05 maja 2014

O Szwecji z Waszej perspektywy: cięższe brzmienia i 'darcie mordy'

Dziś nie językowo, ale też cyklicznie. Dzisiejsze smaczki będą zdecydowanie muzyczne - O Szwecji z Waszej perspektywy. Pamiętacie wpis Leszka o post-rocku? Dziś Leszek z kanału leszekwro ma coś dla miłośników cięższego brzmienia.



Pora na kolejny odcinek ze szwedzką muzyką. Po tym jak ostatnio strzeliłem gafę (to Szwecja powinna się kojarzyć z death metalem, a nie Norwegia), tym razem powiem prościej. Zatem, w tej części wziąłem na warsztat muzykę, gdzie królują przesterowane gitary, a wokaliści nie szczędzą gardeł, czyli przysłowiowe „darcie mordy”. Jeśli jednak kogoś to z góry zniechęciło to od razu mówię, że jeden zespół będzie odrobinę delikatniejszy.

Cult of Luna – Umeå

źródło

Ten pochodzący z dalekiej północy zespół to jeden z czołowych przedstawicieli post-metalu. W 1998 po rozpadnięciu hardcore’owego zespołu Eclipse, Johannes Persson wraz z kolegami doszedł do wniosku, że pora zastąpić krótkie, agresywne utwory bardziej rozbudowanymi kompozycjami i tak powstało Cult of Luna. Choć trzeba przyznać, że wpływy hardcore punku mogą być zauważone na pierwszych 2 albumach, kiedy grali odrobinę szybciej i mocniej, niż w późniejszym okresie.
To, co można powiedzieć o ich muzyce, to z pewnością fakt, że potrafią zaskoczyć. Zawsze gdy zaczyna się wydawać, że utwory zaczynają opierać się na tym samym schemacie, to wiedz, że coś się zaraz wydarzy. Na przykład nieoczekiwane zmiany tempa (zwróćcie też uwagę na znakomitą współpracę perkusistów – Magnusa Lindberga i Thomasa Hedlunda)…



...oparcie utworu na nieco delikatniejszych motywach…



...albo na nieco mocniejszych z dodatkowym zwiększeniem roli syntezatorów.



Te sposoby można mnożyć: wykorzystanie instrumentów niespotykanych w tym gatunku, jak banjo, akordeony, zaproszenie gościnnych wykonawców, jak np. Rasmusa Kellermana (kolejny człowiek-instytucja, ale przyjdzie pora, żeby przybliżyć jego postać)…

Jak zauważyliście na pierwszym nagraniu, w trakcie koncertu na scenie panuje tłok, ale dzięki temu ich muzyka jest wielowarstwowa i zaskakująca. Głównie też dlatego, że Cult of Luna to zbiór wybitnych osobowości, które udzielają się w naprawdę licznych projektach, a wspomniany Lindberg oprócz gry na perkusji, gitarze i bóg wie jeszcze czym, jest uznanym producentem. 

Polecam też przyjrzeć się nieco bliżej ich twórczości, bo można bardzo dużo odkryć. Ich ostatni album o fantastycznej okładce – Vertikal - inspirowany jest niemym filmem Metropolis, a z poprzednim – Eternal Kingdom wiąże się ciekawa historia. Szpital psychiatryczny Umedalen, położony na obrzeżach Umeå po zamknięciu został zmieniony w centrum artystyczne, które Cult of Luna przez kilka lat wykorzystywali jako miejsce swoich prób. W jednym z prawie opuszczonych magazynów znaleźli zapomniany dziennik Holgera Nilssona, zamkniętego w szpitalu po morderstwie swojej żony w latach 30 XX wieku. Jego dziennik był pełen mrocznych i dziwnych opisów świata, w którym żył psychicznie chory Nilsson. Te notatki wywarły duży wpływ na muzyków, którzy na ich podstawie nagrali w 2008 roku album Eternal Kingdom. 2 lata później, Cult of Luna posunęli się o krok dalej i odważyli się na dość niespotykany krok w przypadku niezależnego zespołu – wydali audiobooka. Eviga Riket, bo tak się nazywa to wydawnictwo, to połączenie opisu wydarzeń z nocy, w której zabito żonę Nilssona z opisami z jego dzienników z dodatkiem muzyki zespołu. Jak piszą muzycy: „nie jest to do końca nasza historia, ale co ważniejsze nie jest to historia Holgera Nilssona. Utknęliśmy gdzieś pomiędzy”.

