat. O swoim bólu nie potrafi rozmawiać z mężem Oskarem. Trafia w końcu do grupy wsparcia. Z początku jest sceptycznie nastawiona do zajęć i ludzi, których tu spotyka: Rickarda, który ma problemy z ułożeniem relacji z własną matką, chorobliwie nieśmiałej i poniżanej przez innych Ann-Sofie, samotnej i zgorzkniałej Pernilli czy zagubionego Petera. W końcu jednak znajdują nić porozumienia. Każdy z nich przecież chciałby być kimś innym, kimś anonimowym. Postanawiają tego spróbować, jeżdżąc od hotelu do hotelu, próbując innego życia i na swój sposób przepracowując swoje traumy.

źródło
Moim pierwszym wrażeniem było, że film jest bardzo "szwedzki": z depresją jako głównym tematem i nierozbudowanymi, często wyszeptywanymi dialogami. Często mam ochotę na takie kino, niebanalne, dające do myślenia. Hotel też tak się zapowiadał. Bardzo podobała mi się gra aktorska. Alicia Vikander, grająca Erikę, kojarzyła mi się wciąż ze swoją rolą z robiącego wrażenie Till det som är vackert. Jej puste spojrzenia i zaciśnięte usta w twarzy bohaterki jednocześnie wzbudzały współczucie, ale potrafiły też rozzłościć z braku zrozumienia. Urzekł mnie Simon J. Berger, którego znałam wcześniej jako bardzo charyzmatycznego i ekspresywnego Paula z serialowej wersji Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek, tutaj świetnie wcielił się w rolę czułego męża, pokazał, jak wiele może mieć twarzy. Świetna w swojej naturalności była też Mira Eklund jako Ann-Sofie. Przekonywał mnie też specyficzny nastrój intymności, podkreślany przez rozedrgane ujęcia "z ręki".

Zachwycałam się, ale do czasu. Sam pomysł terapeutycznej podróży po hotelach brzmiał ciekawie w opisie filmu. Ale Lisa Langseth w swoim scenariuszu wydawała mi się za bardzo popuścić wodze fantazji. Może miało być śmiesznie, żeby móc pośmiać się przez łzy. Ale wszystko stawało się tu nagle zbyt dziwne, a bohaterowie zaczynali tracić na wiarygodności. Nie raz przeszło mi przez myśl pytanie, co ja tak właściwie oglądam... Zawiodłam się, szczególnie po takim początku.

Zobaczcie sami zwiastun. Może wam się spodoba. Jeśli tak - zapraszam do kin studyjnych.


Follow on Bloglovin

13 września 2014

Twierdza Nya Älvsborg

Jeśli ktoś kiedykolwiek powie mi, że zwiedzanie z przewodnikiem jest nudne, bo ile można słuchać jednej osoby, która wymienia nazwiska i daty, przechodząc z miejsca na miejsce, od razu zaprzeczę. Fakt, bywałam i na takich wycieczkach, ale nie zawsze musi to tak wyglądać. Jednym z najlepszych dowodów na to jest zwiedzanie twierdzy Älvsborg (Nya Älvsborgs fästning).



To, co możemy zwiedzać dziś to tak zwana "nowa twierdza Älvsborg", wzniesiona w XVII wieku niedaleko ruin "starej twierdzy Älvsborg". Położona u ujścia rzeki Göta älv, jest prawdopodobnie jedną z najlepiej zachowanych fortec w Szwecji. Miała za zadanie chronić Göteborg przed atakami Duńczyków, spełniała tę rolę podczas wojny skańskiej (1675-79) i III wojny północnej (1700-21).

Zwiedzanie nie znajdowało się początkowo w naszym planie, przygotowywanym w domu jeszcze przed wyjazdem do Göteborga, ale najpierw mijaliśmy ją z daleka, płynąc na wyspę Vinga, a potem zobaczyliśmy, że karta Göteborg City Card obejmuje rejs do twierdzy i z powrotem, a także zwiedzanie z przewodnikiem. Bardzo nas to zaciekawiło, a poza tym pływanie łódkami po okolicach nieźle się nam spodobało, więc zdecydowaliśmy się tam wybrać. Kolejny raz okazało się, że spontanicznie wybierane cele wycieczek świetnie się sprawdzają.

Kiedy tylko przybiliśmy pod twierdzę, od razu naszą uwagę przykuł... człowiek w przebraniu.




O historii tego miejsca opowiadali bowiem jego bohaterowie. Może nie we własnej osobie, ale i tak zrobiło to na nas niezłe wrażenie. Przede wszystkim dlatego, że opowieści były pełne humoru i tak charakterystycznego dla Szwedów dystansu do siebie. Podczas gdy jeden z przewodników stał się na czas zwiedzania naszym dowódcą i popędzał nas z miejsca na miejsce swoim gromkim "Naprzóóód maaarsz!", drugi zaskakiwał nas swoimi coraz to innymi wcieleniami. Świetnie wychodziło mu też zaciąganie po duńsku i norwesku. Dawał też sobie radę w damskim przebraniu.

