W zeszłym tygodniu zespół wystąpił na dwóch koncertach w Polsce w ramach trasy przed dłuższą przerwą. Jeśli ktoś z Was był, to podzielcie się wrażeniami, bo ja sam niestety nie dałem rady się pojawić (że niby Poznań jest tak dobrze skomunikowany z Warszawą… jaaaasne ;)). 

Totalt Jävla Mörker - Skellefteå 

źródło
Pierwsza ciekawa nazwa zespołu w dzisiejszym zestawieniu. Jeśli ktoś zna szwedzki lub przetłumaczy sobie nazwę będzie mógł wiedzieć czego się spodziewać. 



Jak dla mnie ten zespół to kwintesencja hardcore punku – jest szybko, jest agresywnie, jest krótko i treściwie. Jedyne co w ich przypadku jest trochę inne to fakt, że grają ostrzej niż typowy hardcore’owy zespół, przez co zahaczają już nieco o crust punk.



Do tego, tak jak w powyższym przypadku dochodzą całkiem zaangażowane teksty, które poruszają leżące na wątrobach wokalistów tematy, co idealnie oddaje ducha HC.



Jednak jak pokazuje ten utwór, muzycy potrafią grać coś innego niż napieprzać w struny, co nie powinno nikogo dziwić, bo przez skład zespołu przewinęło się wielu wszechstronnych muzyków, i to nie tylko z kręgu punku czy metalu (np. basista The (International) Noise Conspiracy).

Jak dla mnie Totalt Jävla Mörker to idealny zespół na złe dni. Wtedy słuchając np. Embryo wręcz nie można się powstrzymać przed nuceniem pod nosem „Det kommer till den punkt, då jag inte orkar mer” ;).


Suffocate For Fuck Sake 

Ten zespół o jednej z najlepszych nazw ever nie ma w tym zestawieniu ani miasta pochodzenia, ani zdjęcia, bo praktycznie nic o nim nie wiadomo. Jedyny strzępek informacji posiadam właściwie przez przypadek, bo spędzając czas w trasie z zespołem Ioseb okazało się, że Daniel Loefgren wokalista tego zespołu był jednym z członków SFFS (wprawne ucho jest w stanie wyłapać jego śpiew na płycie o jakże łatwym do zapamiętania tytule: Blazing Fires and Helicopters on the Front Page of the Newspaper. There's a War Going On and I'm Marching in Heavy Boots.). 

Sama muzyka to bardzo duża mieszanka gatunków. Post-metal, post-rock, screamo, drone, ambient, a nawet wstawki akustyczne – to wszystko tu jest. Wydawać by się mogło, że z takiego połączenia nie może wyjść nic dobrego, ale wręcz przeciwnie. Idealnie balansują na granicy gatunków oddając przy tym niesamowity klimat tej płyty. Sprawdźcie sami słuchając tych 2 utworów jeden po drugim:
 


Ta płyta wyróżnia się także historią, którą opowiada. W muzykę wplecione są wypowiedzi młodej kobiety, która opowiada o tym jak trafiła do szpitalu psychiatrycznego, o swoim pobycie w placówce, a także powrocie do normalnego życia. Dodatkowo oprócz niej wypowiadają się znajomi, rodzina (nie da przejść obojętnie tego momentu, gdy matka opowiada łamiącym się głosem o tym jak jej córka chciała wyskoczyć przez okno) i lekarze. Jako, że nie wszyscy mówią po szwedzku, tajemniczy muzycy w książeczce zawarli tłumaczenia, które można przeczytać np. tutaj. I zachęcam, żeby to uczynić, nawet jeśli muzyka się Wam nie spodoba. 