Ciekawostka numer jeden: W kościele, który mieści się na dolnym poziomie fortecznej wieży, wisi portret króla Karola XII, monarchy absolutnego, który tutaj nawet symbolicznie jest "nad Bogiem".




Ciekawostka numer dwa: na zachodniej ścianie wieży dalej można zobaczyć tkwiące w niej kule armatnie po ataku z 1719 roku.



Ciekawostka numer trzy: w XVIII wieku znaczenie militarne twierdzy spadło, aż do 1866 mieściło się tutaj więzienie. Co więcej: więźniowie, którzy byli głównymi żywicielami rodziny, odsiadywali tu swoją karę razem z całą rodziną...




Ciekawostka numer cztery: w budynkach, w których dawniej mieszkali dowódcy, dziś znajduje się kawiarnia, a wokół niej liczne niewielkie butiki z rękodziełem.





Źródła:
wszystkie zdjęcia z własnego archiwum

Follow on Bloglovin

04 września 2014

Muzeum Historii Naturalnej i historia pewnego wieloryba



Już na samym początku chcę się przyznać, że nie mam najlepszych doświadczeń ze zwiedzania muzeów przyrodniczych. Oglądanie zwierząt, zatopionych w formalinie, wypchanych, patrzących tępo szklanymi oczami, czy motyli, na zawsze zatrzymanych w locie szpilkami, nigdy nie należało do moich ulubionych momentów podczas edukacyjnych wycieczek w podstawówce i gimnazjum. Do Muzeum Historii Naturalnej w Göteborgu (Göteborgs naturhistoriska museum) też byłam nastawiona dość sceptycznie, ale wiedziałam, że jest tam jeden eksponat, jeden okaz tak interesujący i o tak ciekawej historii, że muszę tam wrócić, żeby pokazać go mojemu P.

Przy okazji udało się nam tam trafić na zupełnie nową wystawę, poświęconą ludzkiemu wyglądowi, postrzeganiu i ideałom piękna, które zmieniały się przez wieki, stereotypom i uprzedzeniom dotyczącym ludzkiej fizjonomii. Bardzo ciekawe!


(napis na ścianie: Gdyby istniała taka technika, czy powinniśmy mieć prawo wybierać cechy dla naszych dzieci? napisy na słoikach między innymi: kolor włosów, kolor oczu, płeć, wzrost, waga, kreatywność, uprzejmość, muzykalność, cechy przywódcze, inteligencja, alergie)




Zbiory muzeum obejmują około 10 milionów zwierząt, a "właściwe" wystawy prezentują cały przegląd fauny ziemi: od ameby po słonia czy wieloryba. Znajdują się tu też modele i schematy, prezentujące różne zjawiska, zachodzące w organizmach zwierząt i przyrodzie w ogóle. Polskich turystów może zawieść trochę fakt, że ekspozycje w większości opisane są po jedynie szwedzku, a tylko pojedyncze okazy doczekały się opisów w języku angielskim.

Zobaczyliśmy na przykład ekspozycję poświęconą śladom zwierząt, które można spotkać w Szwecji (coś interesującego dla dzieci -  małych detektywów).



Były też szklane słoje z formaliną...



...szkielety...





... i wypchane zwierzęta, z których jedne wyglądały smutno, inne wydawały mi się trochę nieudolnymi dziełami taksydermistów, jeszcze inne naprawdę mogły zrobić wrażenie. 






Muzeum zachęca na swojej stronie internetowej, że zwiedzanie tego miejsca to świetna szansa, by przyjrzeć się z bliska dzikim zwierzętom, tym bardziej, że się nie ruszają... Nie wydaje mi się, żeby akurat ten argument był przekonujący, ale trudno się nie zgodzić z tym, że dzięki takim zbiorom można z bliska zobaczyć, jak wyglądają (lub wyglądały) zwierzęta, które dotychczas znaliśmy tylko z książek lub telewizji. Co więcej, wiele ekspozycji było przygotowanych tak skrupulatnie, że dla porównania pokazywano osobniki dorosłe obu płci i ich młode. Dla kogoś, kto o faunie ma pojęcie bardzo szkolne i podstawowe, przejście wzdłuż wszystkich gablot może okazać się dość nużące.





Wreszcie udało nam się dotrzeć do najbardziej rozsławionego eksponatu tego muzeum. Malmska valen czyli malmowski wieloryb (od nazwiska kuratora göteborskiego muzeum i taksydermisty,  Augusta Malma, który od początku zajmował się wielorybem) to jedyny na świecie wypchany wieloryb. Ciekawa jest nie tylko jego wyjątkowość pod tym względem. Imponuje swoimi rozmiarami - ze swoimi szesnastoma metrami długości jest jedynie wielorybim dzieckiem, dorosłe osobniki mogą mieć około trzydziestu metrów. Niezwykła wydaje się też jego historia i całe przedsięwzięcie, związane z przygotowaniem eksponatu.