Nie boję się tego powiedzieć, ale ta płyta to prawdziwe arcydzieło. Budowanie klimatu, teksty o mentalnym załamaniu i mrocznych zakątkach ludzkiej psychiki i prawdziwy talent do łączenia gatunków – to przepis na idealny concept album, który nawet po kilkunastu przesłuchaniach sprawia, że za każdym razem dostaję gęsiej skórki. Od samego początku, od „Today I saw the ground starting to shake”, po ostatnie dźwięki They Try To Cheer Me Up By Saying I Did Once Live A Functioning Life. 

Czasem się zastanawiam co by było gdyby Suffocate For Fuck Sake postawili na bardziej tradycyjny model zespołu, bardziej się otworzyli na innych. Czy poszliby śladami Cult of Luna i zrobili taką karierę? Nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie, choć patrząc na to, że ta płyta bez jakiekolwiek promocji, po tylu latach wciąż jest słuchana i znana w niektórych środowiskach…

Dalsze losy zespołu nie są znane. Z tego co wiem, kilka lat temu, drugi gitarzysta mieszkał w Niemczech, a od jakiegoś czasu dochodzą mnie słuchy, że prace nad nowymi utworami trwają. Zobaczymy co z tego będzie…

Breach – Luleå

źródło
Mam wrażenie, że dla bardziej świadomych muzycznie Szwedów ten zespół ma pozycję kultową. Każdy ze znanych mi szwedzkich muzyków ten zespół zna i ceni, mimo że większość z nich gra zupełnie inną muzykę. Aż czasami się zastawiam czy gdyby nie ten zespół, to czy niektóre zespoły z tej listy, lub poprzedniej i następnych by istniały. 

Sam zespół powstał w 1993 na północy Szwecji w mieście Luleå. Dwa lata później zadebiutowali albumem Friction (o którym nie powiem nic, bo nie mogłem go znaleźć), który zaowocował europejską trasą przy boku legendarnego Refused, co mówi samo za siebie.

W 1997 roku wydali płytę It’s me God…



Sama muzyka to post-hardcore w nieco mroczniejszej formie, przez co ich twórczość może się troszkę kojarzyć z post-metalem jednak z zachowaną punkową zadziornością. Kolejne wydawnictwo Venom podążało ścieżka wytyczoną na It’s me God, za to w 2001 pojawił się album Kollapse, które nieco się różni od swoich poprzedniczek. Oprócz typowego ostrego grania można znaleźć na nim nieco spokojniejsze, instrumentalne utwory o rozbudowanej formie i z wykorzystaniem zaskakujących instrumentów, takich jak dzwonki.



Grają jednak też ostrzej, choć też trochę inaczej, bo możemy usłyszeć mniej agresywne wokale.



Po wydaniu tej płyty zespół zakończył działalność, choć oficjalny profil na Facebooku mówi, że ostatni raz widziano ich w 2007 roku. Wtedy też zagrali jeden koncert w Sztokholmie, który prawdopodobnie był ich ostatnim występem (choć nikt na głos tego nie powiedział), bo niektóre źródła twierdzą, że na sam koniec muzycy zniszczyli wszystkie swoje instrumenty. I tak swoją drogą, możecie sobie wyobrazić bardziej punkowe zakończenie działalności, niż w ten sposób?
Po zakończeniu działalności zajęli się innymi projektami, z których 2 znajdziecie poniżej.


Terra Tenebrosa – Sztokholm

źródło
Wiadomo tyle, że to są muzycy z Breach. Ciężko poznać kto jest kim, bo w tym zespole występują panowie The Cuckoo, Hibernal, Risperdal. 

Co do samej muzyki, to właściwie jest ona taka jak ich image – upiorna. Ale czego się można spodziewać od kolesi w maskach, czarnych szatach grających w zespole o nazwie Mroczna Ziemia ;). 