W październiku 1865 roku lokalni rybacy znaleźli wieloryba na brzegu zatoki Askim. Swoje znalezisko sprzedają Augustowi Malmowi, którego naukowym marzeniem jest zachowanie go w całości. Musi jednak zacząć spieszyć się ze swoim przedsięwzięciem - po kilku dniach ciało walenia zaczyna gnić, a wokół zwierzęcia pojawia się coraz więcej gapiów, którzy chcieliby zabrać ze sobą "pamiątki".

Po wykonaniu wszystkich pomiarów, rozpoczęto rozcinanie. Podobno wydzielające się zapachy zwalały z nóg, a robotnikom oferowano darmowy alkohol, żeby mogli kontynuować pracę nad wielorybem. Malm zainwestował w całe przedsięwzięcie pieniądze z własnej kieszeni. Żeby się to zwróciło, pobiera opłatę od widzów, chcących zobaczyć morską bestię. 

Skóra zwierzęcia ma być zamontowana na specjalnym rusztowaniu, którego konstrukcja przypomina budowę statku. Malm przewiduje też, że wiele osób będzie chciało wejść do brzucha wieloryba, więc górna szczęka zostaje zamocowana na zawiasach. Tak "zbudowany" wieloryb w 1866 wyrusza w podróż do Sztokholmu, gdzie członkowie rodziny królewskiej zaproszeni są do jego brzucha, wyłożonego niebieską tkaniną udekorowaną gwiazdami i poczęstowani kawą i ponczem. Planem Malma było, żeby wieloryb pojechał dalej do Kopenhagi, Berlina, Londynu i innych większych miast, ale ostatecznie wskutek problemów finansowych wraca do "domu", do Göteborga, a w latach 1894-96 ówczesne muzeum zostaje przebudowane tak, żeby miał swoją własną salę, w której można było podziwiać go także z balkonów.

Cały czas można było wtedy zwiedzać wnętrze zwierzęcia. Do momentu, kiedy pewnego razu, na przełomie wieków, pewną młodą parę nakryto  w niedwuznacznej sytuacji (sic!)... Paszczę zaczęto otwierać ponownie dopiero po kilkudziesięciu latach, między innymi z okazji szczególnych świąt (podobno na Boże Narodzenie można było tam spotkać Świętego Mikołaja!). Co więcej, wielu leciwych mieszkańców Göteborga ma zwyczaj przechwalać się, że pili kawę wewnątrz wieloryba, ale nie do końca warto im w to wierzyć.

Na stronie muzeum możecie zobaczyć galerię zdjęć, prezentujących historię malmowskiego wieloryba - czarno-białe fotografie, pokazujące wielkie cielsko wyrzucone na brzeg czy poszczególne etapy przewożenia części zwierzęcia do muzeum.


Zwiedzanie miejsca, w którym z racji charakteru eksponatów panuje całkiem wysoka temperatura i cóż, dość specyficzny zapach, nieźle nas zmęczyło. Na całe szczęście, muzeum położone jest w atrakcyjnym parku Göteborga, Slottskogen. Aby trafić do muzeum z parku, wystarczyło "podążać śladami słonia".




Slottskogen to nie tylko bardzo duży obszar parkowy, gdzie można odpoczywać w cieniu drzew, czy spacerować alejkami. Jego część to także swojego rodzaju ogród zoologiczny. 








Mieliśmy okazję zobaczyć łosia, szwedzkiego króla lasu. Wprawdzie ukrytego za gałęziami drzew, ale najważniejsze, że nie za szkłem muzealnej gabloty.




Informacje praktyczne:
  • adres muzeum: Museivägen 10, jeśli chcecie wybrać się do muzeum i poruszacie się komunikacją miejską, najlepiej wysiąść na przystanku Linnéplatsen, a następnie skierować się w stronę parku
  • muzeum otwarte jest od wtorku do niedzieli w godzinach 11.00 - 17.00, w poniedziałki nieczynne
  • dzieci i młodzież do 25 roku życia mają wstęp wolny do muzeum, dorośli płacą za bilet 40 SEK, ale jest on ważny przez cały rok, z kartą Göteborg City Card wstęp wolny.
  • w parku znajduje się też obserwatorium astronomiczne, a także kawiarnie, restauracje, place zabaw dla dzieci, siłownia na wolnym powietrzu, wyznaczone miejsca do grillowania, boisko do frisbeegolfa czy minigolf.


Źródła:
wszystkie zdjęcia z własnego archiwum
informacje o wielorybie z muzealnych broszur

Follow on Bloglovin