Ogólnie rzecz biorąc jest to bardzo psychodeliczny metal, o którym muzycy w jednym z wywiadów powiedzieli, że to soundtrack do horroru, który dzieje się w ich głowach. I chyba lepiej się tego nie da określić. W każdym razie nie sposób przejść obok tego obojętnie.

The Old Wind

źródło
Drugą opcją było wybranie ścieżki wcześniej wyznaczonej przez Breach, której The Old Wind jest rozwinięciem, może trochę wzbogaconej elementami bardziej post-metalowymi. TOW powstało jako solowy, studyjny projekt Tomasa Liljedahla, wokalisty Breach. Z czasem jednak rozwinął się w pełny zespół, w którym Liljedahla wspomagają m.in. Niklas Quintana z Breach i Robin Staps z niemieckiej grupy The Ocean.



Co ciekawe, ostatnio oba zespoły zagrały wspólną trasę po Europie i tak się zacząłem zastanawiać, czy to przypadkiem nie te same osoby stoją za tymi projektami…

Meshuggah - Umeå

Meshuggah to legenda, więc nie będę się długo rozwodził na ich temat. Ten zespół mimo, że nie gra jakoś mega ostro, to rozjeżdża jak walec. Idealny przykład obecności matematyki w muzyce – szalone metrum, połamane rytmy potrafią dość mocno wryć się w pamięć. I weź tu człowieku potup do rytmu ;)



Khoma – Umeå

źródło

A na sam koniec coś specjalnie dla tych, którzy gardzą growlem i cały post przescrollowali do tej pory ;).

Khoma to projekt dwóch muzyków Cult of Luna – Johannesa Perssona i Fredrika Kihlberga z Janem Jämte na wokalu. Po trzonie zespołu nietrudno się domyślić, że mimo wszystko znajdą tu się przestery, ale w połączeniu z czystym i naprawdę świetnym głosem Jana Jämte daje to efekt zbliżony alternatywnemu rockowi (ostatnio wpadłem na skojarzenie z dredg, czy słusznie?), niż jakkolwiek powiązany z którąś z odmian metalu czy hardcore’u.


Jak słychać na załączonym obrazku jest nieco bardziej melodyjnie, co nie znaczy, że zapomnieli jak się gra ostrzej… (miał być link z pierwszej płyty, ale internety go pochłonęły, więc coś innego z The Second Wave)



Jako ciekawostkę dodam, że zespół wspomagał Kristian Karlsson z pg.lost, który nie dość, że potem stał się członkiem koncertowego składu Cult of Luna, to jeszcze powróci tutaj z jednym z panów z tego grona. 




Mam nadzieję, że dowiedzieliście się czegoś nowego i nawet jeśli darcie mordy Was odstrasza (mnie samego raziło dość długo) to chociaż Khoma się Wam spodobała. Do usłyszenia następnym razem, postaram się, żeby było łagodniej!




Follow on Bloglovin

5 komentarzy:

  1. dla mnie Szwedzka muzyka to przede wszystkim In Flames (niedługo zagrają kolejny raz w Krk :)) Soilwork oraz stare dobre Sonic Syndicate (nie ta współczesna chała). propozycje ze strony Leszka zaraz sobie przesłucham.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej ;) Moglibyście w następnym 'odcinku' tej serii zrobić o szwedzkich dj'ach? W Szewcji jest kilku naprawdę dobrych :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdarza mi się słuchać mocniejszej muzyki, a dowiedziałam się wiele nowego z Twojego wpisu. Fajnie, że pojawiły się mniej znane nazwy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie moje klimaty wcale i w ogóle, ale muszę oddać że w "darciu mordy" naprawdę wszyscy dają radę :)
    Nigdy nie posądzałam Szwecji o takie klimaciki a tu niespodzianka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tam uwielbiam mocne klimaty. Dlatego nie ma to jak skandynawski metal. Wszędzie poznam:)

    OdpowiedzUsuń